Miał być poród w domu, była cesarka

Gosia
09.03.2009 , aktualizacja: 09.03.2009 11:46
A A A Drukuj
GODNIE RODZIĆ WE WROCŁAWIU - LIST. Dołączam swoją historię o tym, jak się u nas rodzi...

Jeszcze przed zajściem w ciążę wiedziałam, że chcę rodzić w domu. Bezpieczne miejsce, które znam, wyjątkowa atmosfera, którą mogę stworzyć narodzinom dziecka. Byłam przekonana, że tak się właśnie stanie.

Od szóstego miesiąca ciąży brałam udział w Szkole Świadomego Macierzyństwa dr Agrawal. To przekonało mnie, że mój wybór porodu w domu jest słuszny.

Niestety, w siódmym miesiącu okazało się, że musimy opuścić mieszkanie, które do tej pory wynajmowaliśmy i które uznawałam za nasze "gniazdko". Tego, w którym później się znaleźliśmy, nie potrafiłam zaakceptować. Stresy związane z przeprowadzką zaowocowały skurczami i wcześniejszym skracaniem się szyjki macicy. Skończyłam aktywność zawodową, zostałam w domu.

Miałam urodzić przed terminem, ale tak się nie stało. Mijały kolejne dni, nic się nie działo. W piątym dniu po terminie dostałam skierowanie do szpitala - ze względu nie tylko na to, że ciąża po terminie porodu, ale również na wielkość dziecka - badania wykazywały, że ma już ponad cztery kilo, a każdy dzień to dodatkowe gramy.

Zgłosiłam się do szpitala przy Kamieńskiego. Tam nikt nie widział problemu - ktg w porządku, to do domu, a mój lekarz jak widzi problem, to niech książki sobie poczyta i się douczy. Ja mam przyjść za dwa dni.

Znów Kamieńskiego. Ordynator wysyła mnie na ktg. Czekam i czekam, aż mnie ktoś podłączy. W końcu się doczekałam. Leżę na zapisie już 20 minut, 30 minut, 40 minut. Nikt nie przychodzi. Wołam zza parawanu - może ktoś mnie usłyszy. Wreszcie położna pyta, czego chcę. Mówię, że leżę tu 40 minut. Ona na to, że nie możliwe. Ogląda zapis. Ooo, rzeczywiście 40 minut.

Jakbym miała po co ją okłamywać.

To już siedem dni po terminie, ale dla takich jak ja nie ma miejsc. Ordynator twierdzi, że jak zacznę rodzić, to choćby i na korytarzu mnie przyjmie, ale teraz nie. Pytam się, co mam robić. Czekać - brzmi odpowiedź.

Ale ja nie czekam. Pomimo że nie mamy samochodu, jeździmy taksówką od szpitala, do szpitala. Nie byliśmy tylko na Brochowie - bo zamknięty.

Na Dyrekcyjnej wygonili nas już z korytarza i kazali zadzwonić na pogotowie.

Po takim maratonie miałam dosyć. Byłam głodna i zrezygnowana. Co mam robić? Jedziemy taksówką do Trzebnicy. Mam ze sobą tylko piżamę, szlafrok i klapki.

Trzebnica - inna jakość. Tu mam nie tylko zapis ktg, ale i badanie ginekologiczne. Decyzja: przyjmują mnie. Czuję ulgę. Ktoś się mną zaopiekuje.

Badania wód płodowych mam codziennie, jest usg, są próby wywoływania porodu. 13. dnia po terminie łapią mnie skurcze, ale to jeszcze nie to. Kroplówka nie pomaga. Brak rozwarcia, wody zrobiły się seledynowe. Zgadzam się na cesarskie cięcie.

Nie wiem, jak dziewczyny mogą chcieć cesarkę na własne życzenie. U mnie skończyło się to połamanymi żebrami (lekarka tak je uciskała, że gruchnęło) i potworną siedmiodniową migreną, podczas której brałam ketonal na własną odpowiedzialność mimo karmienia piersią. Inaczej nie byłam w stanie nawet mówić.

Ja, która miałam rodzić w domu, miałam cesarkę. W 41. tygodniu ciąży odbyłam maraton po wrocławskich szpitalach, by w końcu urodzić ukochaną córeczkę daleko od najbliższych i to za 140 zł za kurs taksówką do Trzebnicy.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów