Legenda saksofonu otworzy festiwal Jazztopad
04.11.2009
, aktualizacja: 03.11.2009 20:41
Występem kwartetu legendarnego saksofonisty, słynnego jazzowego kompozytora i lidera rozpocznie się w piątek tegoroczny Jazztopad - cykl poświęconych muzyce improwizowanej koncertów w Filharmonii Wrocławskiej
Artystyczna hierarchia we współczesnym jazzie jest prosta i czytelna: najpierw Wayne Shorter - jako kompozytor, wykonawca i lider, a także, by tak rzec, ideolog. A później długo, długo nikt.
I bardzo łatwo jest wyjaśnić, dlaczego tak właśnie jest. Bezdyskusyjnie i bezapelacyjnie.
Powód pierwszy: legenda
76-letni dziś muzyk współtworzył historię współczesnej muzyki w tym samym stopniu co Louis Armstrong czy Miles Davis. Jako nastolatek grał na klarnecie, podczas studiów na Uniwersytecie Nowojorskim był już rozchwytywanym mistrzem saksofonu tenorowego. Szlify zdobywał, grywając i nagrywając m.in. z Wyntonem Kellym, Horace'em Silverem, Johnem Coltrane'em i - przede wszystkim - z perkusistą Artem Blakeyem w jego słynnym zespole The Jazz Messengers, którego przez pewien czas był kierownikiem muzycznym. Jako 29-latek zadebiutował z własnym zespołem. W latach 60. był jednym z czołowych artystów wytwórni Blue Note Records, nagrywającym album za albumem i często współpracującym z - wtedy jeszcze słynniejszymi od niego - innymi wykonawcami. Aż do lata 1964 roku, gdy mieszkający w Nowym Jorku Shorter odebrał telefon od menedżera Milesa Davisa. Rozmowa była krótka: "Miles nie ma saksofonisty, wsiadaj w samolot do Los Angeles. Aha, i kup sobie smoking". Sześcioletni okres funkcjonowania kwintetu Davisa - oprócz Shortera tworzyli go perkusista Tony Williams, kontrabasista Ron Carter i pianista Herbie Hancock - zaowocował płytami, które przewróciły do góry nogami jazzowy świat. Choć zespół sygnował Davis, to właśnie Shorter, nieustannie także lider własnej grupy, dostarczał (na zmianę z Hancockiem) większość repertuaru i dbał o muzyczną strukturę występów. A kiedy formuła akustycznego kwintetu się wyczerpała, Shorter rozpoczął kolejną rewolucję, stając wraz z keyboardzistą Joem Zawinulem na czele zespołu Weather Report. Przebojowa i komercyjnie zorientowana fuzja jazzu i rocka, oparta na brzmieniu instrumentów akustycznych, coraz nowocześniejszych elektronicznych klawiatur i potężnej sekcji rytmicznej, była odpowiedzią subtelnych jazzmanów na inwazję rockowych kaskaderów. Ale przecież nie o koniunkturalizm chodziło, a o nieustanny rozwój, znalezienie nowego języka. Za Shorterem w jazzrockową przygodę pognali inni, łącznie z Milesem Davisem. Po latach okazało się, że to właśnie fusion jest jedną z najtrwalszych form jazzowej ekspresji, do dziś dnia inspirującą muzyków i słuchaczy.
Powód drugi: sztuka
Muzyka Shortera to sztuka w stanie krystalicznym, nieskażona żadną utylitarną funkcją i podążaniem za modami. Nawet w czasach, gdy zarabiał góry dolarów dzięki bestsellerom Weather Report, nie zapomniał o akustycznej hardbopowej formule, w latach 70. niespecjalnie przecież modnej, i wraz kolegami z kwintetu Davisa stworzył supergrupę V.S.O.P. (na trąbce grał zmarły niespełna rok temu Freddie Hubbard). Kiedy miał ochotę być liderem - był nim. Kiedy miał ochotę schować się w cieniu innych i po prostu muzykować, jako sideman użyczając swojego charakterystycznego brzmienia tenoru i sopranu - robił to. Jednym z najbardziej doniosłych dowodów na to, jak pozbawiona znaczeń, a jednocześnie jak bardzo znacząca może być muzyka, jest płyta, którą w połowie lat 90. nagrał ze swoim przyjacielem Herbie'em Hancockiem - "1+1". Tylko fortepian i sopran, ulotne impresje, czyste piękno.
Powód trzeci: przesłanie
Shorter od ponad 30 lat jest buddystą. Nie wgłębiając się w religijne i filozoficzne niuanse tego duchowego wyboru, każdy, kto śledzi jego życie i muzyczny rozwój, dostrzeże, jak wiele dzięki niemu osiągnął i jak wiele cierpienia dzięki niemu oswoił. Śmierć córki, której poświęcił nieco zapomniany dziś album "Odyssey of Iska", przeżywał w ciszy, wśród bliskich. Ale już śmierć żony i siostrzenicy w katastrofie lotniczej stała się własnością mediów i publicznej wyobraźni. Słynne jest zdjęcie Shortera występującego w 1996 roku na jednym z letnich festiwali we Włoszech. Nie gra akurat solówki, spogląda na zegarek - w tej chwili samolot z Aną Marią i Dalilą powinien wzbijać się w Nowym Jorku w powietrze; mają się spotkać już za kilka godzin. Kilka minut po starcie samolot eksploduje.
W jednym z wywiadów saksofonista wyznał, że buddyzm, z afirmacją życia i przemijania, nakazujący przeżywać życie bez żalu i z myślą o tym, co ma się jeszcze do zrobienia, pozwolił mu zacząć od początku. Muzyka Shortera zmieniła się po raz kolejny, sięgając czystej abstrakcji, ale też wypełniając się ładem i spokojem.
Powód czwarty: zespół
Kwartet, na którego czele Shorter stoi nieprzerwanie od niemal 10 lat, to zespół marzeń. Każdy z sidemanów - gdy nie gra z Shorterem - jest liderem własnego bandu, wydaje znakomite płyty, ma swoją, bardzo liczną (choć różną) publiczność. Każdy jest najwyższej klasy wirtuozem, co brzmi właściwie jak truizm, i każdy ma swoją własną wizję muzyki. A jednak u boku Shortera są jak monolit.
Pianista Danilo Perez, kontrabasista John Patitucci i perkusista Brian Blade u boku swojego lidera nagrali zaledwie dwie płyty ("Footprints Live!" i "Beyond the Sound Barrier"). Nie przypadkiem są to płyty koncertowe, bo właśnie na żywo wyznawana przez saksofonistę koncepcja wspólnej improwizacji sprawdza się najlepiej. Szczątkowe tematy, bardziej niż mglisty zarys harmonii, totalna swoboda rytmiczna - i jednocześnie gigantyczna dyscyplina, intuicja, erudycja, współrozumienie. Muzyka kwartetu rodzi się zawsze po raz pierwszy i ostatni, trwa i trwa, wyrasta z podawanych mimochodem wątków, kulminuje i opada. Te koncerty - a w archiwum Shortera jest zapewne bardzo wiele godzin takiego grania czekających na publikację - to zwykle wielodziesięciominutowe suity wykonywane bez przerw, aż do spełnienia.
Jeśli jazz bywa misterium, jeśli ociera się o największą tajemnicę, to jest to właśnie jazz Wayne'a Shortera.
Piątkowy koncert kwartetu Wayne'a Shortera w Filharmonii Wrocławskiej (ul. Piłsudskiego 19) rozpocznie się o godz. 19; bilety 80, 120, 250 i 450 zł
I bardzo łatwo jest wyjaśnić, dlaczego tak właśnie jest. Bezdyskusyjnie i bezapelacyjnie.
Powód pierwszy: legenda
76-letni dziś muzyk współtworzył historię współczesnej muzyki w tym samym stopniu co Louis Armstrong czy Miles Davis. Jako nastolatek grał na klarnecie, podczas studiów na Uniwersytecie Nowojorskim był już rozchwytywanym mistrzem saksofonu tenorowego. Szlify zdobywał, grywając i nagrywając m.in. z Wyntonem Kellym, Horace'em Silverem, Johnem Coltrane'em i - przede wszystkim - z perkusistą Artem Blakeyem w jego słynnym zespole The Jazz Messengers, którego przez pewien czas był kierownikiem muzycznym. Jako 29-latek zadebiutował z własnym zespołem. W latach 60. był jednym z czołowych artystów wytwórni Blue Note Records, nagrywającym album za albumem i często współpracującym z - wtedy jeszcze słynniejszymi od niego - innymi wykonawcami. Aż do lata 1964 roku, gdy mieszkający w Nowym Jorku Shorter odebrał telefon od menedżera Milesa Davisa. Rozmowa była krótka: "Miles nie ma saksofonisty, wsiadaj w samolot do Los Angeles. Aha, i kup sobie smoking". Sześcioletni okres funkcjonowania kwintetu Davisa - oprócz Shortera tworzyli go perkusista Tony Williams, kontrabasista Ron Carter i pianista Herbie Hancock - zaowocował płytami, które przewróciły do góry nogami jazzowy świat. Choć zespół sygnował Davis, to właśnie Shorter, nieustannie także lider własnej grupy, dostarczał (na zmianę z Hancockiem) większość repertuaru i dbał o muzyczną strukturę występów. A kiedy formuła akustycznego kwintetu się wyczerpała, Shorter rozpoczął kolejną rewolucję, stając wraz z keyboardzistą Joem Zawinulem na czele zespołu Weather Report. Przebojowa i komercyjnie zorientowana fuzja jazzu i rocka, oparta na brzmieniu instrumentów akustycznych, coraz nowocześniejszych elektronicznych klawiatur i potężnej sekcji rytmicznej, była odpowiedzią subtelnych jazzmanów na inwazję rockowych kaskaderów. Ale przecież nie o koniunkturalizm chodziło, a o nieustanny rozwój, znalezienie nowego języka. Za Shorterem w jazzrockową przygodę pognali inni, łącznie z Milesem Davisem. Po latach okazało się, że to właśnie fusion jest jedną z najtrwalszych form jazzowej ekspresji, do dziś dnia inspirującą muzyków i słuchaczy.
Powód drugi: sztuka
Muzyka Shortera to sztuka w stanie krystalicznym, nieskażona żadną utylitarną funkcją i podążaniem za modami. Nawet w czasach, gdy zarabiał góry dolarów dzięki bestsellerom Weather Report, nie zapomniał o akustycznej hardbopowej formule, w latach 70. niespecjalnie przecież modnej, i wraz kolegami z kwintetu Davisa stworzył supergrupę V.S.O.P. (na trąbce grał zmarły niespełna rok temu Freddie Hubbard). Kiedy miał ochotę być liderem - był nim. Kiedy miał ochotę schować się w cieniu innych i po prostu muzykować, jako sideman użyczając swojego charakterystycznego brzmienia tenoru i sopranu - robił to. Jednym z najbardziej doniosłych dowodów na to, jak pozbawiona znaczeń, a jednocześnie jak bardzo znacząca może być muzyka, jest płyta, którą w połowie lat 90. nagrał ze swoim przyjacielem Herbie'em Hancockiem - "1+1". Tylko fortepian i sopran, ulotne impresje, czyste piękno.
Powód trzeci: przesłanie
Shorter od ponad 30 lat jest buddystą. Nie wgłębiając się w religijne i filozoficzne niuanse tego duchowego wyboru, każdy, kto śledzi jego życie i muzyczny rozwój, dostrzeże, jak wiele dzięki niemu osiągnął i jak wiele cierpienia dzięki niemu oswoił. Śmierć córki, której poświęcił nieco zapomniany dziś album "Odyssey of Iska", przeżywał w ciszy, wśród bliskich. Ale już śmierć żony i siostrzenicy w katastrofie lotniczej stała się własnością mediów i publicznej wyobraźni. Słynne jest zdjęcie Shortera występującego w 1996 roku na jednym z letnich festiwali we Włoszech. Nie gra akurat solówki, spogląda na zegarek - w tej chwili samolot z Aną Marią i Dalilą powinien wzbijać się w Nowym Jorku w powietrze; mają się spotkać już za kilka godzin. Kilka minut po starcie samolot eksploduje.
W jednym z wywiadów saksofonista wyznał, że buddyzm, z afirmacją życia i przemijania, nakazujący przeżywać życie bez żalu i z myślą o tym, co ma się jeszcze do zrobienia, pozwolił mu zacząć od początku. Muzyka Shortera zmieniła się po raz kolejny, sięgając czystej abstrakcji, ale też wypełniając się ładem i spokojem.
Powód czwarty: zespół
Kwartet, na którego czele Shorter stoi nieprzerwanie od niemal 10 lat, to zespół marzeń. Każdy z sidemanów - gdy nie gra z Shorterem - jest liderem własnego bandu, wydaje znakomite płyty, ma swoją, bardzo liczną (choć różną) publiczność. Każdy jest najwyższej klasy wirtuozem, co brzmi właściwie jak truizm, i każdy ma swoją własną wizję muzyki. A jednak u boku Shortera są jak monolit.
Pianista Danilo Perez, kontrabasista John Patitucci i perkusista Brian Blade u boku swojego lidera nagrali zaledwie dwie płyty ("Footprints Live!" i "Beyond the Sound Barrier"). Nie przypadkiem są to płyty koncertowe, bo właśnie na żywo wyznawana przez saksofonistę koncepcja wspólnej improwizacji sprawdza się najlepiej. Szczątkowe tematy, bardziej niż mglisty zarys harmonii, totalna swoboda rytmiczna - i jednocześnie gigantyczna dyscyplina, intuicja, erudycja, współrozumienie. Muzyka kwartetu rodzi się zawsze po raz pierwszy i ostatni, trwa i trwa, wyrasta z podawanych mimochodem wątków, kulminuje i opada. Te koncerty - a w archiwum Shortera jest zapewne bardzo wiele godzin takiego grania czekających na publikację - to zwykle wielodziesięciominutowe suity wykonywane bez przerw, aż do spełnienia.
Jeśli jazz bywa misterium, jeśli ociera się o największą tajemnicę, to jest to właśnie jazz Wayne'a Shortera.
Piątkowy koncert kwartetu Wayne'a Shortera w Filharmonii Wrocławskiej (ul. Piłsudskiego 19) rozpocznie się o godz. 19; bilety 80, 120, 250 i 450 zł
Najnowsze wiadomości
-
W pasażu Niepolda powstanie nieoficjalna strefa kibica
-
Wikingowie i Flinstonowie. Płynęli Odrą na czym się dało
-
Ludzie oglądają samochody... A tu wybory miss [FOTO]
-
Najczęstszy błąd językowy? Aż 80 proc. z nas źle akcentuje
-
Pokazali, skąd się bierze ciepło w naszych domach
-
Jak zadowolić kibiców podczas Euro 2012? POT Ci doradzi
-
Od 3 czerwca autobus "147" będzie kursował inaczej
- 2 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
7 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




