Spór o krzyże to konflikt pokoleń, nie wojna religijna

Klaus Bachmann
06.12.2009 , aktualizacja: 06.12.2009 19:25
A A A Drukuj
Mam mało emocjonalny stosunek do symboli religijnych. Miasto, w którym chodziłem do szkoły, było podzielone: jedna trzecia to protestanci, dwie trzecie katolicy.
Klaus Bachmann
Fot. Krzysztof Gutkowski / AG
Klaus Bachmann
Jako uczeń zapisałem się raz na religię katolicką, raz na protestancką. Później pracowałem jako praktykant w parafii ewangelickiej i w bibliotece parafialnej katolików. Pastor o tym wiedział, tak samo jak kierowniczka biblioteki. Dziś to miasteczko jest już podzielone na trzy wyznania: w kilku miejscach powstały skromne, ale widoczne meczety. Nie słyszałem, aby to był problem. Sekularyzacja ma tę zaletę, że ludzie przestają traktować religię (lub jej brak) jako kwestię życia i śmierci. Dlatego nie przeszkadzałoby mi, gdyby w moim miejscu pracy wisiały obok siebie krzyż, gwiazda Dawida, półksiężyc i jeszcze coś - albo żaden z tych symboli.

Chustka tak samo jak krzyż, półksiężyc i gwiazda Dawida może być symbolem miłości i nienawiści, wszystko zależy od kontekstu: czy wisi na cmentarzu, czy na czapkach jakiejś paramilitarnej jednostki rebeliantów, w świątyni czy na czołgu. Dlatego wrocławskiego sporu o krzyż nie traktuję w kategoriach wojny religijnej, lecz w kategoriach konfliktu pokoleń. Mniej więcej 25 lat temu pokolenie rodziców uczniów, którzy teraz walczą o usunięcie krzyży z klas, walczyło o to, aby móc je powiesić. W latach 80. odbywały się widowiskowe akcje "obrony krzyża", budowy kościołów (na przykład w Nowej Hucie). Dziś do głosu dochodzi następne pokolenie i zdejmuje krzyże. Podobne rzeczy zdarzały się w Europie Zachodniej - nieco bardziej dramatyczne: W latach 60. rodzice, którzy w szeregach Wehrmachtu walczyli z Armią Czerwoną, nagle musieli przyjąć do wiadomości, że ich dzieci demonstrują, niosąc na standardach podobizny komunistycznych przywódców. Całe życie starali się, aby ich dzieci miały lepiej niż oni, a w końcu się dowiedzieli, że w ogóle nie dbają one o własność, posiadanie, pieniądze. Starali się wychowywać dzieci jako porządnych, bogobojnych i praworządnych obywateli, a dowiedzieli się, że największą frajdę sprawia im naruszanie przepisów, lekceważenie religii i tradycyjnych autorytetów.

Tak samo, jak w Polsce teraz, słychać było wtedy głosy, które zapowiadały upadek wszelkich wartości i całego społeczeństwa: Jak bez Boga, autorytetów, poświęcenia i pracowitości można żyć? Ale zamiast ich upadku otrzymaliśmy wartości nowe, bardziej przydatne w nowych warunkach: Dążenie do współuczestnictwa (w polityce i akcjach społecznych), więcej kreatywności, większe przywiązanie do przyrody, ochrony środowiska, większą gotowość do pokojowego rozwiązania konfliktów społecznych i politycznych, rozkwit społeczeństwa obywatelskiego, tam, gdzie dawno wszystko robiło państwo na zasadzie "rozkazu i posłuszeństwa". Podobne rzeczy dzieją się teraz i, moim zdaniem, nie jest to przypadek, że to się zaczyna we Wrocławiu. Jeśli jest chociaż ziarno prawdy w tym, że Wrocław jest bardziej otwarty, tolerancyjny, multikulturowy, niż inne miasta, to prędzej czy później musiało się to odbić na stosunku do religii. Jeśli autentycznie jesteśmy dumni z dzielnicy czterech wyznań, to jest logiczne i konsekwentne, aby żądać, aby na naszych ścianach wisiały symbole wszystkich religii - albo żadnej.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 106 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    60 głosów