Bolesna lekcja rodzenia dla wrocławianek
06.03.2009
, aktualizacja: 12.03.2009 15:06
Poród nie musi być traumatycznym przeżyciem. We Wrocławiu taki jest, bo brakuje miejsc na oddziałach ginekologiczno-położniczych, nie ma szans na znieczulenie porodu ani dobrze zorganizowanej opieki nad ciężarną. Lekarze zaabsorbowani środowiskowymi konfliktami nie mają energii i czasu, żeby skupić się na najważniejszym - pomaganiu kobiecie i jej dziecku
ZOBACZ TAKŻE
- Sukces akcji "Chcę godnie rodzić we Wrocławiu" (18-03-09, 18:09)
- Bez bólu będziemy mogły rodzić na Brochowie (13-03-09, 21:17)
- Wrocławianie popierają apel o bezbolesny poród (12-03-09, 19:09)
- Na wrocławskich porodówkach może być cichutko (11-03-09, 18:33)
- Potrzebne zmiany w klinicznych porodówkach (09-03-09, 18:01)
- Poród w domu - dla mężczyzny kompletny kosmos (05-03-09, 00:00)
- Bo we Wrocławiu poród musi boleć i już (04-03-09, 07:00)
- Ile naprawdę płacimy za rodzenie we Wrocławiu? (03-03-09, 07:00)
- Mity o tym, jak załatwić wymarzoną porodówkę (02-03-09, 07:00)
- Czy we Wrocławiu powstanie nowa porodówka? (01-03-09, 06:00)
- Godnie rodzić: Wielka ucieczka mam z Wrocławia (28-02-09, 06:00)
- Wrocławskie wyścigi kobiet do łóżek porodowych (26-02-09, 18:53)
SERWISY
Wrocławianki pilnie potrzebują prawa do znieczuleń przy porodzie. Nie refunduje ich Narodowy Fundusz Zdrowia, więc żadna z naszych porodówek nie oferuje rodzącym choćby płatnego znieczulenia. To skandal, który lekarze tłumaczą tym, że od momentu wejścia Polski do Unii Dolny Śląsk opuścił co trzeci anestezjolog.
Nie kwestionuję tych danych, ale uważam, że można zorganizować opiekę nad rodzącą w taki sposób, żeby oszczędzić jej panicznego strachu przed bólem. Do tego potrzebna jest jednak współpraca ordynatorów czterech działających we Wrocławiu porodówek. Nie wszystkie muszą przecież oferować kobietom to, co bez problemów dostają lub kupują rodzące w Warszawie, Katowicach lub Opolu. Skoro minister zdrowia Ewa Kopacz utrzymuje, że budżetu państwa nie stać na ulżenie rodzącym, trzeba dać wrocławiankom przynajmniej prawo do zapłacenia za znieczulenie. To tylko kwestia znalezienia anestezjologa i ustalenia ceny za zabieg.
Na szczęście na Dolnym Śląsku nie wszędzie jest tak źle jak we Wrocławiu, mieście z wielkimi aspiracjami i dużą uczelnią medyczną. W niezamożnym górniczym Wałbrzychu, które kojarzy się z biedaszybami, a nie wysublimowaną ochroną zdrowia, kobiety mogą skorzystać ze znieczulenia. I to niemal bezpłatnie. Dlaczego? Bo prof. Sławomir Suchocki, dyrektor medyczny Specjalistycznego Szpitala Ginekologiczno-Położniczego im. Biernackiego i jednocześnie ordynator ginekologii, uważa, że podstawowym obowiązkiem lekarza jest ograniczanie bólu pacjentowi. Niby oczywiste, ale gdy rozmawiałam o braku znieczuleń z wrocławskimi ginekologami, żaden nie powołał się na tę ważną lekarską zasadę.
Jest jeszcze jeden twardy argument, który w walce o bezbolesny poród we Wrocławiu musi prowokować do zmian. Wszędzie tam, gdzie można skorzystać ze znieczuleń, spada liczba cesarskich cięć. Wiele kobiet, które bojąc się bólu, kupują za kilka tysięcy cesarkę na życzenie, wybiorą poród fizjologiczny w znieczuleniu. Przykładem wałbrzyski szpital, w którym odsetek cięć sięga 22 proc. We Wrocławiu nawet 35.
Łóżka są potrzebne od zaraz
Od czterech lat we Wrocławiu, tak jak w całej Polsce, rodzi się coraz więcej dzieci. Mamy wyż, bo właśnie zaczęły rodzić kobiety, które same przyszły na świat podczas wyżu na początku lat 80. Niestety, urzędnicy departamentu polityki zdrowotnej w urzędzie marszałkowskim i wydziału spraw społecznych w urzędzie wojewódzkim zachowują się tak, jakby nie zetknęli się z prognozami demograficznymi Głównego Urzędu Statystycznego. W ciągu ostatnich 10 lat zlikwidowali w mieście połowę łóżek na oddziałach ginekologiczno-położniczych, a teraz dziwi ich tłok na porodówkach.
Ważny urzędnik z Dolnośląskiego Centrum Zdrowia Publicznego, które zajmuje pół piętra w gmachu urzędu wojewódzkiego i każdego roku wydaje piękne biuletyny statystyczne, stwierdził, że tłok spowodował kryzys. Kobiety częściej kładą się teraz do szpitala, bo w ten sposób chcą uniknąć zwolnień z pracy. Myślę, że gdyby ów urzędnik pooglądał wrocławskie porodówki i oddziały patologii ciąży, wiedziałby, że nie są to miejsca, które wybiera się bez potrzeby. Poza tym powinien wiedzieć, że sama ciąża chroni pracownicę przed zwolnieniem.
Dyrektor DCZP Piotr Kollbek twierdzi natomiast, że dane, jakie jego urzędnicy zbierają i opracowują mozolnie przez cały rok, nie potwierdzają ciasnoty na naszych porodówkach. Mam więc propozycję - niech choć raz wrocławscy urzędnicy spotkają się na naradach nie w wygodnych salach konferencyjnych, ale np. w szpitalu przy ul. Kamieńskiego, gdzie zobaczą kobiety leżące na korytarzach. A jeśli trafią do kliniki przy ul. Chałubińskiego, niechybnie natkną się na wrocławiankę, która po cesarskim cięciu dochodzi do formy na wąskim wózku do transportu, bo szpitalnego łóżka dla niej zabrakło.
Dyrektor Kollbek zapewnia jednocześnie, że jeśli będzie potrzeba, uda się powiększyć o około 20 miejsc jeden z wrocławskich oddziałów ginekologiczno-położniczych, a później, gdy wyż się skończy, bez problemów go zmniejszyć.
Cieszy także deklaracja Romana Szełemeja, pełnomocnika marszałka ds. służby zdrowia, który zapowiedział, że zmieni projekt zagospodarowania szpitala, który do Euro ma powstać w zachodniej części Wrocławia, tak by powstał w nim oddział położniczy i noworodkowy.
Jakość opieki niska, bo lekarz nie ma motywacji
Brak personelu to kolejny wrocławski problem. Młode dziewczyny po studiach dostają oferty z całej Europy, więc średnia wieku położnych jest z każdym rokiem wyższa. Lekarze natomiast coraz częściej odchodzą z pracy w szpitalach. Wolą kupić dobry aparat USG i zarabiać pieniądze w przychodniach lub prywatnym gabinecie. Nieporównywalnie mniejsza odpowiedzialność i noce przespane we własnym łóżku - mówią starsi lekarze. Dodają, że ordynatorów będzie się wkrótce brać z łapanki, bo do konkursu niewielu chętnych się zgłosi.
