Uwiecznione chwile Jana Troella

Rozmawiała Natalia Musialik, "Gazeta Na horyzoncie"
29.07.2009 , aktualizacja: 29.07.2009 16:25
A A A Drukuj
NA HORYZONCIE Szwedzkiego reżysera inspirują niezwykłe obrazy z przeszłości. Jego najnowszy film to zaproszenie do świata starej fotografii. O pasji fotograficznej, domowych filmach i pracy w Hollywood - opowiada Jan Troell
ZOBACZ TAKŻE
Natalia Musialik: Pana najnowszy film, "Uwiecznione chwile Marii Larsson", oparty jest na prawdziwej historii kobiety, która na początku XX wieku zafascynowała się fotografią. Skąd dowiedział się Pan o istnieniu Marii Larsson?

Jan Troell: Moja żona Agneta przygotowywała się do realizacji filmu rodzinnego z okazji 80. urodzin swojego ojca. Kiedy zaczęła rozmawiać z krewnymi, odkryła, że jej ojciec miał kuzynkę w Göteborgu. Agneta nigdy wcześniej jej nie poznała, więc zdecydowała się porozmawiać z nią. Tak poznała Maję, córkę Marii Larsson. Przez kolejnych sześć lat Maja opowiadała historię życia swojej matki. Ponad sto godzin nagranych wywiadów posłużyło mojej żonie jako materiał do napisania książki. Powstawała ona równolegle do scenariusza. Oczywiście mój film nie jest dokumentem ani dokudramą. To film fabularny, ale w wielu aspektach jest bliski temu, co naprawdę się wydarzyło.

Czy w Pana rodzinie domowe filmy mają długą tradycję?

- Owszem, mój ojciec kupił kamerę w 1928 r., jeszcze zanim się urodziłem. Nadal mam filmy z okresu mojego dzieciństwa. Są to czarno-białe filmy na taśmie 16 mm. Oczywiście nie było ich zbyt wiele, bo taśma filmowa była wówczas bardzo kosztowna. W tamtych czasach można było sobie pozwolić na jedną, dwie rolki rocznie. Ale rzeczywiście od dziecka byłem przyzwyczajony do oglądania mojej rodziny na filmach.

W jakim stopniu fotograficzna pasja Marii odzwierciedla Pana osobiste doświadczenia?

- Podobnie jak Maria miała swojego nauczyciela, tak i ja poznałem kiedyś w Malmö fotografa. Poszedłem do niego kupić papier i odczynniki, i to on nauczył mnie podstaw sztuki. Miałem też kiedyś podobny aparat jak Maria Larsson. Pamiętam, jak wywoływałem zdjęcia w szafie moich rodziców. Dlatego doskonale wiem, jaki rodzaj fascynacji przeżywała bohaterka mojego filmu. Ale oczywiście to było jeszcze bardziej wyjątkowe dla niej, ponieważ była kobietą z klasy robotniczej i z pewnością jako jedyna w swoim otoczeniu robiła zdjęcia.

Kiedy zaczynał Pan swoją przygodę z fotografią, była ona już czymś bardziej powszechnym. Co dokładnie pociągało Pana w tym zajęciu?

- Fascynującą rzeczą w fotografii tradycyjnej jest czas oczekiwania na efekt. Kiedy sam wywołujesz zdjęcia, widzisz cały proces i obraz wyłaniający się z niczego. Oczywiście czasami zdarzają się rozczarowania. W dzisiejszych czasach młodzi ludzie przyzwyczajeni są do małych, cyfrowych kamer. Nie zdają sobie sprawy z tego, że każda fotografia wymaga pracy. Naciskają przycisk i odczuwają natychmiastową satysfakcję. W pewnym sensie jest mi trochę żal młodych ludzi, otoczonych tyloma obrazami.

Jakie były Pana pierwsze zdjęcia?

- Moje pierwsze zdjęcia koncentrowały się na przyrodzie i zwierzętach. Ale dosyć wcześnie zafascynowały mnie twarze ludzi. Aranżowałem światło i robiłem portrety. Zacząłem kupować magazyny, aby oglądać prace innych fotografów i inspirować się nimi.

Fascynacja osobami jest również widoczna w Pańskich filmach. Jest wśród nich dużo filmów biograficznych

- Moje filmy można z łatwością podzielić na dwie grupy. Pierwsza to takie, do których zostałem zaproszony przez producentów. Jeżeli uważałem, że propozycja jest interesująca, zgadzałem się, ale czasami przekształcanie pomysłu w coś bardziej osobistego trwało bardzo długo. Aby zrobić film, trzeba być oczywiście do niego przekonanym. Drugą grupą są filmy, które dojrzewały we mnie. Takim filmem jest "Wyliczanka", opowieść o nauczycielu, który napotyka ogromne problemy w swojej pracy i kontaktach z uczniami. Sam byłem kiedyś nauczycielem, więc chciałem podzielić się moimi doświadczeniami.

Wiele Pańskich filmów to ekranizacje literatury. Jak odnajdywał Pan autorską drogę?

- "Emigranci" i "Osadnicy" to filmy oparte na czterech tomach powieści. Kiedy zaproponowano mi ich realizację i zacząłem je czytać, pomyślałem, że niemożliwe jest, bym mógł cokolwiek dodać. Wydawały mi się tak kompletne. Poza tym nie czułem żadnej więzi. Byłem już gotów odmówić, kiedy nagle, w trzecim tomie, przeczytałem kilka zdań. Pamiętam dokładnie, w którym miejscu to się znajdowało. Bohaterka powieści, Kristina, wyemigrowała do Ameryki i wciąż tęskniła do ojczyzny. Wspominając dzieciństwo w Szwecji, przypomniała sobie o porcelanowej lalce, która wpadła do studni. Widziała ją głęboko pod wodą, ale nie mogła jej dosięgnąć. Kiedy to przeczytałem, wyobraziłem sobie obraz, który do mnie przemówił. To było coś, co chciałem sfilmować. Odkryłem, że mogę dodać element liryczny do wielkiej, epickiej opowieści.

Podobnie jak bohaterowie "Emigrantów" i "Osadników", Pan również był w Ameryce. Jakie są Pana wspomnienia z realizacji filmów w Hollywood?

- Przede wszystkim zdziwiło mnie to, że nie pozwolono mi robić zdjęć do filmu. Związki zawodowe operatorów wzbraniały reżyserom pracy za kamerą. Było to dla mnie bardzo trudne, ponieważ zawsze miałem możliwość improwizowania na planie, nie musiałem z góry ustalać każdego ruchu. Moje pierwsze filmy kręciłem kamerą 16 mm, dlatego też naturalną rzeczą było dla mnie to, że byłem równocześnie i operatorem, i reżyserem. Rozdzielenie tych funkcji wydawało mi się czymś dziwnym.

Jest Pan nazywany artystą totalnym - scenarzystą, reżyserem, operatorem Który etap pracy jest najciekawszy?

- Cudowną rzeczą w robieniu filmów jest to, że istnieje tak wiele różnych stron tej pracy. Każda z nich jest absolutnie fascynująca - praca z aktorami, pisanie scenariusza, szukanie lokacji Jednak montaż wydaje mi się najciekawszy. Kiedy zaczynasz robić film, możliwości są nieograniczone. Ale po nakręceniu zdjęć, mając określony materiał, trzeba połączyć jeszcze obrazy i dodać muzykę. I to jest chyba najciekawsza część pracy.

Jakie są Pana plany na przyszłość?

- Wspólnie z duńskim pisarzem Klausem Rifbjergiem pracuję właśnie nad scenariuszem. Jesteśmy rówieśnikami i znamy się od 1964 r. Poznaliśmy się, kiedy realizowałem "Przystanek na bagniskach" - mój pierwszy profesjonalny film z Maksem von Sydowem.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy