Wojciech Kościelniak: Pożeramy się wzajemnie
08.10.2009
, aktualizacja: 08.10.2009 12:59
- Myszkin uwodzi innych tym, że niczego nie chce - jest lustrem, w którym inni mogą się przejrzeć. Każdy lubi mieć coś za darmo, dlatego tak łatwo Nastazja i Agłaja się w nim zakochują. Mogą go sobie wziąć i wypełnić sobą - mówi o swojej realizacji "Idioty" według powieści Fiodora Dostojewskiego reżyser Wojciech Kościelniak*. Premiera na dużej scenie Teatru Muzycznego "Capitol"
Katarzyna Kamińska: Co kryje się w czerwonej lodówce, którą możemy zobaczyć na plakatach zapowiadających inscenizację "Idioty"?
Wojciech Kościelniak: Jest ona praktycznie jedynym elementem scenografii, ale nie będę tłumaczyć sensu, jaki zawiera, widz sam ma go wytropić. Są oczywiste skojarzenia: chłód, jedzenie, a ona sama w sobie także jest atrakcyjnym wizualnie obiektem.
Lodówka to także symbol konsumpcji.
- Tak, dokładnie. Chciałbym, żeby ten spektakl był o tym, że pożeramy się nawzajem. Współczesne życie polega przecież na tym, że nie tylko chcemy czy pożądamy czegoś, ale wciąż pochłaniamy - jedzenie, drugiego człowieka, rzeczywistość. Żarłoczność jest także ważną cechą świata Dostojewskiego. W połączeniu z wartościami Myszkina, głównego bohatera powieści, powoduje napięcie, któremu warto się przyjrzeć. A chłód niesie ze sobą Rosja, ale też współczesna rzeczywistość. Spektakl jest osadzony we współczesnych realiach i nie chciałem budować innej dekoracji do każdej ze scen. To niepotrzebnie odciąga uwagę widza od treści sztuki i psychologii postaci. Lodówka jest prostym i pojemnym znakiem.
"Idiota" to powieść, której bohaterowie to postaci niejednoznaczne. Nie obawiał się Pan, że inscenizacja wymusi przylepienie im etykietek?
- Przenoszenie na scenę powieści jest zawsze dość ryzykownym pomysłem, ale teatr lubi to robić, bo proza ma w sobie dużo duchowości, emocji. Trzeba uszanować to, że autor wybrał formę powieści, a nie dramatu, i od początku, sięgając do skrótu, napisać całą historię. Rogożyn, rywal Myszkina do serca Nastazji, jest równocześnie potworem i kimś w rodzaju cierpiącego Chrystusa. A przecież często to właśnie cierpienie decyduje o naszym człowieczeństwie - patrząc na Rogożyna, widzimy, jak bardzo trudna relacja z ojcem decyduje o tym, kim jest jako dorosły człowiek. Budzi nasze współczucie, ale równocześnie się go obawiamy. Podobnie rzecz ma się z Nastazją - jest okropną, zepsutą kobietą, ale z drugiej strony, ofiarą gwałtu. Pojawia się pytanie, czy powinniśmy jej współczuć, czy ją potępić? A niektórzy krytycy uważali, że Myszkin jest antychrystem, wilkiem w owczej skórze, bo to on ostatecznie doprowadza do katastrofy.
Myszkin, mimo że był prawy i dobry, czuł się gorszy od otoczenia.
- Pewien teolog powiedział, że gdyby Chrystus chodził dziś po ziemi, mówiąc wyłącznie prawdę, nie przeszedłby 20 metrów, bo ludzie by go zabili. Myszkin uwodzi innych tym, że niczego nie chce - jest lustrem, w którym oni mogą się przejrzeć, naczyniem, które mogą wypełnić. Dlatego tak łatwo Nastazja i Agłaja - piękna córka generała Jepanczyna - zakochują się w nim. Mogą go sobie wziąć i wypełnić sobą. Myszkin wywołuje cały konflikt nieświadomie - on nie widzi nic złego w tym, że jest z Agłają, równocześnie kochając Nastazję. Łatwo jest mu rozróżnić opiekuńczą miłość do małej dziewczynki, którą widzi w skandalistce, od erotycznej miłości do Agłai. Mówi "kocham żałością, a nie miłością", ale normalna kobieta tego nie zrozumie. Nieszczęście, jakie za sobą niesie Myszkin, wynika z tego, że widzi lepiej i więcej. My wychowujemy się w świecie, w którym uczy się nas bronić przed tym światem. Wychowanie księcia i jego choroba sprawiły, że on tego nie potrafi.
