Płakałam, bo nie miałam gdzie rodzić

Agnieszka
02.03.2009 , aktualizacja: 02.03.2009 11:56
A A A Drukuj
GODNIE RODZIĆ WE WROCŁAWIU - LIST. Termin porodu miałam wyznaczony na 12 sierpnia 2007 r. Minął, a ja wciąż czekałam na pierwsze straszne bóle (to była moja pierwsza ciąża). Czekałam tak do ósmego dnia po terminie, kiedy to zaniepokojona udałam się do szpitala na Dyrekcyjnej.

Lekarz prowadzący uprzedzał, że gdybym nie urodziła do siódmego dnia po planowanym terminie, koniecznie muszę się zgłosić do szpitala, a ten ma obowiązek mnie przyjąć. I tyle teorii

W izbie przyjęć czekałam od godz. 7 do 14 zapewniana, że jak tylko zwolni się łóżko, zostanę przyjęta. W końcu powiedziano mi, że muszę szukać innego szpitala i najpewniej przyjmą mnie na Kamieńskiego. Mąż zawiózł mnie z walizką na Kamieńskiego . I cóż za zaskoczenie: brak miejsc muszę szukać gdzie indziej! Nerwy mi puściły. Wracając do domu ok. godz. 17, płakałam

I chyba te koszmarne przeżycia spowodowały, że już kilka godzin później, bo około pierwszej w nocy, poczułam bóle.

O godz. 6 rano zjawiłam się znowu na izbie przyjęć w szpitalu na Dyrekcyjnej, gdzie po kilku minutach przyjęto mnie na porodówkę. Urodziłam o godz. 17.45 na szczęście zdrową Amelkę.

Po trzech dniach pobytu rano lekarz poinformował mnie, że z braku miejsc jak najszybciej muszę zwolnić łóżko kolejnej pacjentce, mimo że w trzeciej dobie życia dziecka badany jest poziom bilirubiny. Dopiero gdy wynik jest prawidłowy, można otrzymać wypis.

Wyglądało to tak, że nowa pacjentka zajmowała już moje łóżko, a ja, czekając na wypis blisko trzy godziny, karmiłam moją córeczkę na krześle w przeładowanej sali. Koszmar!

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos