Radosław Ratajszczak: Ogród zoologiczny to nie cyrk
22.10.2009
, aktualizacja: 22.10.2009 15:51
Rozmowa z dyrektorem wrocławskiego zoo, o najmniejszym byku na świecie, jedzeniu szczurów, lunchu z niedźwiedziami, lekcjach zabijania i nielegalnych rekinach z Arkad

Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
Radosław Ratajszczak

Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta

Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
Wrocławskie niedźwiedzie (w tym słynny Mago, pierwszy z prawej) mieszkają na dużym wybiegu z wodospadem.

Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
Liczebność lwów na świecie zmniejszyła się w ciągu ostatniego ćwierć wieku ze 100 tysięcy do 25 tysięcy.

Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
Lemury to symbol Madagaskaru. Na wiosnę we wrocławskim ZOO zobaczymy miniaturę tej wyspy, jej faunę i florę.
prawo

Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
Karmienie uchatek zawsze przyciąga widzów. Zwierzętom nie przeszkadza, że ludzie traktują ich śniadania jak przedstawienie.

Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
Kanczyle filipińskie (na zdjęciu samiec i samica) we wrocławskim ZOO są pierwszymi zwierzętami tego gatunku przywiezionymi do Europy. Można bedzie zobaczyć je już za miesiąc.
ZOBACZ WIDEO
ZOBACZ TAKŻE
- Nie takie straszne ZOO? (28-10-09, 10:00)
- Zło w naszych zoo (14-10-09, 13:21)
- Uwolnić misia! (29-09-09, 11:23)
SERWISY
Beata Maciejewska: Dyrektorzy europejskich ogrodów zoologicznych, którzy kilka dni temu spotkali się na zjeździe w Kopenhadze, już wiedzą, że ukrywa Pan przed wrocławianami rzadkość na skalę światową. Są podobno zachwyceni. Tak wielka jest ta niespodzianka?
Dr Radosław Ratajszczak, dyrektor Miejskiego Ogrodu Zoologicznego we Wrocławiu: Malutka. Bo to jeden z najmniejszych ssaków kopytnych na świecie, kanczyl filipiński. I to my go tak ochrzciliśmy, bo nie miał dotąd polskiej nazwy. Jest praprzodkiem jelenia. Byk waży 1,2 kg, a nóżki ma cienkie jak ołówki.
Co to za byk mniejszy od kota...
- Za to jaki waleczny! Ma wampirze kły, ostre jak brzytwa. Dwa samce kanczyli nie mogą zajmować tego samego terytorium. Nie lubią życia w stadzie. To już wiemy. A poza tym kanczyle filipińskie są dla nas zagadką. Nikt nigdy ich wcześniej nie badał.
Kanczyli filipińskich nie ma żaden ogród zoologiczny na świecie?
- Żaden. Można je zobaczyć wyłącznie na filipińskiej wyspie Balabak. Też małej, wielkości Wrocławia. Lasów ubywa tam w zastraszającym tempie, zostało tylko 10 tysięcy hektarów, mniej więcej 1/3 powierzchni wyspy. Za to myśliwych jest coraz więcej. A dziczyzna do piwa i innych alkoholi to tradycyjna filipińska zakąska. Biesiadnicy uważają, że spłynie na nich moc i sprawność zwierzęcia. Kanczyle, niestety, łatwo upolować. Nie trzeba nawet do nich strzelać, łowi się je na pętlę.
Filipińczycy częstowali Pana kanczylem?
- Na szczęście nie, ale zaserwowano mi nadrzewnego szczura filipińskiego. To z kolei największy przedstawiciel myszowatych na świecie. Waży do 1,5 kg. Przedstawiciela tego gatunku mamy już w ogrodzie.
Od dawna zajmuje się Pan fauną Filipin?
- Od dziesięciu lat, jest bardzo interesująca dla zoologa. Występuje tam dużo endemicznych gatunków zwierząt, a jednocześnie Filipiny są w strefie katastrofy ekologicznej. Zwierzęta giną. Rabunkową wycinkę drzew prowadzi się na wszystkich wyspach, polowań nikt nie kontroluje. Kraj ma trudną sytuację polityczną. Gdy kilka lat temu byłem na południowym Luzonie, niemal wszyscy mężczyźni chodzili z kałasznikowami. Moi filipińscy koledzy płakali ze szczęścia, gdy stamtąd wyjeżdżaliśmy cali i zdrowi.
Ale dlaczego akurat kanczyle postanowił Pan ściągnąć?
- Namówił mnie dyrektor ogrodu zoologicznego w Sandwich, w Wielkiej Brytanii. Oni mają u siebie tylko ginące gatunki zwierząt. A kanczyli filipińskich zostało na wyspie najwyżej kilkaset sztuk. To ostatni moment, żeby je ratować.
Sam nie mógł tego zrobić?
- W takich sprawach liczą się osobiste kontakty. Znam dobrze Wiliama Olivera, biologa pracującego dla Towarzystwa Flory i Fauny w Londynie. Od ponad dwudziestu lat zajmuje się na Filipinach programami ochrony zwierząt. Załatwiał dla nas wszystkie formalności. Sprowadziliśmy osiem kanczyli, w tym pięć samic. Jedną parę zostawiamy dla siebie, reszta jedzie do Sandwich, bo to Anglicy pokryli wszystkie koszty tej operacji.
To prawda, że doczekaliście się już przychówku?
- Tak. Urodziło się jedno młode, ale po tygodniu padło. Miało wrodzoną wadę układu pokarmowego. Wiemy jednak, że nasze kanczyle mogą się rozmnażać. Dwie samice wyglądają na ciężarne, mam nadzieję, że tym razem pójdzie lepiej.
Filipińczycy bez problemu zgodzili się na wywóz takich rzadkich zwierząt?
- Nie mają wyjścia. W całym kraju jest tylko kilka stacji hodowlanych, zajmujących się ochroną ginących gatunków. Są niedofinansowane i często ulokowane w strefie walk. Lepiej więc, że zwierzęta zostaną wywiezione, bo jak zginą w swoim naturalnym środowisku, zawsze można sprowadzić osobniki z ogrodów zoologicznych. Hodowla ginących gatunków to jedno z najważniejszych zadań ogrodu zoologicznego.
A nie ich pokazywanie? Ogrody są zakładane od czterech tysięcy lat, głównie dla rozrywki, edukacji i prestiżu właścicieli, często także dla pieniędzy. Przecież kanczyle też mają być atrakcją dla zwiedzających?
- Bez pieniędzy za bilety wstępu ogród zoologiczny się nie utrzyma. A nie ma nic gorszego niż biedne zoo. Jednak funkcja rozrywkowo-rekreacyjna nie może zdominować badawczej i edukacyjnej.
Dr Radosław Ratajszczak, dyrektor Miejskiego Ogrodu Zoologicznego we Wrocławiu: Malutka. Bo to jeden z najmniejszych ssaków kopytnych na świecie, kanczyl filipiński. I to my go tak ochrzciliśmy, bo nie miał dotąd polskiej nazwy. Jest praprzodkiem jelenia. Byk waży 1,2 kg, a nóżki ma cienkie jak ołówki.
Co to za byk mniejszy od kota...
- Za to jaki waleczny! Ma wampirze kły, ostre jak brzytwa. Dwa samce kanczyli nie mogą zajmować tego samego terytorium. Nie lubią życia w stadzie. To już wiemy. A poza tym kanczyle filipińskie są dla nas zagadką. Nikt nigdy ich wcześniej nie badał.
Kanczyli filipińskich nie ma żaden ogród zoologiczny na świecie?
- Żaden. Można je zobaczyć wyłącznie na filipińskiej wyspie Balabak. Też małej, wielkości Wrocławia. Lasów ubywa tam w zastraszającym tempie, zostało tylko 10 tysięcy hektarów, mniej więcej 1/3 powierzchni wyspy. Za to myśliwych jest coraz więcej. A dziczyzna do piwa i innych alkoholi to tradycyjna filipińska zakąska. Biesiadnicy uważają, że spłynie na nich moc i sprawność zwierzęcia. Kanczyle, niestety, łatwo upolować. Nie trzeba nawet do nich strzelać, łowi się je na pętlę.
Filipińczycy częstowali Pana kanczylem?
- Na szczęście nie, ale zaserwowano mi nadrzewnego szczura filipińskiego. To z kolei największy przedstawiciel myszowatych na świecie. Waży do 1,5 kg. Przedstawiciela tego gatunku mamy już w ogrodzie.
Od dawna zajmuje się Pan fauną Filipin?
- Od dziesięciu lat, jest bardzo interesująca dla zoologa. Występuje tam dużo endemicznych gatunków zwierząt, a jednocześnie Filipiny są w strefie katastrofy ekologicznej. Zwierzęta giną. Rabunkową wycinkę drzew prowadzi się na wszystkich wyspach, polowań nikt nie kontroluje. Kraj ma trudną sytuację polityczną. Gdy kilka lat temu byłem na południowym Luzonie, niemal wszyscy mężczyźni chodzili z kałasznikowami. Moi filipińscy koledzy płakali ze szczęścia, gdy stamtąd wyjeżdżaliśmy cali i zdrowi.
Ale dlaczego akurat kanczyle postanowił Pan ściągnąć?
- Namówił mnie dyrektor ogrodu zoologicznego w Sandwich, w Wielkiej Brytanii. Oni mają u siebie tylko ginące gatunki zwierząt. A kanczyli filipińskich zostało na wyspie najwyżej kilkaset sztuk. To ostatni moment, żeby je ratować.
Sam nie mógł tego zrobić?
- W takich sprawach liczą się osobiste kontakty. Znam dobrze Wiliama Olivera, biologa pracującego dla Towarzystwa Flory i Fauny w Londynie. Od ponad dwudziestu lat zajmuje się na Filipinach programami ochrony zwierząt. Załatwiał dla nas wszystkie formalności. Sprowadziliśmy osiem kanczyli, w tym pięć samic. Jedną parę zostawiamy dla siebie, reszta jedzie do Sandwich, bo to Anglicy pokryli wszystkie koszty tej operacji.
To prawda, że doczekaliście się już przychówku?
- Tak. Urodziło się jedno młode, ale po tygodniu padło. Miało wrodzoną wadę układu pokarmowego. Wiemy jednak, że nasze kanczyle mogą się rozmnażać. Dwie samice wyglądają na ciężarne, mam nadzieję, że tym razem pójdzie lepiej.
Filipińczycy bez problemu zgodzili się na wywóz takich rzadkich zwierząt?
- Nie mają wyjścia. W całym kraju jest tylko kilka stacji hodowlanych, zajmujących się ochroną ginących gatunków. Są niedofinansowane i często ulokowane w strefie walk. Lepiej więc, że zwierzęta zostaną wywiezione, bo jak zginą w swoim naturalnym środowisku, zawsze można sprowadzić osobniki z ogrodów zoologicznych. Hodowla ginących gatunków to jedno z najważniejszych zadań ogrodu zoologicznego.
A nie ich pokazywanie? Ogrody są zakładane od czterech tysięcy lat, głównie dla rozrywki, edukacji i prestiżu właścicieli, często także dla pieniędzy. Przecież kanczyle też mają być atrakcją dla zwiedzających?
- Bez pieniędzy za bilety wstępu ogród zoologiczny się nie utrzyma. A nie ma nic gorszego niż biedne zoo. Jednak funkcja rozrywkowo-rekreacyjna nie może zdominować badawczej i edukacyjnej.
A na projektach hodowlanych nie można zarobić?
- Nie. Ogrody zoologiczne przekazują sobie zwierzęta bezpłatnie. O tym, kto, co i ile dostanie, decydują koordynatorzy projektu. Dzięki danym genetycznym, odnotowanym w księgach rodowodowych, wiedzą, jakie osobniki mogą być ze sobą kojarzone. My koordynujemy program hodowli koba defassa (afrykańskiej antylopy). Europejskie ogrody ratują w tej chwili od wyginięcia 350 gatunków zwierząt, wrocławskie zoo ma 60 gatunków objętych takimi programami, wśród nich oryksy szablorogie i szpaki balijskie. Teraz dojdą kanczyle filipińskie.
Rozumiem, że im zwierzę rzadsze lub mniej zbadane, tym bardziej ekscytujące dla zoologa. Ale odwiedzającym kanczyl wcale nie musi się podobać. Za to karmienie uchatek przyciąga tłumy.
- To prawda, ludzie specjalnie po to przychodzą do zoo. Widziałem, jak biegną od kasy, żeby się tylko nie spóźnić.
Tylko, że uchatek nie trzeba publicznie karmić, to trybut na rzecz rozrywkowej funkcji ogrodu.
- Nie tylko. Dzięki publicznemu karmieniu uchatek możemy dokładnie kontrolować, ile je każdy osobnik i podawać im witaminy. Są ukryte w rybach i trzeba pilnować, żeby uchatka zjadła tylko swoją porcję z witaminową wkładką. Poza tym dzięki tresurze zwierzęta nauczyły się wyciągać do pielęgniarzy płetwy. Publiczność jest zachwycona, a opiekun w tym czasie pobiera krew do badania. Bez stresu dla zwierzęcia.
I dla uciechy zwiedzających. Nie przypomina to Panu przedstawienia cyrkowego?
- Raczej lekcję zoologii. Chcemy wprowadzić pokazy karmienia także innych zwierząt, na przykład słoni. Opiekun wyjaśniałby widzom co, ile i dlaczego je podopieczny. Pory karmień rozłożone byłyby w czasie. Tak, aby ludzie odwiedzający ogród zoologiczny mogli zaplanować sobie taki kulinarny spacer - o 10 oglądamy śniadanie uchatek, godzinę później zaglądamy w menu słonia, a w południe czeka nas lunch z niedźwiedziami
Czy ma Pan w zoo zwierzęta, które nie wymagają żadnej ochrony, nie są też przedmiotem badań naukowych, a jedynie wabikiem na zwiedzających?
- Oczywiście. Na przykład wielbłądy. To zwierzęta domowe, ale budzące duże zainteresowanie i sympatię. Albo surykatki. Występują powszechnie w południowej części Afryki, głównie na pustyni Kalahari. Nie są zagrożone wyginięciem, samica może rodzić nawet trzy razy w ciągu roku, od dwóch do czterech młodych w miocie. Te zwierzęta rozpropagował w Europie film "Król Lew". Jednym z jego głównych bohaterów jest sympatyczna surykatka Timon.
Ludzie chcą oglądać gwiazdy filmowe?
- Oby każda gwiazda filmowa była tak interesująca jak surykatki. One mają silnie rozwinięte zachowania socjalne. Na przykład w czasie żerowania jeden z członków stada przyjmuje rolę strażnika. Staje w najwyższym punkcie terenu i kontroluje otoczenie. Gdy zbliża się zagrożenie, zarządza alarm. Ciekawe są też szkoły łowieckie, w których starsze surykatki uczą młode, jak mają się obchodzić ze zdobyczą. Najpierw młoda surykatka dostaje martwe zwierzę, żeby mogła poznać ofiarę. Potem zwierzę żywe, ale nieuzbrojone (na przykład skorpiona bez żądła) i dopiero na koniec staje do walki już bez taryfy ulgowej.
Przecież ciekawsze sceny można obejrzeć na filmach przyrodniczych BBC czy National Geographic. Gdy w 1873 roku przywieziono z Londynu do Wrocławia pierwszego słonia, witała go orkiestra dęta! Wielu dorosłych ludzi po raz pierwszy widziało to zwierzę. Dzisiaj wystarczy włączyć telewizor.
- A jakiej wielkości zwierzę zobaczy pani na ekranie telewizora? Czy poczuje pani jego zapach? Wypatrzy coś, co zainteresuje panią, a nie operatora kamery? Proszę nie żartować, najlepszy film nie zastąpi obcowania z żywym zwierzęciem.
Sposób tych kontaktów bardzo się zmienia. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu zwierzęta siedziały w ciasnych klatkach, dzisiaj ogrody pokazują je na dużych wybiegach, które przypominają ich naturalne środowisko. Jesteśmy bardziej humanitarni?
