Następne dziecko urodzę w domu
02.03.2009
, aktualizacja: 02.03.2009 12:04
GODNIE RODZIĆ WE WROCŁAWIU - LIST. We Wrocławiu rodziłam dwa razy, w 2005 i 2007 roku. Za każdym razem w szpitalu przy Kamieńskiego. Dlaczego tam?
SERWISY
Za pierwszym razem, bo tam pracuje lekarz, znajomy rodziców męża. Ale jak przyszło co do czego, to akurat był na urlopie:-)
Nie było wielkiego tłoku. W izbie przyjęć i na porodówce spędziłam w sumie około ośmiu godzin. Jako że byłam pierworódką, nie obyło się niestety bez oksytocyny (nikt się mnie nie pytał, czy chcę), ale generalnie nikt mnie nie poganiał, położna była w porządku, lekarz (kobieta) też.
Po porodzie miałam czas dla siebie, a potem przewieziono mnie na oddział. W szpitalu spędziłam sześć dni, bo córeczka miała żółtaczkę. W sali leżałyśmy we dwie. Gdy już miałam wypis w ręku, moja współtowarzyszka została przeniesiona do "jedynki", bo u nas miały się zwolnić łóżka na dwie cesarki.
Za drugim razem też pojechaliśmy na Kamieńskiego. Wcześniej oglądaliśmy sale porodowe, świeżo po remoncie. Wiedzieliśmy, że może być tłok.
Poród był niedzielę. Dwie sale z czterech dostępnych były zajęte, więc z miejscem nie było problemu. Od momentu zameldowania się na izbie przyjęć do narodzin synka minęły raptem dwie godziny. Chciałam rodzić w wodzie, ale nie miałam potrzebnych wyników badań, a nie można ich było zrobić w niedzielę. Zresztą poszło tak sprawnie, że zanim się zorientowałam, już było po wszystkim. Położna była w porządku, lekarz (mężczyzna) beznadziejny.
W sali na oddziale położniczym leżałyśmy w trójkę. Wszystkie sale były pełne. Tym razem również byłam długo w szpitalu (5 dni). Nikt mnie nie wyganiał.
Planujemy z mężem kolejne dziecko (dzieci?). A naszym marzeniem jest rodzić w domu. Jeśli kobiety z wyżu nadal będą oblegały szpitale, to pewnie się zdecydujemy na takie rozwiązanie.
Nie było wielkiego tłoku. W izbie przyjęć i na porodówce spędziłam w sumie około ośmiu godzin. Jako że byłam pierworódką, nie obyło się niestety bez oksytocyny (nikt się mnie nie pytał, czy chcę), ale generalnie nikt mnie nie poganiał, położna była w porządku, lekarz (kobieta) też.
Po porodzie miałam czas dla siebie, a potem przewieziono mnie na oddział. W szpitalu spędziłam sześć dni, bo córeczka miała żółtaczkę. W sali leżałyśmy we dwie. Gdy już miałam wypis w ręku, moja współtowarzyszka została przeniesiona do "jedynki", bo u nas miały się zwolnić łóżka na dwie cesarki.
Za drugim razem też pojechaliśmy na Kamieńskiego. Wcześniej oglądaliśmy sale porodowe, świeżo po remoncie. Wiedzieliśmy, że może być tłok.
Poród był niedzielę. Dwie sale z czterech dostępnych były zajęte, więc z miejscem nie było problemu. Od momentu zameldowania się na izbie przyjęć do narodzin synka minęły raptem dwie godziny. Chciałam rodzić w wodzie, ale nie miałam potrzebnych wyników badań, a nie można ich było zrobić w niedzielę. Zresztą poszło tak sprawnie, że zanim się zorientowałam, już było po wszystkim. Położna była w porządku, lekarz (mężczyzna) beznadziejny.
W sali na oddziale położniczym leżałyśmy w trójkę. Wszystkie sale były pełne. Tym razem również byłam długo w szpitalu (5 dni). Nikt mnie nie wyganiał.
Planujemy z mężem kolejne dziecko (dzieci?). A naszym marzeniem jest rodzić w domu. Jeśli kobiety z wyżu nadal będą oblegały szpitale, to pewnie się zdecydujemy na takie rozwiązanie.
Najnowsze wiadomości
-
Na Uniwersytecie Przyrodniczym wykład prof. Miodka
-
Sprawdź, gdzie nie będzie dziś wody we Wrocławiu
-
Policyjna doba w liczbach. Ponad 40 pijanych kierowców
-
Poranne korki we Wrocławiu. Lepiej omijać te ulice
-
Braniborska znów jest otwarta dla zmotoryzowanych
-
Sprawdź, gdzie nie będzie dziś prądu we Wrocławiu
-
Uwaga kierowcy: na Milenijnym wyłączą sygnalizację
- 1 komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