Aktorzy przyznają, że "Idiota" to jedno z najtrudniejszych zadań, z jakimi przyszło im się zmierzyć.
- Problemem nie były ich techniczne umiejętności, ale to, co zagrać. W czasie pracy nad spektaklem musieliśmy wciąż bić się w pierś, próbować jeszcze raz, być zupełnie otwartymi, później traktować się ostro, czasem stwierdzić, że to, co zrobiliśmy, jest beznadziejne. Do robienia spektaklu na bazie Dostojewskiego nie da się przystąpić, wiedząc od początku do końca, co się zrobi, nie ma mowy o wypełnieniu jakiegoś planu. Jednym z pierwszych spektakli, jakie widziałem w życiu, była "Nastazja Filipowna" w reżyserii Andrzeja Wajdy. Zbudowany na finałowej scenie "Idioty" robił piorunujące wrażenie - Wajda wszedł do środka powieści poprzez skrót, oddał jedno, najważniejsze napięcie. Zagraniczni krytycy, którzy pisali o tym spektaklu, uznali, że reżyserowi i aktorom Starego Teatru udało się pokazać świat.
Pan w swojej inscenizacji dyskutuje z Dostojewskim?
- Fakt umiejscowienia historii Myszkina w dzisiejszych realiach jest komentarzem. Realia arystokratycznej Rosji nijak się mają do dzisiejszych - która współczesna dziewczyna wysyła do mężczyzny swoje zdjęcie? Nie staram się o linearną opowieść, nie chcę posługiwać się psychologią właściwą książce, ale konkretnymi zdarzeniami.
Kim są bohaterowie Dostojewskiego dziś?
- Nastazja to XIX-wieczna skandalistka. Była bardzo seksualną osobą, mężczyźni jej pożądali, a z drugiej strony, niewielu z nich chciałoby się z nią pokazać publicznie. Gdyby nie układy, w jakie wplątali ją Tocki i Jepanczyn, wylądowałaby na śmietniku. Dziś trudno znaleźć kogoś, kto odpowiada takiemu obrazowi. Można by skojarzyć ją np. z Marilyn Monroe, choć w dzisiejszym świecie uroda i pewność siebie nie są już niczym kontrowersyjnym. Dostojewski zderza świat zachodu i wschodu Europy, a dziś wszyscy jesteśmy z "zachodu". Myszkin - pełen dobrych chęci i pozytywnej energii - jest dla mnie kimś w rodzaju człowieka lat 80. To były czasy, kiedy funkcjonował etos "Solidarności". Takie pojęcia, jak ideowość, honor, wyższa racja i koleżeństwo, miały znacznie. Wszystko, co dzieje się w dzisiejszej przestrzeni publicznej, jest moim zdaniem spowodowane konfliktem myślenia właściwego tamtym czasom i podejścia kapitalistycznego. To jak walka Myszkina z Rogożynem.
W teatrze muzycznym jest miejsce na tak poważne kwestie?
- "Idiota" jest spektaklem na styku teatru muzycznego i dramatycznego. To nie jest eksperyment - od czasów Brela czy Brechta wiadomo, że muzyka interpretuje każdy rodzaj wypowiedzi. Nie musi się ona odnosić do taniego melodramatu typu "Miss Saigon" czy być wyłącznie poważna. Teatr nie powinien być jedynie mądry i przegadany, zrobiony z wielkim zadęciem. Dobra sztuka niesie zawsze jakiś komunikat i nie jest hermetyczna.
* Wojciech Kościelniak
- aktor i reżyser spektakli muzycznych, koncertów piosenki aktorskiej, widowisk telewizyjnych. Autor takich inscenizacji, jak "Hair", "Opera za trzy grosze", "Kombinat", "Mandarynki i pomarańcze", "Scat, czyli od pucybuta do milionera", "Ferdydurke", "Sen nocy letniej".
