Uciekłabym w podartej koszuli, byle tego znów nie przechodzić

Justyna
05.03.2009 , aktualizacja: 05.03.2009 11:23
A A A Drukuj
GODNIE RODZIĆ WE WROCŁAWIU - LIST. 16 stycznia zeszłego roku po godzinie 22 wyjechałam z mężem z domu z bolesnymi skurczami. Bardzo chciałam rodzić na Kamieńskiego ze względu na przyzwoite warunki, niestety na miejscu usłyszałam, że nie ma miejsc i kazano mi na własną rękę szukać szpitala.

Trafiłam na Dyrekcyjną, gdzie nie zbadano tętna dziecka, gdyż sprzęt się zepsuł, usg wykonano na kropli żelu, ponieważ akurat się skończył, a mojego męża wyproszono za drzwi ponieważ nie mieliśmy zgody na poród rodzinny, którą podobno trzeba uzyskać dużo wcześniej od dyrektora. A niby skąd miałam wiedzieć, że akurat tam przyjdzie mi rodzić??

Leżałam na porodówce, na której metr ode mnie za zasłonką kobieta wymiotowała przez dwie godziny.

Po godz. 1 zostałam sama. Pies z kulawą nogą nie podszedł do mnie. Leżałam na rozwalającym się, krzywym łóżku - z dwojga złego wybrałam leżenie w skuleniu w jego dolnej części.

Nie pozwolono mi się ruszyć z łóżka, żeby choć trochę uśmierzyć ból, na 2-3 godziny przed porodem krzyczałam i płakałam. Czułam się, jakbym leżała pod mostem, a nie we wrocławskim szpitalu na porodówce. Nadal nikt nie zwracał na mnie uwagi. Byłam załamana i chyba nigdy nie czułam się tak samotna - zupełnie inaczej sobie to wszystko wyobrażałam.

Nie wiem, która była godzina, gdy na dyżur przyszła poranna zmiana: masa stażystów, wpadło jakieś ożywienie, lekarz w końcu się mną zajął, dostałam oksytocynę i pojawiła się przemiła pani Ela towarzyszyła mi cały czas, głaszcząc i instruując, co mam robić.

Ostatni etap porodu nie był ciężki, zostałam nacięta, ale uważam, że słusznie i widziałam, że nie było to "rutynowe cięcie" - położna sprawdzała "rozciągliwość", nim podjęła decyzję. Bogu dzięki za przemiłą poranną zmianę, która mnie odratowała psychicznie w ostatnim etapie porodu.

Nigdy nie chciałam korzystać ze znieczulenia podczas porodu. Jestem pewna, że wraz z mężem poradzilibyśmy sobie wzorowo - tyle czasu się przygotowywaliśmy i marzyliśmy o tej chwili...

O godz. 7.50 17 stycznia przyszedł na świat mój synek. Z powodu jego żółtaczki fizjologicznej spędziliśmy dziewięć dni w szpitalu, w fatalnych warunkach, w ciasnej i dusznej czteroosobowej sali.

Bardzo długo po powrocie do domu dochodziłam do siebie. Gdybym wiedziała, była pewna, że mój następny poród będzie wyglądał tak samo, z pewnością bym się nie zdecydowała na kolejne dziecko. Gdyby jednak przyszło mi rodzić w takich samych warunkach, byłabym gotowa uciec w tej podartej, szpitalnej koszuli na ulicę w środku zimowej nocy, byle tylko nie przechodzić tego po raz drugi...

Życzę wszystkim przyszłym mamom, aby dane im było "rodzić po ludzku" we Wrocławiu

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 4 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

  • Uciekłabym w podartej koszuli, byle tego znów n... ultra3m 05.03.09, 12:09

    Ale ta polska to gów... kraj. Włąściewie wszystko co najgorsze znajduję tu namiejscu. Jeśli gdzieś coś jest źle i do du... to ja już wiem że mowa o polsce.Co mozna pomysleć o kraju, w którym»