Część lekarzy wykorzystuje tę sytuację i łączy pracę w szpitalu na ułamek etatu lub kontrakt z prywatnym gabinetem. Korzyści z tego są ogromne. Jak tłumaczył mi pewien ordynator, lekarze przychodzą do szpitala raz lub dwa w tygodniu i głównie zajmują się swoimi pacjentkami z gabinetu. Ordynator narzeka, że musi akceptować taki układ, ponieważ innych chętnych do pracy nie ma. Nie może też zbyt wiele od nich wymagać, bo po pierwsze, trudno zmieniać nawyki lekarzy, a po drugie, mogą się obrazić i z dyżurów zrezygnują. Szczególnie źle jest w małych szpitalach pod Wrocławiem. Na oddział ginekologiczno-położniczy w Oławie ostatni lekarz przyszedł do pracy 12 lat temu. Ginekolodzy mówią, że widać lukę pokoleniową. To efekt m.in. decyzji podjętych przed laty, gdy specjalizację z ginekologii można było zrobić wyłącznie w klinice przy ul. Dyrekcyjnej.
Konflikt ginekologów nie ułatwia pracy
Na Dolnym Śląsku przez lata umierało najwięcej noworodków. W ubiegłym roku po raz pierwszy przesunęliśmy się na przedostatnie, wspólne z Wielkopolską, miejsce w tabeli. Prof. Mariusz Zimmer, konsultant wojewódzki w dziedzinie ginekologii i położnictwa, mówi, że mamy teraz lokatę w "środku stawki".
Dlaczego u nas opieka nad kobieta w ciąży była tak zła? Bo niewiele zrobiono, żeby była lepsza. Mieliśmy i nadal mamy źle zorganizowaną pomoc dla wcześniaków, które obowiązkowo powinny rodzić się w najlepiej do tego przygotowanym szpitalu przy ul. Dyrekcyjnej. Niestety, z różnych powodów dzieci nie zawsze są tam przyjmowane. Z konieczności rodzą się więc w placówkach, w których brakuje niekiedy aparatury do ratowania życia maluchów i doświadczonej kadry medycznej. Najgorsze jest to, że przez długi czas problem zamiatano pod dywan - gdy jakiś czas temu ordynator z małego miasta głośno się poskarżył, że nie miał dokąd przekazać kobiety w zagrożonej ciąży, postraszono go utratą stanowiska. Kilka miesięcy temu napisałam cykl artykułów o wysokiej śmiertelności noworodków w naszym regionie. Próbowałam porozmawiać na ten temat z konsultantem krajowym. Odmówił.
W województwie lubelskim, gdzie umiera najmniej noworodków, lekarze bez dyskusji podporządkowali się tamtejszemu konsultantowi wojewódzkiemu. Współpracują, pomagają sobie i nie pozostawiają bez pomocy lekarza, który musi pilnie umieścić rodzącą w dobrze wyposażonym szpitalu.
Tymczasem we Wrocławiu trudnej sytuacji nie poprawia głośny w całej Polsce konflikt środowiska ginekologów. Z kliniki przy ul. Dyrekcyjnej odeszło w ostatnich dwóch latach kilku bardzo doświadczonych lekarzy. Niedawno zawiadomili prokuraturę, że byli mobbingowani przez przełożonych. O interwencję poprosili Ministerstwo Zdrowia, a nawet premiera.
Ale są i dobre wiadomości dla przyszłych mam. Z inicjatywy prezydenta miasta i za miejskie pieniądze uruchomiono w szpitalu przy ul. Dyrekcyjnej tzw. kliniki jednego dnia. Chodzi o to, żeby kobiety mogły być natychmiast zdiagnozowane bez konieczności pozostania w szpitalu.
Program poprawy opieki nad noworodkiem przygotował też urząd marszałkowski. Tylko w tym roku do dolnośląskich szpitali trafi sprzęt medyczny za pięć milionów złotych. Przygotowano też program komputerowy, który ułatwi zbieranie i analizowanie danych dotyczących noworodków i kobiet w ciąży.
Odmówił tylko konsultant
O sytuacji ciężarnych wrocławianek, największych problemach związanych z rodzeniem we Wrocławiu pisałam w "Gazecie" przez ponad tydzień. Oddźwięk był ogromny, dostałam mnóstwo e-maili i telefonów. Blisko 400 kobiet wypełniło ankietę zamieszczoną na naszej stronie internetowej. Rozmawiałam z wszystkimi niemal ordynatorami wrocławskich porodówek oraz szefami kilku oddziałów ginekologiczno-położniczych spod Wrocławia. Jedyną osobą, która nie podjęła dyskusji, jest konsultant wojewódzki prof. Mariusz Zimmer, jednocześnie ordynator kliniki przy ul. Dyrekcyjnej i prorektor wrocławskiej Akademii Medycznej.
Ja nie reprezentuję siebie, lecz wrocławianki, potencjalne pacjentki.
One mają do Pana wiele pytań, Panie Profesorze.
A jakie są Twoje doświadczenia z rodzeniem we Wrocławiu? Co zrobić, by rodziło się lepiej?
Czekamy na Wasze listy
Czytajcie też serwis eDziecko.pl i MiastoDzieci.pl
Nie kwestionuję tych danych, ale uważam, że można zorganizować opiekę nad rodzącą w taki sposób, żeby oszczędzić jej panicznego strachu przed bólem. Do tego potrzebna jest jednak współpraca ordynatorów czterech działających we Wrocławiu porodówek. Nie wszystkie muszą przecież oferować kobietom to, co bez problemów dostają lub kupują rodzące w Warszawie, Katowicach lub Opolu. Skoro minister zdrowia Ewa Kopacz utrzymuje, że budżetu państwa nie stać na ulżenie rodzącym, trzeba dać wrocławiankom przynajmniej prawo do zapłacenia za znieczulenie. To tylko kwestia znalezienia anestezjologa i ustalenia ceny za zabieg.
Na szczęście na Dolnym Śląsku nie wszędzie jest tak źle jak we Wrocławiu, mieście z wielkimi aspiracjami i dużą uczelnią medyczną. W niezamożnym górniczym Wałbrzychu, które kojarzy się z biedaszybami, a nie wysublimowaną ochroną zdrowia, kobiety mogą skorzystać ze znieczulenia. I to niemal bezpłatnie. Dlaczego? Bo prof. Sławomir Suchocki, dyrektor medyczny Specjalistycznego Szpitala Ginekologiczno-Położniczego im. Biernackiego i jednocześnie ordynator ginekologii, uważa, że podstawowym obowiązkiem lekarza jest ograniczanie bólu pacjentowi. Niby oczywiste, ale gdy rozmawiałam o braku znieczuleń z wrocławskimi ginekologami, żaden nie powołał się na tę ważną lekarską zasadę.
Jest jeszcze jeden twardy argument, który w walce o bezbolesny poród we Wrocławiu musi prowokować do zmian. Wszędzie tam, gdzie można skorzystać ze znieczuleń, spada liczba cesarskich cięć. Wiele kobiet, które bojąc się bólu, kupują za kilka tysięcy cesarkę na życzenie, wybiorą poród fizjologiczny w znieczuleniu. Przykładem wałbrzyski szpital, w którym odsetek cięć sięga 22 proc. We Wrocławiu nawet 35.
Łóżka są potrzebne od zaraz
Od czterech lat we Wrocławiu, tak jak w całej Polsce, rodzi się coraz więcej dzieci. Mamy wyż, bo właśnie zaczęły rodzić kobiety, które same przyszły na świat podczas wyżu na początku lat 80. Niestety, urzędnicy departamentu polityki zdrowotnej w urzędzie marszałkowskim i wydziału spraw społecznych w urzędzie wojewódzkim zachowują się tak, jakby nie zetknęli się z prognozami demograficznymi Głównego Urzędu Statystycznego. W ciągu ostatnich 10 lat zlikwidowali w mieście połowę łóżek na oddziałach ginekologiczno-położniczych, a teraz dziwi ich tłok na porodówkach.
Ważny urzędnik z Dolnośląskiego Centrum Zdrowia Publicznego, które zajmuje pół piętra w gmachu urzędu wojewódzkiego i każdego roku wydaje piękne biuletyny statystyczne, stwierdził, że tłok spowodował kryzys. Kobiety częściej kładą się teraz do szpitala, bo w ten sposób chcą uniknąć zwolnień z pracy. Myślę, że gdyby ów urzędnik pooglądał wrocławskie porodówki i oddziały patologii ciąży, wiedziałby, że nie są to miejsca, które wybiera się bez potrzeby. Poza tym powinien wiedzieć, że sama ciąża chroni pracownicę przed zwolnieniem.
Dyrektor DCZP Piotr Kollbek twierdzi natomiast, że dane, jakie jego urzędnicy zbierają i opracowują mozolnie przez cały rok, nie potwierdzają ciasnoty na naszych porodówkach. Mam więc propozycję - niech choć raz wrocławscy urzędnicy spotkają się na naradach nie w wygodnych salach konferencyjnych, ale np. w szpitalu przy ul. Kamieńskiego, gdzie zobaczą kobiety leżące na korytarzach. A jeśli trafią do kliniki przy ul. Chałubińskiego, niechybnie natkną się na wrocławiankę, która po cesarskim cięciu dochodzi do formy na wąskim wózku do transportu, bo szpitalnego łóżka dla niej zabrakło.
Dyrektor Kollbek zapewnia jednocześnie, że jeśli będzie potrzeba, uda się powiększyć o około 20 miejsc jeden z wrocławskich oddziałów ginekologiczno-położniczych, a później, gdy wyż się skończy, bez problemów go zmniejszyć.
Cieszy także deklaracja Romana Szełemeja, pełnomocnika marszałka ds. służby zdrowia, który zapowiedział, że zmieni projekt zagospodarowania szpitala, który do Euro ma powstać w zachodniej części Wrocławia, tak by powstał w nim oddział położniczy i noworodkowy.
Jakość opieki niska, bo lekarz nie ma motywacji
Brak personelu to kolejny wrocławski problem. Młode dziewczyny po studiach dostają oferty z całej Europy, więc średnia wieku położnych jest z każdym rokiem wyższa. Lekarze natomiast coraz częściej odchodzą z pracy w szpitalach. Wolą kupić dobry aparat USG i zarabiać pieniądze w przychodniach lub prywatnym gabinecie. Nieporównywalnie mniejsza odpowiedzialność i noce przespane we własnym łóżku - mówią starsi lekarze. Dodają, że ordynatorów będzie się wkrótce brać z łapanki, bo do konkursu niewielu chętnych się zgłosi.
Część lekarzy wykorzystuje tę sytuację i łączy pracę w szpitalu na ułamek etatu lub kontrakt z prywatnym gabinetem. Korzyści z tego są ogromne. Jak tłumaczył mi pewien ordynator, lekarze przychodzą do szpitala raz lub dwa w tygodniu i głównie zajmują się swoimi pacjentkami z gabinetu. Ordynator narzeka, że musi akceptować taki układ, ponieważ innych chętnych do pracy nie ma. Nie może też zbyt wiele od nich wymagać, bo po pierwsze, trudno zmieniać nawyki lekarzy, a po drugie, mogą się obrazić i z dyżurów zrezygnują. Szczególnie źle jest w małych szpitalach pod Wrocławiem. Na oddział ginekologiczno-położniczy w Oławie ostatni lekarz przyszedł do pracy 12 lat temu. Ginekolodzy mówią, że widać lukę pokoleniową. To efekt m.in. decyzji podjętych przed laty, gdy specjalizację z ginekologii można było zrobić wyłącznie w klinice przy ul. Dyrekcyjnej.
Konflikt ginekologów nie ułatwia pracy
Na Dolnym Śląsku przez lata umierało najwięcej noworodków. W ubiegłym roku po raz pierwszy przesunęliśmy się na przedostatnie, wspólne z Wielkopolską, miejsce w tabeli. Prof. Mariusz Zimmer, konsultant wojewódzki w dziedzinie ginekologii i położnictwa, mówi, że mamy teraz lokatę w "środku stawki".
Dlaczego u nas opieka nad kobieta w ciąży była tak zła? Bo niewiele zrobiono, żeby była lepsza. Mieliśmy i nadal mamy źle zorganizowaną pomoc dla wcześniaków, które obowiązkowo powinny rodzić się w najlepiej do tego przygotowanym szpitalu przy ul. Dyrekcyjnej. Niestety, z różnych powodów dzieci nie zawsze są tam przyjmowane. Z konieczności rodzą się więc w placówkach, w których brakuje niekiedy aparatury do ratowania życia maluchów i doświadczonej kadry medycznej. Najgorsze jest to, że przez długi czas problem zamiatano pod dywan - gdy jakiś czas temu ordynator z małego miasta głośno się poskarżył, że nie miał dokąd przekazać kobiety w zagrożonej ciąży, postraszono go utratą stanowiska. Kilka miesięcy temu napisałam cykl artykułów o wysokiej śmiertelności noworodków w naszym regionie. Próbowałam porozmawiać na ten temat z konsultantem krajowym. Odmówił.
W województwie lubelskim, gdzie umiera najmniej noworodków, lekarze bez dyskusji podporządkowali się tamtejszemu konsultantowi wojewódzkiemu. Współpracują, pomagają sobie i nie pozostawiają bez pomocy lekarza, który musi pilnie umieścić rodzącą w dobrze wyposażonym szpitalu.
Tymczasem we Wrocławiu trudnej sytuacji nie poprawia głośny w całej Polsce konflikt środowiska ginekologów. Z kliniki przy ul. Dyrekcyjnej odeszło w ostatnich dwóch latach kilku bardzo doświadczonych lekarzy. Niedawno zawiadomili prokuraturę, że byli mobbingowani przez przełożonych. O interwencję poprosili Ministerstwo Zdrowia, a nawet premiera.
Ale są i dobre wiadomości dla przyszłych mam. Z inicjatywy prezydenta miasta i za miejskie pieniądze uruchomiono w szpitalu przy ul. Dyrekcyjnej tzw. kliniki jednego dnia. Chodzi o to, żeby kobiety mogły być natychmiast zdiagnozowane bez konieczności pozostania w szpitalu.
Program poprawy opieki nad noworodkiem przygotował też urząd marszałkowski. Tylko w tym roku do dolnośląskich szpitali trafi sprzęt medyczny za pięć milionów złotych. Przygotowano też program komputerowy, który ułatwi zbieranie i analizowanie danych dotyczących noworodków i kobiet w ciąży.
Odmówił tylko konsultant
O sytuacji ciężarnych wrocławianek, największych problemach związanych z rodzeniem we Wrocławiu pisałam w "Gazecie" przez ponad tydzień. Oddźwięk był ogromny, dostałam mnóstwo e-maili i telefonów. Blisko 400 kobiet wypełniło ankietę zamieszczoną na naszej stronie internetowej. Rozmawiałam z wszystkimi niemal ordynatorami wrocławskich porodówek oraz szefami kilku oddziałów ginekologiczno-położniczych spod Wrocławia. Jedyną osobą, która nie podjęła dyskusji, jest konsultant wojewódzki prof. Mariusz Zimmer, jednocześnie ordynator kliniki przy ul. Dyrekcyjnej i prorektor wrocławskiej Akademii Medycznej.
Ja nie reprezentuję siebie, lecz wrocławianki, potencjalne pacjentki.
One mają do Pana wiele pytań, Panie Profesorze.
A jakie są Twoje doświadczenia z rodzeniem we Wrocławiu? Co zrobić, by rodziło się lepiej?
Czekamy na Wasze listy
Czytajcie też serwis eDziecko.pl i MiastoDzieci.pl
Najnowsze wiadomości
-
Te samoloty mają wygrać w Ameryce. Zrobili je studenci
-
Leszek Czarnecki dopiero 4 w rankingu najbogatszych
-
Tramwaj może i plus, ale za to autobusy na minusie
-
Za czwórką jedzie czwórka. Logika w MPK na jedynkę
-
Średnia pensja w MPK nie pokazuje, ile się tu zarabia
-
Zobacz, gdzie dzisiaj we Wrocławiu nie będzie wody
-
Myślałem, że w MPK biorą pensje za to, co umieją robić
- 42 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Bolesna lekcja rodzenia dla wrocławianek
praczka
06.03.09, 19:23
Pan prof. Zimmer przecież nie ma czasu na jakieś tam rozmowy - pracuje prywatnie nawet po północy. A potem musi być na Dyrekcyjnej, żeby przyjąć swoje pacjentki. Dajcie człowiekowi spokój!»
Najczęściej czytane24 htydzień






