Męka porodowa w epoce klonowania

Szczęśliwa mama
18.03.2009 , aktualizacja: 18.03.2009 16:46
A A A Drukuj
GODNIE RODZIĆ WE WROCŁAWIU - LIST. Mam na imię Magda i mam śliczną córeczkę o imieniu Marysia. Maria przyszła na świat w kwietniu ubiegłego roku w Szpitalu Klinicznym nr 1 we Wrocławiu przy ul. Chałubińskiego. Wieści o narodzinach nowego życia są piękne i równie piękne powinny być przeżycia z tym związane, ale tak nie było.

Cała ciąża była zdrowa, przebiegała bez większych zastrzeżeń, poza jednym wskazaniem - poród nie powinien odbyć się naturalnie ze względu na moje problemy kardiologiczne. Lekarz prowadzący moją ciążę nie pracuje w żadnym ze szpitali położniczych, ale polecił mi doktora z klinik na cięcie cesarskie. Przekonał mnie też, że nie potrzebuję żadnych zaświadczeń, które jasno stwierdziłyby, że nie mogę rodzić naturalnie.

Problem jednak pojawił się, kiedy zaczęłam rodzić dwa tygodnie przed terminem. Po szybkiej wizycie u mojego lekarza udaliśmy się razem z mężem do polecanego pana doktora, który to obiecał szybkie przyjęcie do szpitala, omówiliśmy szczegóły i udaliśmy się w kierunku kliniki.

Byłam świadoma tego, że za profesjonalne przeprowadzenie zabiegu i dobrą opiekę na oddziale należy uiścić pewną kwotę. Nie jest to normalne i słuszne podejście, żeby dawać tzw. kopertę, ale wiedziałam, że większość kobiet gotowych jest zapłacić każde pieniądze, aby zapewnić sobie i dziecku bezpieczeństwo i jak najlepsze warunki, tym bardziej w sytuacji, kiedy pojawił się jakiś problem. Nie byłam w tej kwestii wyjątkiem. Wszystko wyglądało pięknie, jechaliśmy do szpitala w piękne, wiosenne popołudnie, skurcze co parę minut i tylko jedna, radosna myśl: za parę chwil będą mamą!!

Po przyjęciu na oddział miałam poczekać na pana doktora. Czekałam. Nie pojawił się zbyt prędko. Szybko jednak pozbawił mnie poczucia bezpieczeństwa, bo powiedział, że mam być cierpliwa, a poród (cięcie cesarskie) odbędzie się następnego dnia, bo nie ma jeszcze takiej konieczności, był lekko podenerwowany, coś mówił o tym że nie ma anestezjologa, że jest jakiś problem, bo nie mam dokumentów . Jak to?? Przecież miały nie być potrzebne.

Niesympatyczne położne zaprowadziły mnie na salę, dostałam łóżko i miałam czekać. Tak nadszedł wieczór, potem noc, pana doktora nie było już w szpitalu. Około godziny drugiej w nocy obudził mnie mocniejszy ból w dole brzucha i mokre łóżko. Wstałam i trzymając się za brzuch z cieknącymi po nogach wodami płodowymi, doczłapałam do dyżurki pielęgniarek. Zaspana pielęgniarka zadzwoniła po dyżurną lekarkę, która po zbadaniu mnie stwierdziła, że jeszcze można poczekać do rana, a rano będzie pan doktor. Po mojej interwencji telefonicznej pan doktor zjawił się w szpitalu jeszcze w nocy, ale przyszedł tylko na chwilę i szybko się ulotnił.

Wylądowałam na porodówce, ze skurczami tak mocnymi i częstymi, że trzymałam się ramy łóżka. Jak prosiłam o pomoc, to słyszałam tylko od zaspanych położnych słowa w stylu: "trzeba było zostać w łóżku, tam byłoby pani wygodniej", "boli, bo ma boleć, a jak pani myślała".

Przetrwałam do rana na twardym łóżku porodowym. Bóle były silniejsze od zmęczenia, więc nie zmrużyłam oka ani na sekundę. Rano pojawił się też pan doktor, mówił, że nie możemy zrobić cięcia, bo nie ma takich wskazań, nie spada dziecku tętno, ja mam dobre ciśnienie, a ciągle jest problem z anestezjologiem.

Jaki problem?! Taki, że położnik zażądał ode mnie za mało i nie starczyłoby do podziału z anestezjologiem? To był jedyny wniosek, który mi się nasuwał.

Zaczęłam rodzić. Dziecko wcisnęło się główką w kanał rodny. Położna, która pojawiła się na porannej zmianie, była pierwszą osobą, która spowodowała, że zaczęłam wierzyć w to, że jednak pracuje tu ktoś, to chce pomóc, jest życzliwy i rozumie, że rodzącej kobiecie jest ciężko. Poród był już na tak zaawansowanym etapie, że przenieśli mnie i mojego męża na salę, gdzie może odbywać się poród rodzinny, bo w tej sytuacji nie wyobrażaliśmy sobie, że moglibyśmy być oddzielnie.

Rodziłam długo. Pomimo profesjonalnej pomocy pani położnej, moich starań, kroplówek i ogromnego wsparcia mojego męża nic się nie działo. Tam, gdzie dziecko się zatrzymało parę godzin wcześniej, tam zostało, a ja "odpływałam" i przestawałam przeć, za chwilę wracałam do siebie i z maską tlenową starałam się dalej. Nic się nie działo .

Zaczęło się dziać, gdy ktg wykazało, że dziecku spada tętno i pojawia się problem z akcją serca . Wtedy się dopiero zaczęło, oczywiście na cięcie było dużo za późno. Na sali porodowej pojawili się nowi ludzie: położne, lekarze, reanimacja z pediatrii i studenci, żeby zobaczyć coś, czego jeszcze nie widzieli. Zrobili mi zabieg vacuum, wyciągnęli moje dziecko, sine, nieoddychające. Przeprowadzili szybką reanimację i zabrali ją na oddział patologii noworodka i umieścili w inkubatorze. Mijające godziny miały zadecydować co z nią będzie dalej. Maria dostała trzy punkty w skali Apgar, miała niedotlenienie serca, mózgu, w kolejnych dniach przypałętało się zapalenie płuc i infekcje w moczu.

Spędziłyśmy w szpitalu dwa tygodnie .dwa najdłuższe i najcięższe tygodnie w moim życiu. Każdego dnia robiono dziecku badania, główki, serca, spadał jej poziom saturacji, zapominała oddychać .a my zatrwożeni czekaliśmy, co powie lekarz.

Z dnia na dzień było coraz lepiej, Mała rosła w siłę, wyniki badań były coraz lepsze. Zawdzięcza to tylko sobie, bo była silna i nie poddała się ani przez chwilę.

O mały włos nie doszło do tragedii. Jak to możliwe? W takich czasach, w cywilizowanym świecie, w wielkim mieście, w czasach klonowania żywych istot! Powodem raczej nie jest niedokształcenie naszych lekarzy czy problemy finansowe NFZ. Problem tkwi w podejściu do człowieka i kierowaniu się swoim interesem. W gabinetach prywatnych zarabiają pieniądze, a w szpitalach strajkują.

A my, mamy i przyszłe mamy, możemy ufać tylko sobie i swoim najbliższym i liczyć na ich wsparcie. Właśnie tylko dzięki nim mam szczątki miłych wspomnień z tamtego czasu. Tak ważna i nieoceniona osoba mojego męża, obecność sześcioletniej siostry Marysi i w końcu płacz i delikatny grymas na buźce ślicznego dzieciątka, które resztką sił powitało ten świat.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 12 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

  • Męka porodowa w epoce klonowania sothis666 18.03.09, 18:17

    Dramat naszej rzeczywistosci polega na tym, ze p.Magda opowiada o swoich przezyciach gazecie a powinna - prokuratorowi.To, o czym tu przeczytalem to bandytyzm.Chciałbym, jesli na wyrok w tym»

  • Męka porodowa w epoce klonowania zolza27 20.03.09, 21:23

    a również rodziłam swojego synka na Chałbińskiego.Fakt było to ponad 5 lat temui chwaliłam sobie opiekę lekarzy pielęgniarek i położnych jednak kiedy zaledwieniespełna 2 lata później moja »