Polskie uczelnie, czyli krewni i znajomi Królika
22.06.2009
, aktualizacja: 22.06.2009 13:56
LIST DO REDAKCJI. Włączając się w dyskusję na temat poziomu i systemu polskiej edukacji jako absolwentki dwóch kierunków w zakresie nauk społecznych na Uniwersytecie Śląskim, z ubolewaniem stwierdzamy, że:
ZOBACZ TAKŻE
- Licencjat dla wszystkich, magisterka dla elit (19-06-09, 20:00)
Po pierwsze, poziom i jakość kształcenia przyjmuje perspektywę oddolną: profesorowie nie robią zajęć lub zajęciami nazywają 15-minutowe spotkanie i rzucenie kilku ogólników na zadany temat; asystenci pracują na pięciu etatach - na zajęcia w związku z tym przychodzą nieprzygotowani, często je odwołują, a kuriozalna jest sytuacja, gdy asystent proponuje studentom, aby zajęcia miały luźny charakter i odbyły się na przykład w parku.
Po drugie, na studia doktoranckie przyjmowane są osoby według klucza, choć opatrzone jest to hasłem niezależnego konkursu (po co w ogóle robić konkursy, które i tak wiadomo, kto wygra?): tak więc przyjmuje się córki dziekanów, siostrzenice profesorów, dzieci osób ważnych w regionie. Nikomu nie przychodzi do głowy, żeby zmienić tę politykę, jakby milcząco wszyscy zgadzali się, że to jedyny właściwy sposób rekrutacji przyszłych naukowców. Przez to wielu zdolnych magistrów musi odejść z kwitkiem. Profesorom i uczelnianym możnowładcom wydaje się, że uczelnia jest ich prywatną firmą, w której przede wszystkich powinni zapewnić pracę swoim dzieciom - one też dostają stypendia, subsydia, granty, itd. Oprócz tego mogą pracować na czterech etatach, blokując tym samym możliwość zaczepienia się na uczelni tym, którzy chcieliby i z powodzeniem mogliby realizować się jako nauczyciele akademiccy. Mamy zatem familiarną społeczność profesorów, dzieci profesorów, przyjaciół przyjaciół profesorów.
Po trzecie, zarzuca się studentom, że podchodzą do studiowania w sposób lekkomyślny i powierzchowny - owszem, pretensja ta nie jest pozbawiona sensu; zauważyć jednak należy, że przykład idzie z góry. Otóż zdecydowana większość studentów pierwszego roku traktuje studenckie obowiązki z wielką estymą: uczy się do każdego egzaminu, stara się przygotowywać na zajęcia, czytać, studiować, angażować się, chodzić na zajęcia dodatkowe. Szybko jednak przekonuje się, że takie zabiegi są zdecydowanie zbędne - profesor i tak zaliczy egzamin w pierwszym terminie, bo nie będzie mu się chciało organizować drugiego; asystent bądź adiunkt prowadzący ćwiczenia nie przepyta z materiału zadanego na zajęcia, bo na ogół sam się z nim nie zapoznał (zresztą nigdy nie wiadomo, czy zajęcia w ogóle się odbędą); a dodatkowa wiedza może wręcz zaszkodzić - żaden prowadzący nie lubi, gdy uczeń przerasta mistrza. Efekt: na czwartym roku student umie już ograniczać swoją działalność naukową do zbierania wpisów do indeksu - zwłaszcza że w międzyczasie zrozumiał, iż i tak nie będzie mógł w przyszłości poświęcić się nauce, którą postanowił studiować z zainteresowania, bo...patrz wyżej.
Po ostatnie, minister Kudrycka zamiast zajmować się urojonym problemem multiplikowania indeksów i ograniczania interdyscyplinarnej działalności studentów poprzez wprowadzenie odpłatności za studiowanie drugiego fakultetu powinna raczej zweryfikować jakość kształcenia na uczelniach, przyjmowania na studia trzeciego stopnia i sposoby przeprowadzania konkursów na stanowiska asystentów i adiunktów.
Dobrym początkiem byłoby ograniczenie możliwości zarobkowania na pięciu etatach - gdyby asystent miał zajęcia z trzema grupami, na pewno przygotowywałby się do nich solidniej, a profesor prowadzący w tygodniu dwa, a nie 15 wykładów mógłby faktycznie przekazać studentom wiedzę, którą zapewne posiada.
Po drugie, na studia doktoranckie przyjmowane są osoby według klucza, choć opatrzone jest to hasłem niezależnego konkursu (po co w ogóle robić konkursy, które i tak wiadomo, kto wygra?): tak więc przyjmuje się córki dziekanów, siostrzenice profesorów, dzieci osób ważnych w regionie. Nikomu nie przychodzi do głowy, żeby zmienić tę politykę, jakby milcząco wszyscy zgadzali się, że to jedyny właściwy sposób rekrutacji przyszłych naukowców. Przez to wielu zdolnych magistrów musi odejść z kwitkiem. Profesorom i uczelnianym możnowładcom wydaje się, że uczelnia jest ich prywatną firmą, w której przede wszystkich powinni zapewnić pracę swoim dzieciom - one też dostają stypendia, subsydia, granty, itd. Oprócz tego mogą pracować na czterech etatach, blokując tym samym możliwość zaczepienia się na uczelni tym, którzy chcieliby i z powodzeniem mogliby realizować się jako nauczyciele akademiccy. Mamy zatem familiarną społeczność profesorów, dzieci profesorów, przyjaciół przyjaciół profesorów.
Po trzecie, zarzuca się studentom, że podchodzą do studiowania w sposób lekkomyślny i powierzchowny - owszem, pretensja ta nie jest pozbawiona sensu; zauważyć jednak należy, że przykład idzie z góry. Otóż zdecydowana większość studentów pierwszego roku traktuje studenckie obowiązki z wielką estymą: uczy się do każdego egzaminu, stara się przygotowywać na zajęcia, czytać, studiować, angażować się, chodzić na zajęcia dodatkowe. Szybko jednak przekonuje się, że takie zabiegi są zdecydowanie zbędne - profesor i tak zaliczy egzamin w pierwszym terminie, bo nie będzie mu się chciało organizować drugiego; asystent bądź adiunkt prowadzący ćwiczenia nie przepyta z materiału zadanego na zajęcia, bo na ogół sam się z nim nie zapoznał (zresztą nigdy nie wiadomo, czy zajęcia w ogóle się odbędą); a dodatkowa wiedza może wręcz zaszkodzić - żaden prowadzący nie lubi, gdy uczeń przerasta mistrza. Efekt: na czwartym roku student umie już ograniczać swoją działalność naukową do zbierania wpisów do indeksu - zwłaszcza że w międzyczasie zrozumiał, iż i tak nie będzie mógł w przyszłości poświęcić się nauce, którą postanowił studiować z zainteresowania, bo...patrz wyżej.
Po ostatnie, minister Kudrycka zamiast zajmować się urojonym problemem multiplikowania indeksów i ograniczania interdyscyplinarnej działalności studentów poprzez wprowadzenie odpłatności za studiowanie drugiego fakultetu powinna raczej zweryfikować jakość kształcenia na uczelniach, przyjmowania na studia trzeciego stopnia i sposoby przeprowadzania konkursów na stanowiska asystentów i adiunktów.
Dobrym początkiem byłoby ograniczenie możliwości zarobkowania na pięciu etatach - gdyby asystent miał zajęcia z trzema grupami, na pewno przygotowywałby się do nich solidniej, a profesor prowadzący w tygodniu dwa, a nie 15 wykładów mógłby faktycznie przekazać studentom wiedzę, którą zapewne posiada.
Najnowsze wiadomości
-
Dziś na Akademii Medycznej Majówka Młodej Fizjoterapii
-
Przez chwilę było gorąco - niewielki pożar na PKP ugaszony
-
W niedzielę w Parku Tołpy festyn z okazji Dnia Matki
-
Na Uniwersytecie Przyrodniczym wykład prof. Miodka
-
Sprawdź, gdzie nie będzie dziś wody we Wrocławiu
-
Policyjna doba w liczbach. Ponad 40 pijanych kierowców
-
Poranne korki we Wrocławiu. Lepiej omijać te ulice
- 16 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Zarobkowanie kadry
wielki_czarownik
22.06.09, 19:34
Przy pensjach, jakie otrzymują adiunkci czy asystenci nikogo nie powinno dziwić, że pracują na kilku etatach. Chorym jest, że człowiek z doktoratem zarabia mniej, niż sprzedawca. »
Najczęściej czytane24 htydzień




