Wytwórnia Filmów Fabularnych - muzeum bez eksponatów

Magda Piekarska
26.10.2009 , aktualizacja: 25.10.2009 20:04
A A A Drukuj
Pozbycie się przez byłego dyrektora wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych archiwum filmowego to być może ostatni gwóźdź do trumny naszej fabryki snów. A zbliżający się jubileusz WFF powinien zostać połączony ze stypą.
Peter Greenaway nakręcił swój film
Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta
Peter Greenaway nakręcił swój film "Straż nocna" we wrocławskiej WFF. Po nim nie przyszli inni
Najlepszy prezent, jaki można sprawić wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych na 55. urodziny, to zamknąć ją na cztery spusty, a klucz wrzucić do Odry. I już na wesoło, bez wyrzutów sumienia, jakie budzą opustoszałe mury, powspominać stare dobre czasy, kiedy po korytarzach przechadzał się Wajda pod ramię z Cybulskim, a w bufecie pani Waci pachniało jajecznicą ze szczypiorkiem i huczało od plotek.

Historia wrocławskiej wytwórni nie ma w sobie, niestety, optymizmu filmów Sylwestra Chęcińskiego, który kręcił tu "Samych swoich", "Nie ma mocnych" i "Kochaj albo rzuć". Jest ponura, przygnębiająca i nie daje nadziei na happy end. W finale pojawia się raczej "rzuć", niż "kochaj".

Co gorsza, wydaje się, że ten los, mimo czasów świetności i triumfu, wisiał nad wytwórnią niczym posępne fatum. Wrocławska WFF od samego początku była przecież dla filmowców tylko dziewczyną do wynajęcia albo brzydszą siostrą wytwórni w Warszawie czy Łodzi - świadczyła usługi, cieszyła swoim towarzystwem, ale poza napiwkami nie dostawała nic w zamian. Profity z produkcji realizowanych we Wrocławiu "Popiołu i diamentu", "Rękopisu znalezionego w Saragossie" czy "Samych swoich" ominęły ją szerokim łukiem. Z okresu prosperity lat 50., 60., 70. i 80. wyszła goła i bynajmniej nie wesoła.

W momencie transformacji wyglądała jednak nieźle i mogła mieć jeszcze nadzieję na dobry ożenek. Jednak książę, który przyjechał z Ameryki w postaci Toma Cruise'a, nawet nie omiótł jej spojrzeniem - od razu dał się porwać starszej siostrze z Pragi. Wrocławska WFF mogła tylko cierpieć z zazdrości, widząc, że Hollywood w Czechach nie jest bynajmniej "Mission Impossible", a ta przebrzydła Barrandov spod Pragi, mimo podeszłego wieku, jest wciąż w świetnej formie. Jej musiały wystarczać stosunki z Niemcami, którzy brali ją w pakiecie z mocno nadgryzioną zębem czasu ul. Mierniczą. Z rzadka tylko udawało jej się uwieść przedstawicieli innych nacji.

Jej ówczesny szef wyznawał zasadę, że wystarczy być, a pieniądze pojawią się same. Nie pojawiały się, czas mijał nieubłaganie, a dyrektor był tak bardzo przekonany o wdziękach swojej podopiecznej, że nie założył WFF nawet strony internetowej. Tłumaczył, że ci, co mają do niej trafić, drogę znajdą. Ale tych nielicznych, którzy ją rzeczywiście znajdowali i proponowali wykup, odmładzającą kurację i powrót do interesu, brał na przetrzymanie. Na tyle skutecznie, że WFF straciła drugą szansę na wyjście z dołka.

Przez moment wydawało się, że jednak się uda i będzie amator na przekwitłe wdzięki. Do Wrocławia przyleciał Steven Spielberg. WFF miała się okazać jego zaginioną arką (miał tu kręcić "Monachium"), ale na nadziejach się skończyło, bo reżyser zjadł ruskie pierogi w barze Bazylia i tyle go widzieli. Nie doszedł też do skutku romans z Jeanem-Jacquesem Annaud ani z Gusem Van Santem. Jedynie Peter Greenaway dał się złapać na przykurzoną i zalatującą naftaliną urodę - ponoć urzekła go stara podłoga w jednej z hal. Ale reżyser "Nocnej straży" nie bez powodu ma opinię oryginała - na drugiego amatora, który dla paru zmurszałych desek zjedzie tu z kamerą, trudno liczyć.

Przyszedł czas, żeby spojrzeć w lustereczko i powiedzieć sobie szczerze - żaden lifting, żadne malowanie korytarzy i łatanie dziur w dachu wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych już nie pomoże. Tym bardziej że parę kilometrów dalej, na Bielanach, rośnie młoda i całkiem świeżutka hala ATM - konkurencja z nią jest jak wyścig syrenki z porsche.

Można by oczywiście pomyśleć o zamianie WFF na muzeum, ale nie ma nawet w nim co wystawiać - suknie z "Lalki" i stary stół do montażu to za mało, a cóż po sali kinowej, kiedy filmów brak, bo odesłano je do Warszawy. Tak przepadła czwarta szansa na reanimację. Na piątą trudno raczej liczyć. Więc może na urodziny, zamiast obiecywać kolejne wesele, które i tak nie dojdzie do skutku, urządźmy piękny pogrzeb.

Zobacz więcej na temat:

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów