9. ENH: Hity i kity festiwalu
Hity:
Najważniejsze na festiwalu okazały się dla mnie, wbrew jego założeniom, nie "nowohoryzontowe odkrycia", lecz filmy mistrzów: przede wszystkim "Biała wstążka " Michaela Hanekego oraz "Przerwane objęcia" Pedro Almodovara. Ponieważ pierwszy z tych tytułów prawdopodobnie nie wejdzie do naszych kin (zadziwiająca decyzja dystrybutora), wrocławski festiwal stanowił najlepszą okazję, by obejrzeć nowe dzieło autora "Funny Games" na dużym ekranie (recenzję filmu znajdziecie tutaj).
"Przerwane objęcia " to uczta kinowa na najwyższym poziomie. Hiszpan obraca się wśród swoich ulubionych motywów, przypomina nam własną wczesną twórczość, garściami czerpie z filmowej klasyki. Jak zwykle wszystko to robi z wielką klasą i lekkością. Pozornie prosta intryga, bazująca na popularnych filmowych schematach, przekształca się na naszych oczach w hołd wolności tworzenia i kinu.
Twórczość Guya Maddina była już wcześniej znana bywalcom festiwalu, tym razem reżyserowi poświęcono cały cykl (o poszczególnych filmach Maddina pisaliśmy tutaj). Imponuje staranność i wszechstronność, z jaką organizatorzy przygotowali retrospektywę (zresztą dotyczy to wszystkich retrospektyw, nie tylko tej kanadyjskiego reżysera). Były filmy, filmy z muzyką na żywo ("Piętno na umyśle!"), wydano wywiad-rzekę z twórcą, w galerii BWA pokazano filmową instalację "Na kolana, tchórze!". Sam twórca oczywiście gościł we Wrocławiu, a na spotkaniach z publicznością rozbawiał i zadziwiał swoimi tyle błyskotliwymi, co oryginalnymi wypowiedziami. Czy fan Maddina mógłby chcieć czegoś więcej?
Podoba mi się pomysł na nowy konkurs, czyli filmów o sztuce. W tym przypadku również starzy mistrzowie nie zawiedli - Agn?s Varda pokazała "Plaże Agn?s", w których jak w bajecznie kolorowym kalejdoskopie oglądamy scenki wydobyte z pamięci czołowej twórczyni francuskiej Nowej Fali; Peter Greenaway zaprezentował filmowy traktat o wizualności "Rembrandt: oskarżam... !". Również polski reprezentant w konkursie filmów o sztuce, czyli "Villa Dei Misterii", to obraz ponadprzeciętny (więcej przeczytasz o nim w tej relacji).
Kity:
Niech filmowcy eksperymentują sobie, ile chcą, ale nie na mnie w roli widza - wychodząc z takiego założenia i pamiętając o marnych zeszłorocznych doświadczeniach, na filmy konkursowe wybierałam się rzadko. Dlatego też rozczarowań tak wiele nie przeżyłam.
Zawiódł mnie "Ricky " François Ozona (pokazywany w Panoramie Kina Światowego), a także "Tlen" Iwana Wyrypajewa. Oba przypadki są właściwie podobne: mamy do czynienia z twórcami, którzy żonglują różnymi filmowymi stylistykami z ogromną wprawą, tworzą na ekranie konstelacje bez wątpienia oryginalne, jednak puste jak wydmuszka.
Ogólnie:
Nie przyłączę się do dość powszechnych narzekań na formułę konkursu, ponieważ nie samym konkursem ten festiwal żyje. Program ENH jest tak bogaty (chyba z roku na rok coraz bogatszy), że spokojnie można ułożyć sobie własny repertuar nie uwzględniając w nim filmów konkursowych, omijając pozycje najbardziej eksperymentalne. Opinia, że festiwal wrocławski oferuje jedynie kino niszowe, a nawet nieprzystępne, nie znajduje pokrycia w rzeczywistości.
Malwina Grochowska
2.
Hity:
Duże wrażenie wywarła na mnie długo oczekiwana premiera "Głodu ", który jest filmem zaskakująco dojrzałym, bezkompromisowym i w gruncie rzeczy kompletnym jak na reżyserski debiut. Steve McQueen, okrzyknięty prawdziwym objawieniem zeszłego roku, ukazuje brutalne sceny w sposób sugestywny, przerażająco surowy, choć jednocześnie - niezwykle wyważony. To mocne i wartościowe kino.
Wśród najbardziej pozytywnych niespodzianek wymieniłbym pełen absurdów, przezabawny musical "$e11.ou7! - Sell Out", kanadyjski "Pontypool ", który stanowi udany mariaż intelektualnego kina grozy z czarną komedią oraz francuską "Stellę" - lekką, dobrze opowiedzianą, ujmującą swą autentycznością i subtelnym poczuciem humoru historię ślicznej 11-latki z robotniczych przedmieść Paryża.
Wspomnę jeszcze tylko, że - choć pozostaję krytyczny wobec najnowszych polskich filmów fabularnych pokazywanych podczas 9. ENH - z dużą satysfakcją zauważam rozwijającą się tendencję do sięgania przez rodzimych twórców (co jeszcze bardziej cieszy - debiutantów) po aktualne i w pewnym stopniu społecznie zaangażowane tematy. Inspiracje dla scenariuszy czerpią z artykułów prasowych, reportaży i autentycznych historii, a ich produkcje - choć warsztatowo jeszcze niedoskonałe, szczególnie w warstwie scenariusza - stanowią ciekawy głos w dyskusjach dotyczących ważnych kwestii jak prostytucja tytułowych "Galerianek", sytuacja uchodźców ("Moja krew", "Handlarz cudów") lub plaga uzależnień w służbie zdrowia ("Hel").
Kity:
W miarę starannie układałem swój program, zatem wśród prawie czterdziestu filmów obejrzanych na Nowych Horyzontach w tym roku nie znalazło się zbyt wiele, do których pasowałoby określenie "zupełne nieporozumienie". Rozczarował mnie przede wszystkim najnowszy film Tsai Ming-lianga (przeczytaj więcej o "Twarzy" w naszej relacji), a także fabularny debiut wybitnego specjalisty od animacji - Piotra Dumały.
Jednak najgorzej będę wspominał chyba seans "Szczurzego ziela" Julia Bressane. Brazylijski reżyser z przerażającą powagą opowiada kuriozalną i wydumaną historię miłosną. Pseudofilozoficzne rozważania, motywy turpistyczne oraz wątpliwe napięcie budowane poprzez seksualne obsesje i dewiacje sprawiają, że ta w zamierzeniu oniryczna, głęboko refleksyjna przypowieść okazuje się niemożliwie nudna i pretensjonalna. Gdy pod sam koniec film z wysmakowanej wizualnie bzdury przeradza się w makabreskę, wyczerpani widzowie (o ile jeszcze pozostali na sali) mogą wreszcie bez skrupułów parsknąć śmiechem. W tym wypadku to chyba jedyna właściwa reakcja. I jakże oczyszczająca!
Ogólnie:
Trudno podsumować festiwal w kilku słowach, szczególnie że w tym roku zdecydowano się na wiele nowości w formule imprezy. Mam wiele wątpliwości co do tego, czy zaproponowane przez organizatorów zmiany idą w dobrym kierunku - przede wszystkim mnożenie sekcji konkursowych sprawia, że główny konkurs (choć uatrakcyjniony dodatkowymi wyróżnieniami) traci swój niepowtarzalny charakter, a przecież jeszcze niedawno stanowił dumę Nowych Horyzontów. Zamiast trzech pokazów każdego filmu z tej sekcji, jak to miało miejsce dotychczas, w programie zmieściły się jedynie dwa, co znacznie skomplikowało sprawę w przypadku najbardziej głośnych produkcji ("Tlen", "Głód" etc.). Co więcej, zupełnym nieporozumieniem wydaje mi się rewolucja w sposobie oddawania głosów na konkursowe filmy (sms-y zamiast kuponów), dodatkowo marginalizująca znaczenie dotąd najważniejszej nagrody publiczności.
Ważną kwestią - podejmowaną w podsumowaniach festiwalu rok po roku - jest także poziom konkursowych filmów. Czy długie ujęcia, minimalizm formalny , niespieszne tempo albo nieuzasadnione epatowanie przemocą to już wystarczające wyznaczniki filmowej nowohoryzontowości? Czy w opakowaniu pięknych zdjęć i poetyckiej narracji zbyt często nie wciska się publiczności pseudoartystycznych wydmuszek? Gdzie ta nowatorskość i oryginalność...
Chwilami odnoszę wrażenie, że poszukiwania nowych horyzontów kina stanęły w martwym punkcie - wszystko to już we Wrocławiu czy Cieszynie widzieliśmy, tylko pod innym tytułem i (zazwyczaj) zrealizowane przez innego reżysera. Pojedyncze produkcje zakwalifikowane do konkursu na szczęście przeczą tej tezie i pozwalają zachować wiarę w przewodnią ideę imprezy. Sam problem - który tu jedynie napomknięto - warto poddać szerszej dyskusji z udziałem zarówno organizatorów, dziennikarzy, jak i widzów.
P.S. Od lat coraz bardziej uciążliwa kwestia - czyli długie kolejki i problemy widzów z dostaniem się na seanse - wydaje się nie do rozwiązania. Rozwiązania nie przyniesie z pewnością odbieranie wejściówek przez karnetowiczów, a raczej nie sprawdzą się także inne propozycje uczestników, o których można poczytać m.in. na oficjalnym forum ENH. W dodatku polska mentalność sprzyja tworzeniu kolejek i staniu w ogonkach na wiele minut (czy godzin) przed seansem.
Piotr Guszkowski
3.
Hity:
Zdecydowanie najlepsze wrażenie na festiwalu zrobiła na mnie retrospektywa Guya Maddina. Był to spójny i trzymający poziom przegląd jednego z najciekawszych nowohoryzontowych reżyserów. Poza filmami znanymi już z poprzednich edycji ("Moje Winnipeg", "Piętno na umyśle" czy "Najsmutniejsza muzyka świata") zaprezentowano równie ciekawe, pełne absurdu i zabawy formą wcześniejsze obrazy. Utrzymany w stylistyce kina radzieckiego "Archangielsk", górski film "pro kazirodczy" "Ostrożnie" i "Drakulę" zrobionego w konwencji baletowej. Uzupełnieniem filmowej uczty były rozmowy prowadzone przez duet Michał Oleszczyk i Kuba Mikurda oraz książka ich autorstwa "Kino wykolejone. Rozmowy z Guyem Maddinem".
Pomimo narzekań na tegoroczny konkurs Nowe Horyzonty śmiało mogę polecić 4 tytuły - "Głód ", "$e11.ou7! - Sell Out", "Każdy myśli swoje" i "Ne change rien".
Ostatni z nich, w reżyserii Pedro Costy, prezentuje aktorkę i piosenkarkę Jeanne Balibar podczas prób, pracy z zespołem i nauczycielem śpiewu. Costa zrobił czarno-biały i znikomo oświetlony film. Ta stylistyka wyostrza główne wątki - walkę z niedoskonałością głosu, przełamywanie własnych słabości.
Henrik Hellstrom w "Każdy myśli swoje" opowiedział kameralną historię małej społeczności. Obserwujemy mieszkańców miasteczka, którzy nie chcą podporządkować się rutynie, ustalonym regułom, wartościom. Każdy samodzielnie wyznacza sobie ramy funkcjonowanie w środowisku. Tworzy swój mały świat. Całość okraszona pięknymi zdjęciami.
"Sell Out" w reżyserii Yeo Joon Han to powiem świeżości. Odtrutka na panujący na festiwalowym ekranie marazm. Prześmiewcza, absurdalna, utrzymana w konwencji musicalu krytyka pozbawionego skrupułów, podążającego za pieniądzem i sukcesem społeczeństwa, funkcjonującego w korporacyjnej rzeczywistości.
Faworytem do ostatniego dnia konkursowych zmagań zostaje Steve McQueen i jego debiutancki "Głód". To opowieść o wydarzeniach lat 80. Do brytyjskiego więzienia trafiają działacze IRA. Zamknięci w czterech ścianach podlegają nowym regułom. Te determinują ich skrajne zachowania. Odhumanizowany świat zakładu karnego, protest, akty przemocy i głodówka więźniów. Tragiczny obraz ludzkiej traumy, fizycznego i psychicznego poniżania.
Faworytem do ostatniego dnia konkursowych zmagań zostaje Steve McQueen i jego debiutancki "Głód". To opowieść o wydarzeniach lat 80. Do brytyjskiego więzienia trafiają działacze IRA. Oderwani od rzeczywistości, zamknięci w czterech ścianach podlegają nowym regułom, które determinują ich skrajne zachowanie. Odhumanizowany świat zakładu karnego, protest, akty przemocy i głodówka więźniów. Tragiczny obraz ludzkiej traumy, fizycznego i psychicznego poniżania.
Kity:
Francois Ozon i jego najnowszy obraz "Ricky ". Ten film to moje największe rozczarowanie festiwalu. Zabawa z widzem? Prowokacja? Trudno osądzić, ale i szkoda zawracać sobie tym głowę. Wiem jedno - lukrowana, chwilami mdłą historia o latającym chłopcu mnie nie porusza.
Zdecydowanie największym "kitem" festiwalu jest sposób głosowanie na filmy konkursowe. Nowa zasada wciągająca do zabawy nasze telefony komórkowe obniża rangę konkursu. Bliżej teraz do telewizyjnego show, niż festiwalu filmowego, który mimo wszystko, nadal pretenduje do miana niszowego, prezentującego filmy odbiegające od formatów obecnych w multipleksach. Gwoździem do trumny jest również rezygnacja z prezentowania w gazetce festiwalu not recenzentów i widzów. Była to znakomita okazja do wzajemnej konfrontacji opinii i ocen. Napięcie opadło, pozbawiono widzów konkurs sporej dawki emocji. Wielka szkoda.
Ogólnie:
Tegoroczny edycja to potwierdzenie ugruntowanej marki festiwalu. Widać, że impreza na dobre wpisała się w przestrzeń Wrocławia. Wszystkie obiekty przygotowane zostały znakomicie na przyjęcie kilku tysięcy widzów. Głosy o upadku imprezy po przeniesieniu z Cieszyna, były przedwczesną próbą zatopienia festiwalu. Miasto na czas imprezy ożywa, a szereg imprez kierowanych jest nie tylko do "karnetowiczów". Przykładem mogą być wystawy (poświęcona Maddinowi "Na kolana, tchórze!" w Design BWA) oraz bogaty program koncertów w Arsenale. Przeniesienie dwa lata temu klubu festiwalowego w to miejsce, było strzałem w dziesiątkę.
Jedyna rzecz, na jaką czekam z niecierpliwością, i być może już przy kolejnej edycji dojdzie ona do skutku, to zagospodarowanie w większym stopniu przestrzeni miasta. W szczególności tej w sąsiedztwie obiektów festiwalowych. Byłby to sposób na jeszcze większą integrację miasta z imprezą, a dla uczestników stworzenie swoistego festiwalowego miasteczka. Miejsce na odpoczynek, dyskusję, chwilę oddechu od sali kinowej. Projekty podobno już powstały.
Jeszcze przez długie tygodnie będziemy debatować o poziomie prezentowanych filmów. Trudno nie zauważyć spadku formy tych z sekcji konkursowej. Stały się mniej nowohoryzonowe, w większości odtwórcze, pozbawione oryginalnego stylu i języka. Straty wynagrodziły jednak retrospektywy, nowy cykl filmów o sztuce i jak zawsze znakomite dokumenty.
Piotr Sobierski
A JAKI BYŁ DLA WAS TEN FESTIWAL? PODZIELCIE SIĘ Z NAMI SWOIMI UWAGAMI W KOMENTARZACH!
ZOBACZ TAKŻE:
RELACJE Z FESTIWALU DZIEŃ PO DNIU
-
Senatorowie i posłowie wespół w zespół dla regionu
-
Zespół Armia świętuje rocznicę. W weekend we Wrocławiu
-
Wybory elektorów z uchybieniami. Powtórki nie będzie
-
Za 2 tygodnie wreszcie ruszy budowa wału na Kozanowie
-
Centrum Poznawcze w Hali Stulecia czeka na gości [FOTO]
-
Napinają trakcję na Sępolnie. Tyczki zdają egzamin
-
Pyszne domowe faworki babci Alicji [KROK PO KROKU]
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów




