Wprowadźmy obowiązkowe dyktando maturalne
04.07.2009
, aktualizacja: 03.07.2009 12:49
- Dobrze, że wraca matura z matematyki, bo to gimnastyka umysłu. Podejrzewam jednak, że autorzy zadań będą musieli dostosować się do poziomu inteligencji osób poniżej średniej, a zadania na poziomie podstawowym będą trywialne - uważa prof. Jan Hartman z Uniwersytetu Jagiellońskiego
ZOBACZ TAKŻE
- Naukowiec proponuje: Zlikwidujmy gimnazja! (01-07-09, 09:00)
- Licencjat dla wszystkich, magisterka dla elit (19-06-09, 20:00)
- Dla kogo studia, dla kogo akademia? (12-06-09, 21:49)
- Myślenia trzeba uczyć już przedszkolaka (11-06-09, 20:20)
Rozmowa z prof. Janem Hartmanem*
Tomasz Wysocki: Wykładowcy uniwersyteccy narzekają na dramatyczny spadek poziomu intelektualnego wśród kandydatów na studia. Pan też o tym pisał niedawno. Czy uczelnie powinny się bronić przed niedouczonymi maturzystami, np. przez wprowadzenie egzaminów wstępnych?
Prof. Jan Hartman: Może i powinny, ale nie mogą. Są wdzięczne za każdego studenta, bo żyją ze studentów, tj. z ich czesnego lub z państwowych dotacji, uzależnionych od liczby studiujących na danym kierunku. Uczelnie są poniekąd bezbronne, bo podlegają silnym uwarunkowaniom społecznym i ekonomicznym, którym bardzo trudno stawić opór. Selekcji studentów można by dokonać przez ciężkie egzaminy na I roku studiów. Tak jest w wielu krajach w Europie Zachodniej, np. we Francji, gdzie pierwsze sesje egzaminacyjne eliminują najsłabszych studentów.
W Polsce jednak nie ma takiej tradycji. Jeśli na danym kierunku jest limit przyjęć w wysokości 120 miejsc, to uczelnia stara się raczej, żeby do końca studiów dotrwało około setki. W przeciwnym razie miejsca te niejako się marnują. Władze uczelniane wywierają na wykładowców łagodny nacisk, żeby przepuszczali studentów na egzaminach.
Inaczej jest tylko na rzeczywiście trudnych kierunkach - fizyce, matematyce, niektórych kierunkach inżynierskich, na medycynie. Tam ciągle obowiązują tradycyjne metody uczenia się pamięciowego, a studenci nastawieni są na pracę po wiele godzin dziennie.
Jednak studenci większości kierunków oczekują, że będzie im się studiowało łatwo i przyjemnie. Uczelnie zwykle wychodzą naprzeciw takim oczekiwaniom, niemniej jednak dobrzy i ambitni studenci zawsze znajdą dla siebie miejsce i wymagających wykładowców, którzy doskonale uczą.
Jednak dostają takie same dyplomy, jak ci, co się przez pięć lat ślizgali.
- To fakt, nie ma różnicy między dyplomami magisterskimi niby-studenta i prawdziwego studenta. Poważnym certyfikatem wiedzy jest dopiero doktorat.
Co można zrobić na uczelniach, żeby zahamować proces degradacji?
- Niewiele. Może jedynie skupić więcej uwagi na pracy z tymi ambitniejszymi, zróżnicować formy studiowania. Masowe studia z natury rzeczy będą jednak mizerne.
Może należy zmienić zasady matury, tak żeby w tym momencie wyselekcjonować tych, co mają potencjał niezbędny do studiowania? Czy obowiązkowa matura z matematyki będzie takim sitem?
- Postawienie tamy na poziomie matury niczego nie zmieni, bo pod społecznym naporem setek tysięcy osób tama się zawali. Moim zdaniem system jednego egzaminu jest dobry. Nie należy ich mnożyć. Dobrze, że wraca matura z matematyki, bo to gimnastyka umysłu. Podejrzewam jednak, że autorzy zadań będą musieli dostosować się do poziomu inteligencji osób poniżej średniej, a zadania na poziomie podstawowym będą trywialne. Matura z matematyki nie będzie poważnym sitem.
Mam inną propozycję: żeby do matury dopuszczać osoby, które zaliczą dyktando. Świadectwo maturalne powinno dawać gwarancje, że jego właściciel umie pisać i czytać po polsku. Tu nie chodzi nawet o samodzielne formułowanie myśli - ale o to, czy dana osoba po prostu umie pisać. Dzisiaj za fałszywymi świadectwami o dysgrafii kryją się tabuny półanalfabetów. Warunkiem uzyskania zaświadczenia o dysleksji powinno być przejście bardzo solidnego cyklu terapeutycznego, a jego ważność powinna zależeć od stałego wykonywania przez ucznia odpowiednich ćwiczeń. W obliczu dyktanda maturzyści mogliby robić to, co lubią najbardziej - ćwiczyć ortografię z pomocą programów komputerowych.
W naszej dyskusji padają propozycje likwidacji gimnazjów i powrotu do dawnego modelu - podstawówka plus liceum. Czy to może coś zmienić?
- To rzecz drugorzędna i temat zastępczy. Prawdziwym problemem jest analfabetyzm, w XXI wieku nie do zaakceptowania, a także publiczna akceptacja oszustwa. Dla mnie w dziedzinie edukacji najbardziej liczą się te dwie sprawy: "alfabetyzacja" i uczciwość. Bez względu na wszelkie subtelne rozważania na temat przemian cywilizacyjnych i transformacji modelu kształcenia, musi obowiązywać pewne minimum: kto kończy liceum, ma umieć czytać i pisać. To brama do wszelkiego wykształcenia. Równie ważna jest uczciwość. Ministerstwo Edukacji wprowadziło prezentacje maturalne świadome, że powstanie rynek na te opracowania. I teraz wszyscy udajemy, że jest dobrze, że nauczyciel jest w stanie ocenić, który uczeń samodzielnie przygotował prezentację. To hipokryzja. Nie zgadzajmy się na plagiaty, na spisywanie i zamawianie prac, a jeśli wiemy o takich praktykach, reagujmy. Mówię o teraz o podstawowych zasadach.
Pan skupia się na ułomnościach moralnych, nie systemowych.
- Tak, bo zła kondycja szkoły to problem moralny. Dzisiaj wszystkim: nauczycielom, rodzicom i samym uczniom, zależy na tym, żeby dziecko przeszło przez szkołę jak najpłynniej. Wykorzystuje się każdą okazję, żeby się nie uczyć. Stąd te wszystkie wycieczki, rekolekcje, zielone szkoły. Deprecjonuje się naukę pamięciową i dyscyplinę. Utrzymywane jest złudzenie, że programy są realizowane, a dzieci nauczone. Uważam, że ta sytuacja wymaga przemiany moralnej. Nie wierzę w reformę edukacji wyłącznie za pomocą metod administracyjnych. Rząd nie może sam zmienić - najwięcej zależy od ludzi.
Co pan proponuje?
- Wprowadźmy dyktando. O tym minister może zdecydować sam: zamiast prezentacji wprowadzić dyktando na maturze. Poza tym powinno się wprowadzić obowiązek zaznaczania cudzysłowem wszelkich zapożyczeń (np. z internetu) w pracach zaliczeniowych. To program minimum, ale realny.
* Prof. Jan Hartman - filozof, kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki Collegium Medicum UJ
Tomasz Wysocki: Wykładowcy uniwersyteccy narzekają na dramatyczny spadek poziomu intelektualnego wśród kandydatów na studia. Pan też o tym pisał niedawno. Czy uczelnie powinny się bronić przed niedouczonymi maturzystami, np. przez wprowadzenie egzaminów wstępnych?
Prof. Jan Hartman: Może i powinny, ale nie mogą. Są wdzięczne za każdego studenta, bo żyją ze studentów, tj. z ich czesnego lub z państwowych dotacji, uzależnionych od liczby studiujących na danym kierunku. Uczelnie są poniekąd bezbronne, bo podlegają silnym uwarunkowaniom społecznym i ekonomicznym, którym bardzo trudno stawić opór. Selekcji studentów można by dokonać przez ciężkie egzaminy na I roku studiów. Tak jest w wielu krajach w Europie Zachodniej, np. we Francji, gdzie pierwsze sesje egzaminacyjne eliminują najsłabszych studentów.
W Polsce jednak nie ma takiej tradycji. Jeśli na danym kierunku jest limit przyjęć w wysokości 120 miejsc, to uczelnia stara się raczej, żeby do końca studiów dotrwało około setki. W przeciwnym razie miejsca te niejako się marnują. Władze uczelniane wywierają na wykładowców łagodny nacisk, żeby przepuszczali studentów na egzaminach.
Inaczej jest tylko na rzeczywiście trudnych kierunkach - fizyce, matematyce, niektórych kierunkach inżynierskich, na medycynie. Tam ciągle obowiązują tradycyjne metody uczenia się pamięciowego, a studenci nastawieni są na pracę po wiele godzin dziennie.
Jednak studenci większości kierunków oczekują, że będzie im się studiowało łatwo i przyjemnie. Uczelnie zwykle wychodzą naprzeciw takim oczekiwaniom, niemniej jednak dobrzy i ambitni studenci zawsze znajdą dla siebie miejsce i wymagających wykładowców, którzy doskonale uczą.
Jednak dostają takie same dyplomy, jak ci, co się przez pięć lat ślizgali.
- To fakt, nie ma różnicy między dyplomami magisterskimi niby-studenta i prawdziwego studenta. Poważnym certyfikatem wiedzy jest dopiero doktorat.
Co można zrobić na uczelniach, żeby zahamować proces degradacji?
- Niewiele. Może jedynie skupić więcej uwagi na pracy z tymi ambitniejszymi, zróżnicować formy studiowania. Masowe studia z natury rzeczy będą jednak mizerne.
Może należy zmienić zasady matury, tak żeby w tym momencie wyselekcjonować tych, co mają potencjał niezbędny do studiowania? Czy obowiązkowa matura z matematyki będzie takim sitem?
- Postawienie tamy na poziomie matury niczego nie zmieni, bo pod społecznym naporem setek tysięcy osób tama się zawali. Moim zdaniem system jednego egzaminu jest dobry. Nie należy ich mnożyć. Dobrze, że wraca matura z matematyki, bo to gimnastyka umysłu. Podejrzewam jednak, że autorzy zadań będą musieli dostosować się do poziomu inteligencji osób poniżej średniej, a zadania na poziomie podstawowym będą trywialne. Matura z matematyki nie będzie poważnym sitem.
Mam inną propozycję: żeby do matury dopuszczać osoby, które zaliczą dyktando. Świadectwo maturalne powinno dawać gwarancje, że jego właściciel umie pisać i czytać po polsku. Tu nie chodzi nawet o samodzielne formułowanie myśli - ale o to, czy dana osoba po prostu umie pisać. Dzisiaj za fałszywymi świadectwami o dysgrafii kryją się tabuny półanalfabetów. Warunkiem uzyskania zaświadczenia o dysleksji powinno być przejście bardzo solidnego cyklu terapeutycznego, a jego ważność powinna zależeć od stałego wykonywania przez ucznia odpowiednich ćwiczeń. W obliczu dyktanda maturzyści mogliby robić to, co lubią najbardziej - ćwiczyć ortografię z pomocą programów komputerowych.
W naszej dyskusji padają propozycje likwidacji gimnazjów i powrotu do dawnego modelu - podstawówka plus liceum. Czy to może coś zmienić?
- To rzecz drugorzędna i temat zastępczy. Prawdziwym problemem jest analfabetyzm, w XXI wieku nie do zaakceptowania, a także publiczna akceptacja oszustwa. Dla mnie w dziedzinie edukacji najbardziej liczą się te dwie sprawy: "alfabetyzacja" i uczciwość. Bez względu na wszelkie subtelne rozważania na temat przemian cywilizacyjnych i transformacji modelu kształcenia, musi obowiązywać pewne minimum: kto kończy liceum, ma umieć czytać i pisać. To brama do wszelkiego wykształcenia. Równie ważna jest uczciwość. Ministerstwo Edukacji wprowadziło prezentacje maturalne świadome, że powstanie rynek na te opracowania. I teraz wszyscy udajemy, że jest dobrze, że nauczyciel jest w stanie ocenić, który uczeń samodzielnie przygotował prezentację. To hipokryzja. Nie zgadzajmy się na plagiaty, na spisywanie i zamawianie prac, a jeśli wiemy o takich praktykach, reagujmy. Mówię o teraz o podstawowych zasadach.
Pan skupia się na ułomnościach moralnych, nie systemowych.
- Tak, bo zła kondycja szkoły to problem moralny. Dzisiaj wszystkim: nauczycielom, rodzicom i samym uczniom, zależy na tym, żeby dziecko przeszło przez szkołę jak najpłynniej. Wykorzystuje się każdą okazję, żeby się nie uczyć. Stąd te wszystkie wycieczki, rekolekcje, zielone szkoły. Deprecjonuje się naukę pamięciową i dyscyplinę. Utrzymywane jest złudzenie, że programy są realizowane, a dzieci nauczone. Uważam, że ta sytuacja wymaga przemiany moralnej. Nie wierzę w reformę edukacji wyłącznie za pomocą metod administracyjnych. Rząd nie może sam zmienić - najwięcej zależy od ludzi.
Co pan proponuje?
- Wprowadźmy dyktando. O tym minister może zdecydować sam: zamiast prezentacji wprowadzić dyktando na maturze. Poza tym powinno się wprowadzić obowiązek zaznaczania cudzysłowem wszelkich zapożyczeń (np. z internetu) w pracach zaliczeniowych. To program minimum, ale realny.
* Prof. Jan Hartman - filozof, kierownik Zakładu Filozofii i Bioetyki Collegium Medicum UJ
Najnowsze wiadomości
-
Szukamy domu dla odważnych dzieciaków z Brave Kids
-
Dziś na Akademii Medycznej Majówka Młodej Fizjoterapii
-
Przez chwilę było gorąco - niewielki pożar na PKP ugaszony
-
W niedzielę w Parku Tołpy festyn z okazji Dnia Matki
-
Na Uniwersytecie Przyrodniczym wykład prof. Miodka
-
Sprawdź, gdzie nie będzie dziś wody we Wrocławiu
-
Policyjna doba w liczbach. Ponad 40 pijanych kierowców
- 95 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
22 głosy
-
Wprowadźmy obowiązkowe dyktando maturalne
lestranger
06.07.09, 16:55
Zaznaczanie, oczywiście, to powinno być oczywiste. Obowiązkowy program terapeutyczny żeby ograniczyć masę fałszywych dyslektyków, też zgoda. Ale dyktando powinno być na egzaminie na koniec »
-
Po co dyktando? Wypracowanie + 3 błędy ort = pała
norbertrabarbar
06.07.09, 23:50
Matura z matmy jak najbardziej. Jak ktoś pyta - Po co mi w życiu matematyka? -wtedy podaje mu się łopatę i odpowiada - Tobie? Tobie po nic. Co do dyktanda tojuż nie przesadzajmy. Dajmy się »
-
Wprowadźmy obowiązkowe dyktando maturalne
vomitorium1
07.07.09, 01:33
jak ich tak wyuczą to na pis nikt nie będzie glosował»
Najczęściej czytane24 htydzień