- To właśnie efekt zmiany charakteru ogrodów. Z menażerii na placówki naukowo-badawcze. Zwierzęta muszą być w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej, bo inaczej nie będą się rozmnażać. I nie zachowamy puli genowej gatunku, czyli tych wszystkich genów, które te zwierzęta "przyniosły" do ogrodów zoologicznych. Poza tym prowadzimy badania nad behawioryzmem i możliwościami aklimatyzacyjnymi zwierząt, a jak to zrobić, jeśli obserwowany osobnik traci chęć do wszelkiej aktywności, bo w ciasnej klatce ledwo może się wokół siebie obrócić?
Ta forma ekspozycji nie wszystkim zwiedzającym się podoba. "Taki kawał drogi szedłem, a misiów, k , nie ma!" - usłyszałam od zażywnego ojca rodziny, który zasapany i obłożony gromadką dzieci stał przed wybiegiem dla niedźwiedzi.
- Nawet organizatorzy kosztownych safari w Kenii nie dają swoim klientom gwarancji, że zobaczą lwa. Jeśli wybieg jest dobrze zaprojektowany, wystarczy kilka-kilkanaście minut poczekać i jakiś osobnik na pewno się pojawi. Ale nie wytnę przecież wszystkich krzewów, bo ludzie chcą mieć dobry widok. Albo nie zamknę pomieszczeń, gdzie zwierzęta mogą odpoczywać. Lew śpi 20 godzin na dobę i to jest normalne. Niestety, przyzwyczailiśmy się do filmów przyrodniczych, które w ciągu pół godziny pokazują tego samego lwa, jak się rodzi, dorasta, poluje, kopuluje. Nie wszystko da się zobaczyć w czasie jednej wizyty w zoo.
Wierzy Pan, że ludzie odwiedzający ogród uczą się lepszego traktowania zwierząt?
- Tak. Na przykład sami zwracają uwagę, jeśli ktoś z publiczności próbuje karmić zwierzęta. Jeszcze kilka lat temu to była prawdziwa plaga. A przecież nie postawimy przy każdym wybiegu strażnika. Możemy tylko edukować. Niedługo przyjmiemy do ogrodu grupę małp, które padły ofiarą ludzkiego okrucieństwa. Ich historie opiszemy na tablicy umieszczonej przed wybiegiem.
- Nie. Ogrody zoologiczne przekazują sobie zwierzęta bezpłatnie. O tym, kto, co i ile dostanie, decydują koordynatorzy projektu. Dzięki danym genetycznym, odnotowanym w księgach rodowodowych, wiedzą, jakie osobniki mogą być ze sobą kojarzone. My koordynujemy program hodowli koba defassa (afrykańskiej antylopy). Europejskie ogrody ratują w tej chwili od wyginięcia 350 gatunków zwierząt, wrocławskie zoo ma 60 gatunków objętych takimi programami, wśród nich oryksy szablorogie i szpaki balijskie. Teraz dojdą kanczyle filipińskie.
Rozumiem, że im zwierzę rzadsze lub mniej zbadane, tym bardziej ekscytujące dla zoologa. Ale odwiedzającym kanczyl wcale nie musi się podobać. Za to karmienie uchatek przyciąga tłumy.
- To prawda, ludzie specjalnie po to przychodzą do zoo. Widziałem, jak biegną od kasy, żeby się tylko nie spóźnić.
Tylko, że uchatek nie trzeba publicznie karmić, to trybut na rzecz rozrywkowej funkcji ogrodu.
- Nie tylko. Dzięki publicznemu karmieniu uchatek możemy dokładnie kontrolować, ile je każdy osobnik i podawać im witaminy. Są ukryte w rybach i trzeba pilnować, żeby uchatka zjadła tylko swoją porcję z witaminową wkładką. Poza tym dzięki tresurze zwierzęta nauczyły się wyciągać do pielęgniarzy płetwy. Publiczność jest zachwycona, a opiekun w tym czasie pobiera krew do badania. Bez stresu dla zwierzęcia.
I dla uciechy zwiedzających. Nie przypomina to Panu przedstawienia cyrkowego?
- Raczej lekcję zoologii. Chcemy wprowadzić pokazy karmienia także innych zwierząt, na przykład słoni. Opiekun wyjaśniałby widzom co, ile i dlaczego je podopieczny. Pory karmień rozłożone byłyby w czasie. Tak, aby ludzie odwiedzający ogród zoologiczny mogli zaplanować sobie taki kulinarny spacer - o 10 oglądamy śniadanie uchatek, godzinę później zaglądamy w menu słonia, a w południe czeka nas lunch z niedźwiedziami
Czy ma Pan w zoo zwierzęta, które nie wymagają żadnej ochrony, nie są też przedmiotem badań naukowych, a jedynie wabikiem na zwiedzających?
- Oczywiście. Na przykład wielbłądy. To zwierzęta domowe, ale budzące duże zainteresowanie i sympatię. Albo surykatki. Występują powszechnie w południowej części Afryki, głównie na pustyni Kalahari. Nie są zagrożone wyginięciem, samica może rodzić nawet trzy razy w ciągu roku, od dwóch do czterech młodych w miocie. Te zwierzęta rozpropagował w Europie film "Król Lew". Jednym z jego głównych bohaterów jest sympatyczna surykatka Timon.
Ludzie chcą oglądać gwiazdy filmowe?
- Oby każda gwiazda filmowa była tak interesująca jak surykatki. One mają silnie rozwinięte zachowania socjalne. Na przykład w czasie żerowania jeden z członków stada przyjmuje rolę strażnika. Staje w najwyższym punkcie terenu i kontroluje otoczenie. Gdy zbliża się zagrożenie, zarządza alarm. Ciekawe są też szkoły łowieckie, w których starsze surykatki uczą młode, jak mają się obchodzić ze zdobyczą. Najpierw młoda surykatka dostaje martwe zwierzę, żeby mogła poznać ofiarę. Potem zwierzę żywe, ale nieuzbrojone (na przykład skorpiona bez żądła) i dopiero na koniec staje do walki już bez taryfy ulgowej.
Przecież ciekawsze sceny można obejrzeć na filmach przyrodniczych BBC czy National Geographic. Gdy w 1873 roku przywieziono z Londynu do Wrocławia pierwszego słonia, witała go orkiestra dęta! Wielu dorosłych ludzi po raz pierwszy widziało to zwierzę. Dzisiaj wystarczy włączyć telewizor.
- A jakiej wielkości zwierzę zobaczy pani na ekranie telewizora? Czy poczuje pani jego zapach? Wypatrzy coś, co zainteresuje panią, a nie operatora kamery? Proszę nie żartować, najlepszy film nie zastąpi obcowania z żywym zwierzęciem.
Sposób tych kontaktów bardzo się zmienia. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu zwierzęta siedziały w ciasnych klatkach, dzisiaj ogrody pokazują je na dużych wybiegach, które przypominają ich naturalne środowisko. Jesteśmy bardziej humanitarni?
- To właśnie efekt zmiany charakteru ogrodów. Z menażerii na placówki naukowo-badawcze. Zwierzęta muszą być w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej, bo inaczej nie będą się rozmnażać. I nie zachowamy puli genowej gatunku, czyli tych wszystkich genów, które te zwierzęta "przyniosły" do ogrodów zoologicznych. Poza tym prowadzimy badania nad behawioryzmem i możliwościami aklimatyzacyjnymi zwierząt, a jak to zrobić, jeśli obserwowany osobnik traci chęć do wszelkiej aktywności, bo w ciasnej klatce ledwo może się wokół siebie obrócić?
Ta forma ekspozycji nie wszystkim zwiedzającym się podoba. "Taki kawał drogi szedłem, a misiów, k , nie ma!" - usłyszałam od zażywnego ojca rodziny, który zasapany i obłożony gromadką dzieci stał przed wybiegiem dla niedźwiedzi.
- Nawet organizatorzy kosztownych safari w Kenii nie dają swoim klientom gwarancji, że zobaczą lwa. Jeśli wybieg jest dobrze zaprojektowany, wystarczy kilka-kilkanaście minut poczekać i jakiś osobnik na pewno się pojawi. Ale nie wytnę przecież wszystkich krzewów, bo ludzie chcą mieć dobry widok. Albo nie zamknę pomieszczeń, gdzie zwierzęta mogą odpoczywać. Lew śpi 20 godzin na dobę i to jest normalne. Niestety, przyzwyczailiśmy się do filmów przyrodniczych, które w ciągu pół godziny pokazują tego samego lwa, jak się rodzi, dorasta, poluje, kopuluje. Nie wszystko da się zobaczyć w czasie jednej wizyty w zoo.
Wierzy Pan, że ludzie odwiedzający ogród uczą się lepszego traktowania zwierząt?
- Tak. Na przykład sami zwracają uwagę, jeśli ktoś z publiczności próbuje karmić zwierzęta. Jeszcze kilka lat temu to była prawdziwa plaga. A przecież nie postawimy przy każdym wybiegu strażnika. Możemy tylko edukować. Niedługo przyjmiemy do ogrodu grupę małp, które padły ofiarą ludzkiego okrucieństwa. Ich historie opiszemy na tablicy umieszczonej przed wybiegiem.
Nauka przez przykład?
- I to drastyczny. Te małpy to magoty, żyją w Afryce Północnej i na Gibraltarze. W Maroko i Algierii chwyta się nielegalnie młode osobniki (zabijając często ich rodziców) i sprzedaje amatorom małych, uroczych małpek. Tylko że małe urocze małpki zamieniają się w duże (ważące ponad 7 kg), silne, często agresywne zwierzęta. I wtedy właściciele je porzucają albo zamykają jak w więzieniu. Jeden z magotów, który do nas przyjedzie, siedział w ciasnej przyczepie samochodowej bez okien, drugiego znaleziono w foliowej torbie porzuconej na stadionie, innego policja zabrała od narkomanki. Kobieta ubierała małpę w dziecięce ciuszki, ale o karmieniu nie pamiętała. Mam nadzieję, że każdy, kto zobaczy wybieg z magotami, będzie omijał z daleka takich handlarzy zwierząt.
Nie boi się Pan, że po takiej deklaracji znajdzie jutro pod bramą ogrodu jakieś egzotyczne zwierzęta, które dla właścicieli zrobiły się kłopotliwe?
- Nie możemy ich przyjąć, ogród zoologiczny nie jest schroniskiem. Magoty (notabene jedyne małpy żyjące w Europie) są gatunkiem narażonym na wyginięcie. Dostajemy je za pośrednictwem stacji hodowlanej w Holandii, która zbiera takie okaleczone osobniki i próbuje przystosować do normalnego życia w stadzie.
Czy ogród zoologiczny to dobry interes? Można na nim zarobić?
- Można. Stawiamy karuzelę, zjeżdżalnie dla dzieci, sprowadzamy kilka gatunków egzotycznych zwierząt i kucyki na przejażdżki
zaraz, to nie ogród zoologiczny, tylko cyrk połączony ze zwierzyńcem.
- Według dyrektywy unijnej ogrodem zoologicznym jest każde miejsce, gdzie przez minimum siedem dni w roku eksponuje się zwierzęta należące do gatunków dziko żyjących.
Chce Pan powiedzieć, że akwarium z rekinami w Arkadach to ogród zoologiczny?
- Tak i to nielegalny. Podobnie jak akwaria w ogrodzie botanicznym czy fokarium na Helu. To oczywiście urzędnicza przesada, ale w Polsce właściciele prywatnych ogrodów nie przejmują się licencją. Znam taki pod Łodzią, gdzie trzymają tygrysa w pomieszczeniu, z którego może wyjść. Zastanawiam się, kogo pierwszego zobaczymy: unijnych kontrolerów (którzy nałożą na Polskę wysokie kary za to zoologiczne bezhołowie) czy tygrysa na wolności.
A jak ktoś chce założyć ogród zoologiczny z prawdziwego zdarzenia? Utrzyma się?
- Ma szansę, choć to nie jest łatwa sprawa. My też chcemy się częściowo i stopniowo uniezależnić od dotacji miejskich. Wiadomo, że gdy przychodzi kryzys, ogród zoologiczny przegra z wydatkami na drogi czy przedszkola. Na szczęście co roku zwiększa się liczba osób odwiedzających nasze zoo. Trzy lata temu było ich 350 tysięcy, teraz jest 650 tysięcy. A będzie więcej. Na wiosnę uruchomimy wybieg będący miniaturą Madagaskaru. A za miesiąc zapraszam na debiut kanczyli.
- I to drastyczny. Te małpy to magoty, żyją w Afryce Północnej i na Gibraltarze. W Maroko i Algierii chwyta się nielegalnie młode osobniki (zabijając często ich rodziców) i sprzedaje amatorom małych, uroczych małpek. Tylko że małe urocze małpki zamieniają się w duże (ważące ponad 7 kg), silne, często agresywne zwierzęta. I wtedy właściciele je porzucają albo zamykają jak w więzieniu. Jeden z magotów, który do nas przyjedzie, siedział w ciasnej przyczepie samochodowej bez okien, drugiego znaleziono w foliowej torbie porzuconej na stadionie, innego policja zabrała od narkomanki. Kobieta ubierała małpę w dziecięce ciuszki, ale o karmieniu nie pamiętała. Mam nadzieję, że każdy, kto zobaczy wybieg z magotami, będzie omijał z daleka takich handlarzy zwierząt.
Nie boi się Pan, że po takiej deklaracji znajdzie jutro pod bramą ogrodu jakieś egzotyczne zwierzęta, które dla właścicieli zrobiły się kłopotliwe?
- Nie możemy ich przyjąć, ogród zoologiczny nie jest schroniskiem. Magoty (notabene jedyne małpy żyjące w Europie) są gatunkiem narażonym na wyginięcie. Dostajemy je za pośrednictwem stacji hodowlanej w Holandii, która zbiera takie okaleczone osobniki i próbuje przystosować do normalnego życia w stadzie.
Czy ogród zoologiczny to dobry interes? Można na nim zarobić?
- Można. Stawiamy karuzelę, zjeżdżalnie dla dzieci, sprowadzamy kilka gatunków egzotycznych zwierząt i kucyki na przejażdżki
zaraz, to nie ogród zoologiczny, tylko cyrk połączony ze zwierzyńcem.
- Według dyrektywy unijnej ogrodem zoologicznym jest każde miejsce, gdzie przez minimum siedem dni w roku eksponuje się zwierzęta należące do gatunków dziko żyjących.
Chce Pan powiedzieć, że akwarium z rekinami w Arkadach to ogród zoologiczny?
- Tak i to nielegalny. Podobnie jak akwaria w ogrodzie botanicznym czy fokarium na Helu. To oczywiście urzędnicza przesada, ale w Polsce właściciele prywatnych ogrodów nie przejmują się licencją. Znam taki pod Łodzią, gdzie trzymają tygrysa w pomieszczeniu, z którego może wyjść. Zastanawiam się, kogo pierwszego zobaczymy: unijnych kontrolerów (którzy nałożą na Polskę wysokie kary za to zoologiczne bezhołowie) czy tygrysa na wolności.
A jak ktoś chce założyć ogród zoologiczny z prawdziwego zdarzenia? Utrzyma się?
- Ma szansę, choć to nie jest łatwa sprawa. My też chcemy się częściowo i stopniowo uniezależnić od dotacji miejskich. Wiadomo, że gdy przychodzi kryzys, ogród zoologiczny przegra z wydatkami na drogi czy przedszkola. Na szczęście co roku zwiększa się liczba osób odwiedzających nasze zoo. Trzy lata temu było ich 350 tysięcy, teraz jest 650 tysięcy. A będzie więcej. Na wiosnę uruchomimy wybieg będący miniaturą Madagaskaru. A za miesiąc zapraszam na debiut kanczyli.
Najnowsze wiadomości
-
Mamy cud unijnych funduszy. Jest z Bolesławca
-
We Wrocławiu żyjemy dwa lata krócej. Przez dojazdy
-
Elektroniczne protezy, które wiedzą, o czym myślisz
-
Świdnica: Zasnął z papierosem, prawie spłonął w pożarze
-
PKP: Dworzec Główny będzie otwarty tydzień przed Euro
-
Pamiętacie o jakich autach marzyli nasi dziadkowie?
-
Szukamy domu dla odważnych dzieciaków z Brave Kids
- 6 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
23 głosy
-
Radosław Ratajszczak: Ogród zoologiczny to nie ...
detarame
24.10.09, 04:33
'też czeka we ZOO na debiut'WE ZOO?? ...»
Najczęściej czytane24 htydzień



odtwórz
odtwórz