Krótki kurs burzenia barier przez w-skersa
14.10.2009
, aktualizacja: 15.10.2009 16:46
Jestem w-skersem - mówi o sobie Bartłomiej Skrzyński, dziennikarz sportowy, społecznik, autor programów telewizyjnych. - Nie inwalidą ani kaleką. W-skersem - zaznacza. Bo to niepełnosprawny, który radzi sobie w życiu i nie potrzebuje koła ratunkowego, żeby po upadku podnieść się i jechać dalej.
ZOBACZ TAKŻE
- Energetyczny Wrocław (15-10-09, 15:38)
- Sukces wyciągnięty z kosza: 15 lat Wronby (08-10-09, 13:22)

Choruję na postępujący zanik mięśni. Zawsze byłem mniej sprawny fizycznie od rówieśników. W przedszkolu szybciej się męczyłem, czułem skurcze w łydkach, upadałem. Ale do IV klasy podstawówki grałem jeszcze w piłkę z kolegami. Później już nie.
Było mi łatwiej z tym się pogodzić, bo rodzice nigdy mnie nie okłamywali, nie ukrywali tego, co będzie się ze mną działo. Dlatego nie był to dla mnie żaden cios. A ich szczerość dała mi życiowy power.
Lekcja pierwsza - wolność
Pod koniec siódmej klasy sam zdecydowałem, że siadam na wózek. Pomyślałem, że to będzie recepta na wolność. Skoro mój sposób poruszania się nie idzie już w parze z moją aktywnością, lepiej skorzystać z pomocy. Ale jeszcze przez trzy lata wstawałem. A jako 17-latek ostatni raz jechałem na rowerze. Jazda nie była problemem. Trzeba było mnie tylko wsadzić na rower, a potem zdjąć, jak skończyłem rundę. Ale jak długo nie miałem dość, kumple się nudzili i znikali na piwo. Jeździłem wtedy w kółko wokół baru, czekając, aż wrócą.
Wiem, że za rok będę znów słabszy, ale to nie przeszkodzi mi w działaniu. Widzę zmiany - kubek z herbatą trzymam wciąż jedną ręką, ale drugą muszę już sobie pomagać. Ale zawsze staram się widzieć pozytywną stronę - kiedy uda mi się samemu włożyć but, cieszę się; jak się nie uda, nie wpadam w dołek. W pracy mam tyle stresów, że szkoda mi czasu na użalanie się nad sobą. Bo gdybym miał się przejmować tym, czy przeniosę się z łóżka na wózek, nie byłbym dziś tu, gdzie jestem.
Kiedy się urodziłem, nie było tylu mądrych książek co dziś, trudno było się dostać do dobrych lekarzy. Ale rodzicom udało się pokazać mi to, co w życiu ważne. Przede wszystkim wolność. Wiem, że nie jest ważne, czy jestem chory, czy zdrowy - mogę kochać i mieć własne zdanie.
Lekcja druga - miłość i sporty ekstremalne
Chciałem bardzo mieć rodzeństwo, ale gdyby urodził się chłopiec, mógłby być chory, jak ja. Rodzice jednak zaryzykowali. Urodziła się siostra, młodsza ode mnie o 11 lat - jest moją wielką miłością. Jest mądra, ma swoje zdanie, studiuje na Politechnice Wrocławskiej. Podróżujemy razem - byliśmy w Wielkiej Brytanii, nurkowaliśmy w Egipcie. Jak? Normalnie. Odezwała się moja pasja do ekstremalnych przeżyć. Kiedy się na coś takiego decyduję, liczy się tylko cel. Środki zawsze się znajdą.
Ten Egipt to był prezent na 18. urodziny dla siostry. Kiedy dowiedziałem się o nurkowaniu, od razu zapytałem, czy ja też mógłbym. Usłyszałem, że nie ma sprawy. Jedyny problem polegał na tym, że egipscy instruktorzy od nurkowania słabo mówili po angielsku. Ich znajomość języka nie wykraczała poza powtarzane bez końca "OK, OK.". Ubrali mnie w kombinezon, założyli ciężarki i ustnik, wrzucili do morza. Kiedy się zanurzyłem, okazało się, że nie mogę oddychać. Sygnalizuję problem facetowi, który zszedł ze mną pod powierzchnię, a on nic. Wreszcie siostra zauważyła, że coś jest nie tak, wskoczyła do wody i wyciągnęła mnie. Mówię, że nie mogłem oddychać, a Egipcjanie: "OK, OK".
Próbowałem jazdy roller coasterem, skoku na bungee. Nie udowadniam w ten sposób, że mogę robić to, co ktoś w pełni sprawny, nie w-skers. Wiadomo, że jeśli w grę wchodzi paralotnia, to tylko z instruktorem. Ale chodzi o samo przeżycie - w takich chwilach nie czuje się lęku, ale adrenalinę, piękno, wolność, spełnienie. Rzeczy przyziemne stają się nieistotne.
Lekcja trzecia - integracja
Po skończeniu podstawówki miałem wybór - szkoła integracyjna na drugim końcu miasta albo pobliskie XVI LO. Dyrektor nie widział problemu w tym, że jestem na wózku. Ale na początku było ciężko. Do budynku prowadziły trzy stopnie i kiedy podczas przerwy wszyscy wychodzili na dwór, ja zostawałem w klasie. Po kilku tygodniach powiedziałem rodzicom, że chcę zrezygnować. Ojciec na to: "OK, ale może najpierw pogadaj z kolegami". Odważyłem się i problem się rozwiązał. Kumple wnosili mnie na drugie, trzecie piętro bez problemu.
Potem studia - filologia polska, bardzo intensywny rok. Ale ciągnęło mnie prawdziwe dziennikarstwo - pod koniec pierwszego roku pojechałem z kolegą do Brożca na rolniczą blokadę. Nie zapowiadało się nic wielkiego, więc nie było wielu dziennikarzy. Tymczasem rolników spacyfikowała policja; sprzedaliśmy ten materiał "Gazecie Wyborczej". Za to nie było nas na sesji i trzeba było rok powtarzać.
Od zawsze chciałem robić coś, żeby pomagać innym. Byłem prezesem Parlamentu Młodzieży Wrocławia. Organizowałem pierwszy w historii miasta wolontariat. Działam we Wrocławskim Sejmiku Osób Niepełnosprawnych. Wysyłałem dzieciaki do Sejmu, do Warszawy. Wychodzę z domu rano, wracam często późnym wieczorem i do nocy siedzę przed komputerem. I jestem w swoim żywiole. Czasami żałuję, że nie mogę się sklonować.
Lekcja czwarta - obalanie stereotypów
Wysłałem projekt "W-skersów", programu telewizyjnego o niepełnosprawnych, do TVP. Spodobało się i ruszyła produkcja. Przez pół roku był emitowany w "Jedynce", potem spadł z anteny, mimo nagród, jakie dostałem. W marcu ubiegłego roku wrócił, ale tylko na rok. Pora emisji była absurdalna - przed południem, kiedy ludzie pracują albo się rehabilitują. To efekt stereotypowego myślenia, że w-skers nie ma nic innego do roboty, tylko siedzi przed telewizorem. Ja w swoim programie chciałem przełamywać schematy - rozmawiać o przeciwnościach losu niekoniecznie z niepełnosprawnymi, pokazywać w-skersów, którym się udało.
Wydaje mi się, że potrafiłem stereotypy przełamać przynajmniej częściowo - udało się odesłać do lamusa słowa "kaleka", "inwalida". Dawno powinny trafić do lamusa Zamiast tego jest w-skers, czyli niepełnosprawny, który radzi sobie w życiu. Dzisiaj jeden z blogów internetowych ma tytuł "w-skersi", tak nazywa się jedna z grup w Stowarzyszeniu Dzieci i Młodzieży "Ostoja". No i w Rynku stoi krasnal W-skers, razem z Głuchakiem i Ślepakiem.
Teraz robię nowy program - "Bez barier" - emitowany w TVP Wrocław. Działam w sejmiku, w Forum Integracji, prowadzę kampanię "Mapowanie", która ma oznaczyć na planie miejsca dostępne dla w-skersów.
1
2
następne »
Najnowsze wiadomości
-
Mamy cud unijnych funduszy. Jest z Bolesławca
-
We Wrocławiu żyjemy dwa lata krócej. Przez dojazdy
-
Elektroniczne protezy, które wiedzą, o czym myślisz
-
Świdnica: Zasnął z papierosem, prawie spłonął w pożarze
-
PKP: Dworzec Główny będzie otwarty tydzień przed Euro
-
Pamiętacie o jakich autach marzyli nasi dziadkowie?
-
Szukamy domu dla odważnych dzieciaków z Brave Kids
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
7 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




