Licencjat dla wszystkich, magisterka dla elit
19.06.2009
, aktualizacja: 29.06.2009 10:30
W obecnej sytuacji utrzymanie niskiego poziomu studiów jest w interesie wszystkich - większości studentów, pracowników naukowych i dydaktycznych oraz polityków. Dlatego też poziom dalej się będzie obniżać
ZOBACZ TAKŻE
- Wprowadźmy obowiązkowe dyktando maturalne (04-07-09, 12:00)
- Dostrzegam wyłącznie pozytywy edukacji na wyższym poziomie (01-07-09, 17:37)
- Naukowiec proponuje: Zlikwidujmy gimnazja! (01-07-09, 09:00)
- Tylu inżynierów, a postępu żadnego (30-06-09, 13:12)
- Nie każdy księgowy musi znać makroekonomię (29-06-09, 19:01)
- Polskie uczelnie, czyli krewni i znajomi Królika (22-06-09, 13:55)
- Studiuj i bierz kasę (22-06-09, 01:00)
- Czy student jest głąbem i dlaczego aż takim (16-06-09, 13:32)
SERWISY
Łatwo jest się oburzać na studentów, którzy nie wiedzą, jak budować hipotezy albo chociażby sensowne pytania badawcze, którzy oddają prace magisterskie pełne "kwiatków", uważają politykę za "sposób dogodzenia obywatelom ze strony państwa" albo po pięciu latach studiów politologicznych nie znają żadnej definicji polityki. Łatwo jest obarczać winą licea i nauczycieli, którzy każą uczniom kuć na pamięć i przepisywać podręczniki, zamiast samodzielnie myśleć.
Jako profesorowi jest mi szczególnie łatwo wskazać palcem na niski poziom studentów i na brak wyobraźni nauczycieli liceów - bo to odwraca uwagę od moich grzechów. Ale każdy profesor, który tak postępuje, musi zdać sobie sprawę, że kiedy jednym swoim palcem wskazuje na studentów i szkoły, cztery wskazują na niego. Uczelnie wyższe nie są bez winy. Gorzej nawet: w obecnej sytuacji utrzymanie niskiego poziomu studiów jest w interesie wszystkich - większości studentów, pracowników naukowych i dydaktycznych oraz polityków. Dlatego też poziom dalej się będzie obniżać. System szkolnictwa wyższego i demografia w Polsce temu sprzyjają.
Mało dzieci, duży kłopot
Polska wyszła z komunizmu ze wskaźnikami skolaryzacji znacznie niższymi niż porównywalne kraje zachodnioeuropejskie. Od drugiej połowy lat 90. na uczelniach pojawił się wyż demograficzny z początku lat 80. Dążenie mieszkańców wsi do polepszenia losu swoich potomków, pęd do wyższego wykształcenia i wielka liczba młodych ludzi w wieku maturalnym spowodowały boom szkolnictwa wyższego. Szkoły wyższe rosły jak grzyby po deszczu. Wskaźniki szybowały w górę, na edukacji można było świetnie zarabiać. Napływ studentów do szkół wyższych rósł szybciej, niż udało się wykształcić konieczną do tego kadrę. Prywatne uczelnie zaczęły zatrudniać emerytów, a czasami nawet fikcyjnych wykładowców. Rektorzy prywatnych uczelni wręcz polowali na habilitowanych, aby móc uruchomić nowe kierunki i wyższe poziomy studiów. W tym okresie państwowe uczelnie jeszcze mogły selekcjonować studentów.
Ale po wielkim boomie przyszła wielka susza. Dziś uczelnie państwowe i prywatne biją się o studentów. Za parę lat ich liczba spadnie tak dramatycznie, że na wszystkich uczelniach powstaną gigantyczne przerosty zatrudnienia. Najpierw upadną najsłabsze uczelnie prywatne. Potem przyjdzie kolej na państwowe, które nie mogą upaść, bo są za duże. Mogą za to zwolnić pracowników i będą musiały to robić. Jaką jednak mają alternatywę rady wydziału, senaty, kolegia, jeśli chcą ten proces wydłużać? Mogą dalej obniżać poziom tak, aby liczba przyjętych studentów była możliwie równa liczbie maturzystów. Rośnie nam wtedy po raz kolejny wskaźnik skolaryzacji, ale cierpi poziom studiów. Scenariusz może być bardziej skrajny: w najbliższych latach profesorowie przestaną narzekać na poziom liceów i zaczną naciskać na Ministerstwo Edukacji, aby obniżyło poziom matury, żeby w ten sposób zwiększyć liczbę studentów. Bez tego bowiem profesorom i adiunktom grozi bezrobocie.
Za mało nauki, za dużo dydaktyki
Niski poziom studentów to bowiem jedna z konsekwencji faktu, że polskie uczelnie nie żyją z badań, lecz niemal wyłącznie z dydaktyki. Pomijając kierunki ścisłe i przyrodnicze, gdzie jest stosunkowo mało studentów, polska nauka jest zacofana, izolowana od świata i prowincjonalna. Przyczyn jest wiele - jedną z nich jest kompletny brak zachęty dla polskich naukowców, aby zarabiać na badaniach. Wystarczy porównać obciążenie dydaktyczne polskiego wykładowcy i profesora z dowolnej zachodnioeuropejskiej lub amerykańskiej uczelni i liczbę publikacji obu w renomowanych czasopismach zagranicznych. Pod względem dydaktyki Polak wychodzi z tego porównania jak prawdziwy stachanowiec. Pod względem badań i publikacji często nawet nie dorównuje asystentowi swojego zagranicznego kolegi.
Uczelniana gra pozorów
Co profesor może robić, aby się przygotować na nadchodzący kryzys demograficzny? Może składać kolejne wnioski o projekty badawcze do ministerstwa. Ale z tego nie wyżyje. O większe, zagraniczne granty często starać się nie może, bo nie zna języka, nie jest na bieżąco, jeśli chodzi o badania, albo administracja uniwersytecka utrudnia mu to w rozmaity sposób: od ściągania wygórowanych haraczy do rozmaitych szykan przy wypłacaniu tych grantów.
Jedyny sposób na kryzys to przyciąganie jak największej liczby studentów. Nie da się jednak prowadzić 900 godzin dydaktycznych w semestrze i organizować egzaminów dla kilkuset studentów bez uszczerbku dla jakości. Jak nasz profesor z tego wybrnie? Przez obniżenie poziomu. Połowa zajęć się nie odbywa. Reszta to fikcja: profesor każe pisać opracowanie, które student kopiuje z internetu, co zostaje niezauważone, bo profesor tego opracowania w ogóle nie czyta. Daje za to piątkę, aby student nie narzekał, a student milczy, bo dostał piątkę za plagiat. Jak w dowcipach o PRL: student udaje, że studiuje, profesor udaje, że uczy, państwo i uczelnia udają, że mu płacą, wszyscy udają, że wszystko jest cacy. A w statystykach stoi: studenci mają same piątki, wykładowcy dużo pracują, coraz więcej Polaków ma wyższe wykształcenie.
Kto się poważy reformować polskie uczelnie?
Dlatego w Polsce studia są dla wszystkich. Licea mają interes w tym, aby jak najwięcej uczniów przepchać przez maturę (rośnie ich prestiż), uczelnie mają interes w tym, aby przyjąć jak najwięcej studentów i ratować miejsca pracy, rząd ma interes w tym, aby podwyższyć wskaźniki skolaryzacji (dogonimy Zachód). Nikt nie ma interesu w tym, aby cokolwiek zmienić, może z wyjątkiem tych biednych przedsiębiorców, którzy na końcu mają zatrudnić absolwentów.
Czy jest jakieś wyjście z tego zaklętego kręgu? Na krótką metę nie ma. Najbardziej radykalna zmiana systemu edukacji i tak przyniesie owoce dopiero za kilka lub kilkanaście lat. Można postulować reformę systemu finansowania tak, aby bardziej opłacało się badać, niż uczyć, można otwierać rynek uczelniany na zagranicę i uznawać tytuły naukowy krajów UE en bloc. Razem z otwarciem widełek płac stworzy to potężną konkurencję dla wykładowców, podobnie jak to się dzieje w tej chwili w Niemczech i w Wielkiej Brytanii.
Jest tylko jedno wielkie "ale". Właśnie dlatego, że mamy w Polsce taki przerost biurokracji i zatrudnienia na państwowych uczelniach wyższych, mamy też silniejsze niż gdzie indziej lobby przeciwko takim zmianom. Która partia jest gotowa, aby walczyć z taką grupą nacisku? Która partia weźmie na siebie odium wprowadzenia w Polsce "elitarnych studiów", obniżenia wskaźników skolaryzacji i grupowych zwolnień na polskich uczelniach, aby tam zatrudnić obcokrajowców? Ja w to nie wierzę.
Niech kto inny bada, a kto inny wykłada
Dlatego zostaje polityka małych kroków, tak aby nie zmienić systemu, ale pomóc tym najbardziej ambitnym. Należy ochraniać ich przed karą systemu za ich ambicje, a być może nawet system zacznie im kiedyś sprzyjać. Pozauczelniane ośrodki badawcze, przyjmujące najbardziej ambitnych i zdolnych studentów, specjalne programy ułatwiające tworzenie interdyscyplinarnych i międzynarodowych zespołów badawczych, biura, które ułatwiają naukowcom zarządzanie grantami - to częściowe rozwiązanie. Dobrowolny podział kadry uniwersyteckiej na naukowców i pracowników dydaktycznych - jedni będą rozliczani według jakości ich wykładów i seminariów, drudzy według jakości ich badań. Można centralnie podwyższyć kryteria egzaminów magisterskich i doktoranckich - ale studia licencjackie będą dla wszystkich. Na to nie ma siły. Ale być może uda się osiągnąć jakiś konsensus co do tego, że tytuły magistra, doktora i profesora nie muszą być dla wszystkich, że mimo wszystko wyróżniają pewną elitę.
Co o tym sądzisz? Czekamy na Wasze opinie
Jako profesorowi jest mi szczególnie łatwo wskazać palcem na niski poziom studentów i na brak wyobraźni nauczycieli liceów - bo to odwraca uwagę od moich grzechów. Ale każdy profesor, który tak postępuje, musi zdać sobie sprawę, że kiedy jednym swoim palcem wskazuje na studentów i szkoły, cztery wskazują na niego. Uczelnie wyższe nie są bez winy. Gorzej nawet: w obecnej sytuacji utrzymanie niskiego poziomu studiów jest w interesie wszystkich - większości studentów, pracowników naukowych i dydaktycznych oraz polityków. Dlatego też poziom dalej się będzie obniżać. System szkolnictwa wyższego i demografia w Polsce temu sprzyjają.
Mało dzieci, duży kłopot
Polska wyszła z komunizmu ze wskaźnikami skolaryzacji znacznie niższymi niż porównywalne kraje zachodnioeuropejskie. Od drugiej połowy lat 90. na uczelniach pojawił się wyż demograficzny z początku lat 80. Dążenie mieszkańców wsi do polepszenia losu swoich potomków, pęd do wyższego wykształcenia i wielka liczba młodych ludzi w wieku maturalnym spowodowały boom szkolnictwa wyższego. Szkoły wyższe rosły jak grzyby po deszczu. Wskaźniki szybowały w górę, na edukacji można było świetnie zarabiać. Napływ studentów do szkół wyższych rósł szybciej, niż udało się wykształcić konieczną do tego kadrę. Prywatne uczelnie zaczęły zatrudniać emerytów, a czasami nawet fikcyjnych wykładowców. Rektorzy prywatnych uczelni wręcz polowali na habilitowanych, aby móc uruchomić nowe kierunki i wyższe poziomy studiów. W tym okresie państwowe uczelnie jeszcze mogły selekcjonować studentów.
Ale po wielkim boomie przyszła wielka susza. Dziś uczelnie państwowe i prywatne biją się o studentów. Za parę lat ich liczba spadnie tak dramatycznie, że na wszystkich uczelniach powstaną gigantyczne przerosty zatrudnienia. Najpierw upadną najsłabsze uczelnie prywatne. Potem przyjdzie kolej na państwowe, które nie mogą upaść, bo są za duże. Mogą za to zwolnić pracowników i będą musiały to robić. Jaką jednak mają alternatywę rady wydziału, senaty, kolegia, jeśli chcą ten proces wydłużać? Mogą dalej obniżać poziom tak, aby liczba przyjętych studentów była możliwie równa liczbie maturzystów. Rośnie nam wtedy po raz kolejny wskaźnik skolaryzacji, ale cierpi poziom studiów. Scenariusz może być bardziej skrajny: w najbliższych latach profesorowie przestaną narzekać na poziom liceów i zaczną naciskać na Ministerstwo Edukacji, aby obniżyło poziom matury, żeby w ten sposób zwiększyć liczbę studentów. Bez tego bowiem profesorom i adiunktom grozi bezrobocie.
Za mało nauki, za dużo dydaktyki
Niski poziom studentów to bowiem jedna z konsekwencji faktu, że polskie uczelnie nie żyją z badań, lecz niemal wyłącznie z dydaktyki. Pomijając kierunki ścisłe i przyrodnicze, gdzie jest stosunkowo mało studentów, polska nauka jest zacofana, izolowana od świata i prowincjonalna. Przyczyn jest wiele - jedną z nich jest kompletny brak zachęty dla polskich naukowców, aby zarabiać na badaniach. Wystarczy porównać obciążenie dydaktyczne polskiego wykładowcy i profesora z dowolnej zachodnioeuropejskiej lub amerykańskiej uczelni i liczbę publikacji obu w renomowanych czasopismach zagranicznych. Pod względem dydaktyki Polak wychodzi z tego porównania jak prawdziwy stachanowiec. Pod względem badań i publikacji często nawet nie dorównuje asystentowi swojego zagranicznego kolegi.
Uczelniana gra pozorów
Co profesor może robić, aby się przygotować na nadchodzący kryzys demograficzny? Może składać kolejne wnioski o projekty badawcze do ministerstwa. Ale z tego nie wyżyje. O większe, zagraniczne granty często starać się nie może, bo nie zna języka, nie jest na bieżąco, jeśli chodzi o badania, albo administracja uniwersytecka utrudnia mu to w rozmaity sposób: od ściągania wygórowanych haraczy do rozmaitych szykan przy wypłacaniu tych grantów.
Jedyny sposób na kryzys to przyciąganie jak największej liczby studentów. Nie da się jednak prowadzić 900 godzin dydaktycznych w semestrze i organizować egzaminów dla kilkuset studentów bez uszczerbku dla jakości. Jak nasz profesor z tego wybrnie? Przez obniżenie poziomu. Połowa zajęć się nie odbywa. Reszta to fikcja: profesor każe pisać opracowanie, które student kopiuje z internetu, co zostaje niezauważone, bo profesor tego opracowania w ogóle nie czyta. Daje za to piątkę, aby student nie narzekał, a student milczy, bo dostał piątkę za plagiat. Jak w dowcipach o PRL: student udaje, że studiuje, profesor udaje, że uczy, państwo i uczelnia udają, że mu płacą, wszyscy udają, że wszystko jest cacy. A w statystykach stoi: studenci mają same piątki, wykładowcy dużo pracują, coraz więcej Polaków ma wyższe wykształcenie.
Kto się poważy reformować polskie uczelnie?
Dlatego w Polsce studia są dla wszystkich. Licea mają interes w tym, aby jak najwięcej uczniów przepchać przez maturę (rośnie ich prestiż), uczelnie mają interes w tym, aby przyjąć jak najwięcej studentów i ratować miejsca pracy, rząd ma interes w tym, aby podwyższyć wskaźniki skolaryzacji (dogonimy Zachód). Nikt nie ma interesu w tym, aby cokolwiek zmienić, może z wyjątkiem tych biednych przedsiębiorców, którzy na końcu mają zatrudnić absolwentów.
Czy jest jakieś wyjście z tego zaklętego kręgu? Na krótką metę nie ma. Najbardziej radykalna zmiana systemu edukacji i tak przyniesie owoce dopiero za kilka lub kilkanaście lat. Można postulować reformę systemu finansowania tak, aby bardziej opłacało się badać, niż uczyć, można otwierać rynek uczelniany na zagranicę i uznawać tytuły naukowy krajów UE en bloc. Razem z otwarciem widełek płac stworzy to potężną konkurencję dla wykładowców, podobnie jak to się dzieje w tej chwili w Niemczech i w Wielkiej Brytanii.
Jest tylko jedno wielkie "ale". Właśnie dlatego, że mamy w Polsce taki przerost biurokracji i zatrudnienia na państwowych uczelniach wyższych, mamy też silniejsze niż gdzie indziej lobby przeciwko takim zmianom. Która partia jest gotowa, aby walczyć z taką grupą nacisku? Która partia weźmie na siebie odium wprowadzenia w Polsce "elitarnych studiów", obniżenia wskaźników skolaryzacji i grupowych zwolnień na polskich uczelniach, aby tam zatrudnić obcokrajowców? Ja w to nie wierzę.
Niech kto inny bada, a kto inny wykłada
Dlatego zostaje polityka małych kroków, tak aby nie zmienić systemu, ale pomóc tym najbardziej ambitnym. Należy ochraniać ich przed karą systemu za ich ambicje, a być może nawet system zacznie im kiedyś sprzyjać. Pozauczelniane ośrodki badawcze, przyjmujące najbardziej ambitnych i zdolnych studentów, specjalne programy ułatwiające tworzenie interdyscyplinarnych i międzynarodowych zespołów badawczych, biura, które ułatwiają naukowcom zarządzanie grantami - to częściowe rozwiązanie. Dobrowolny podział kadry uniwersyteckiej na naukowców i pracowników dydaktycznych - jedni będą rozliczani według jakości ich wykładów i seminariów, drudzy według jakości ich badań. Można centralnie podwyższyć kryteria egzaminów magisterskich i doktoranckich - ale studia licencjackie będą dla wszystkich. Na to nie ma siły. Ale być może uda się osiągnąć jakiś konsensus co do tego, że tytuły magistra, doktora i profesora nie muszą być dla wszystkich, że mimo wszystko wyróżniają pewną elitę.
Co o tym sądzisz? Czekamy na Wasze opinie
raport: Król jest nagi, a studenci niedouczeni
Najnowsze wiadomości
-
Korki na ul. Braniborskiej po nocnej awarii wodociągu
-
Na drodze koło Ząbkowic Śląskich zginął mężczyzna
-
Narodowe murem za artystami, strajkuje w czwartek
-
Zarabiajmy we Wrocławiu na tym, czego inni nie mają
-
Za dziesięć dni będzie gotowy deptak na Kuźniczej [FOTO]
-
Pękła magistrala. Problemy z wodą w całym mieście
-
Idzie Euro: Zabierajcie rowery, bo demontują stojaki
- 103 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
-
Brać przykład od Amerykanów
kadykianus
19.06.09, 23:51
Mają najlepsze uczelnie na świecie bo są płatne i nie przyjmują byle kogo nawet, jeśli ktoś ma pieniądze. System działa i sam się broni. »
-
Licencjat dla wszystkich, magisterka dla elit
jagbia
29.06.09, 10:37
Wreszcie ktoś miał odwagę powiedzieć prawdę. Może przyjdzie opamiętanie! Obecnie rządzący powinni też się na to zdobyć. Wierzę w minister Kudrycką. Gzie jest napisane, że każdy ma mieć »
-
W koło jest wesoło
men_53
29.06.09, 12:25
Z obniżenia poziomu studiów w Polsce zadowolone też społeczeństwo - bo absolwenci tracą szanse na pracę za granicę zgodnie z wykształcenim formalnym.Zadowoleni są też zagraniczni pracodawcy »
Najczęściej czytane24 htydzień