Wojciech Kościelniak: Jest ona praktycznie jedynym elementem scenografii, ale nie będę tłumaczyć sensu, jaki zawiera, widz sam ma go wytropić. Są oczywiste skojarzenia: chłód, jedzenie, a ona sama w sobie także jest atrakcyjnym wizualnie obiektem.
Lodówka to także symbol konsumpcji.
- Tak, dokładnie. Chciałbym, żeby ten spektakl był o tym, że pożeramy się nawzajem. Współczesne życie polega przecież na tym, że nie tylko chcemy czy pożądamy czegoś, ale wciąż pochłaniamy - jedzenie, drugiego człowieka, rzeczywistość. Żarłoczność jest także ważną cechą świata Dostojewskiego. W połączeniu z wartościami Myszkina, głównego bohatera powieści, powoduje napięcie, któremu warto się przyjrzeć. A chłód niesie ze sobą Rosja, ale też współczesna rzeczywistość. Spektakl jest osadzony we współczesnych realiach i nie chciałem budować innej dekoracji do każdej ze scen. To niepotrzebnie odciąga uwagę widza od treści sztuki i psychologii postaci. Lodówka jest prostym i pojemnym znakiem.
"Idiota" to powieść, której bohaterowie to postaci niejednoznaczne. Nie obawiał się Pan, że inscenizacja wymusi przylepienie im etykietek?
- Przenoszenie na scenę powieści jest zawsze dość ryzykownym pomysłem, ale teatr lubi to robić, bo proza ma w sobie dużo duchowości, emocji. Trzeba uszanować to, że autor wybrał formę powieści, a nie dramatu, i od początku, sięgając do skrótu, napisać całą historię. Rogożyn, rywal Myszkina do serca Nastazji, jest równocześnie potworem i kimś w rodzaju cierpiącego Chrystusa. A przecież często to właśnie cierpienie decyduje o naszym człowieczeństwie - patrząc na Rogożyna, widzimy, jak bardzo trudna relacja z ojcem decyduje o tym, kim jest jako dorosły człowiek. Budzi nasze współczucie, ale równocześnie się go obawiamy. Podobnie rzecz ma się z Nastazją - jest okropną, zepsutą kobietą, ale z drugiej strony, ofiarą gwałtu. Pojawia się pytanie, czy powinniśmy jej współczuć, czy ją potępić? A niektórzy krytycy uważali, że Myszkin jest antychrystem, wilkiem w owczej skórze, bo to on ostatecznie doprowadza do katastrofy.
Myszkin, mimo że był prawy i dobry, czuł się gorszy od otoczenia.
- Pewien teolog powiedział, że gdyby Chrystus chodził dziś po ziemi, mówiąc wyłącznie prawdę, nie przeszedłby 20 metrów, bo ludzie by go zabili. Myszkin uwodzi innych tym, że niczego nie chce - jest lustrem, w którym oni mogą się przejrzeć, naczyniem, które mogą wypełnić. Dlatego tak łatwo Nastazja i Agłaja - piękna córka generała Jepanczyna - zakochują się w nim. Mogą go sobie wziąć i wypełnić sobą. Myszkin wywołuje cały konflikt nieświadomie - on nie widzi nic złego w tym, że jest z Agłają, równocześnie kochając Nastazję. Łatwo jest mu rozróżnić opiekuńczą miłość do małej dziewczynki, którą widzi w skandalistce, od erotycznej miłości do Agłai. Mówi "kocham żałością, a nie miłością", ale normalna kobieta tego nie zrozumie. Nieszczęście, jakie za sobą niesie Myszkin, wynika z tego, że widzi lepiej i więcej. My wychowujemy się w świecie, w którym uczy się nas bronić przed tym światem. Wychowanie księcia i jego choroba sprawiły, że on tego nie potrafi.
Aktorzy przyznają, że "Idiota" to jedno z najtrudniejszych zadań, z jakimi przyszło im się zmierzyć.
- Problemem nie były ich techniczne umiejętności, ale to, co zagrać. W czasie pracy nad spektaklem musieliśmy wciąż bić się w pierś, próbować jeszcze raz, być zupełnie otwartymi, później traktować się ostro, czasem stwierdzić, że to, co zrobiliśmy, jest beznadziejne. Do robienia spektaklu na bazie Dostojewskiego nie da się przystąpić, wiedząc od początku do końca, co się zrobi, nie ma mowy o wypełnieniu jakiegoś planu. Jednym z pierwszych spektakli, jakie widziałem w życiu, była "Nastazja Filipowna" w reżyserii Andrzeja Wajdy. Zbudowany na finałowej scenie "Idioty" robił piorunujące wrażenie - Wajda wszedł do środka powieści poprzez skrót, oddał jedno, najważniejsze napięcie. Zagraniczni krytycy, którzy pisali o tym spektaklu, uznali, że reżyserowi i aktorom Starego Teatru udało się pokazać świat.
Pan w swojej inscenizacji dyskutuje z Dostojewskim?
- Fakt umiejscowienia historii Myszkina w dzisiejszych realiach jest komentarzem. Realia arystokratycznej Rosji nijak się mają do dzisiejszych - która współczesna dziewczyna wysyła do mężczyzny swoje zdjęcie? Nie staram się o linearną opowieść, nie chcę posługiwać się psychologią właściwą książce, ale konkretnymi zdarzeniami.
Kim są bohaterowie Dostojewskiego dziś?
- Nastazja to XIX-wieczna skandalistka. Była bardzo seksualną osobą, mężczyźni jej pożądali, a z drugiej strony, niewielu z nich chciałoby się z nią pokazać publicznie. Gdyby nie układy, w jakie wplątali ją Tocki i Jepanczyn, wylądowałaby na śmietniku. Dziś trudno znaleźć kogoś, kto odpowiada takiemu obrazowi. Można by skojarzyć ją np. z Marilyn Monroe, choć w dzisiejszym świecie uroda i pewność siebie nie są już niczym kontrowersyjnym. Dostojewski zderza świat zachodu i wschodu Europy, a dziś wszyscy jesteśmy z "zachodu". Myszkin - pełen dobrych chęci i pozytywnej energii - jest dla mnie kimś w rodzaju człowieka lat 80. To były czasy, kiedy funkcjonował etos "Solidarności". Takie pojęcia, jak ideowość, honor, wyższa racja i koleżeństwo, miały znacznie. Wszystko, co dzieje się w dzisiejszej przestrzeni publicznej, jest moim zdaniem spowodowane konfliktem myślenia właściwego tamtym czasom i podejścia kapitalistycznego. To jak walka Myszkina z Rogożynem.
W teatrze muzycznym jest miejsce na tak poważne kwestie?
- "Idiota" jest spektaklem na styku teatru muzycznego i dramatycznego. To nie jest eksperyment - od czasów Brela czy Brechta wiadomo, że muzyka interpretuje każdy rodzaj wypowiedzi. Nie musi się ona odnosić do taniego melodramatu typu "Miss Saigon" czy być wyłącznie poważna. Teatr nie powinien być jedynie mądry i przegadany, zrobiony z wielkim zadęciem. Dobra sztuka niesie zawsze jakiś komunikat i nie jest hermetyczna.
* Wojciech Kościelniak
- aktor i reżyser spektakli muzycznych, koncertów piosenki aktorskiej, widowisk telewizyjnych. Autor takich inscenizacji, jak "Hair", "Opera za trzy grosze", "Kombinat", "Mandarynki i pomarańcze", "Scat, czyli od pucybuta do milionera", "Ferdydurke", "Sen nocy letniej".
Najnowsze wiadomości
-
W pasażu Niepolda powstanie nieoficjalna strefa kibica
-
Wikingowie i Flinstonowie. Płynęli Odrą na czym się dało
-
Ludzie oglądają samochody... A tu wybory miss [FOTO]
-
Najczęstszy błąd językowy? Aż 80 proc. z nas źle akcentuje
-
Pokazali, skąd się bierze ciepło w naszych domach
-
Jak zadowolić kibiców podczas Euro 2012? POT Ci doradzi
-
Od 3 czerwca autobus "147" będzie kursował inaczej
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień




