Po castingu na porodówkę

Anna Gogacz
01.03.2009 , aktualizacja: 01.03.2009 17:03
A A A Drukuj
GODNIE RODZIĆ WE WROCŁAWIU - LIST. Córkę rodziłam w sierpniu 2008 roku. Do szpitala zgłosiłam się ze skierowaniem od lekarza prowadzącego, dwa tygodnie po terminie porodu. Wybrałam klinikę przy Dyrekcyjnej, ponieważ jest najbliżej mojego domu.

ZOBACZ TAKŻE
Na izbę przyjęć zgłosiłam się po godz. 10. Oczywiście od razu usłyszałam, że nie ma mowy, aby mnie przyjęto. Pragnę zaznaczyć, że nie byłam jedyną ciężarną ze skierowaniem na izbie przyjęć, a dyżurująca tam pielęgniarka była - delikatnie mówiąc - w niezbyt dobrym humorze. W ogóle nie chciała ze mną rozmawiać.

Skierowanie, które jej pokazałam, kazała mi "sobie schować, bo jej to nie jest do niczego potrzebne". Gdy pojawił się lekarz, oczywiście powtórzył to samo co pielęgniarka i poradził, aby objechać wszystkie szpitale we Wrocławiu (w dziewiątym miesiącu i ze spakowaną torbą).

Słyszałam wcześniej o problemach na porodówkach, ale to przerosło wszelkie moje wyobrażenia. Wspólnie z inną ciężarną, którą poznałam w szpitalu, zapytałyśmy lekarza, jak on to sobie wyobraża. Przecież dobrze wie, iż w innych szpitalach jest tak samo i że gdzie niby mamy rodzić?

Młody lekarz z rozbrajającym uśmiechem odpowiedział, żebyśmy nie dramatyzowały, bo jeszcze nie tak dawno kobiety w burakach na polu rodziły i nikt nie robił z tego wielkiego halo (strasznie żałuję, że nie zapisałam jego nazwiska).

Mój mąż i mąż tej drugiej pani dosłownie się wściekli. Wywiązała się awantura. Ludzie w poczekalni na izbie aż zaniemówili.

Spanikowana pielęgniarka dyżurująca zadzwoniła gdzieś "na górę", po czym po chwili zszedł inny lekarz. Podszedł do nas i zaproponował badanie ktg.

Poszłyśmy. Pielęgniarka monitorująca ktg była wyraźnie zażenowana tą sytuacją. Po półgodzinie lekarz, który zalecił wykonanie badania, przyszedł sprawdzić wyniki. Popatrzył na nas i powiedział: "Jakby ktoś pytał, to macie panie skurcze i rodzicie. Siostro, proszę przygotować panie na porodówkę, tylko szybciutko!".

I takim oto cudem, szczęśliwym trafem może, sama nie wiem, jak to nazwać, dostałam się na salę porodową, gdzie przeleżałam do wieczora, czekając na wolne łóżko na oddziale.

Dodam tylko, że lekarz na porodówce był niezmiernie rozczarowany, że "nie miałam ochoty urodzić, skoro już mnie przyjęli...". Po kolacji odesłano mnie z porodówki na oddział ginekologii operacyjnej, bo tylko tam było miejsce.

Potem już wszystko potoczyło się błyskawicznie. W nocy naprawdę zaczęłam rodzić (na szczęście nie w polu buraków). Na porodówce było bardzo sympatycznie i wesoło, położne bardzo pomocne. O godz. 6.20 przywitałam córeczkę, ale na oddział położniczy trafiłam dopiero 11 godzin później.

Przez cały ten czas na porodówce był tłok. Z nudów liczyłam porody - naturalne i cesarki. Naliczyłam 17! To na samej porodówce, a przed nią? Kolejka kobiet ze skurczami, które czekały jak na jakimś castingu, aby dostać się na łóżko porodowe i w miarę godnie urodzić, powołując się przy tym na "znajomości".

Po trzech dniach wyszłam z małą Gabrysią do domu. Jednak miałam szczęście. Ale tak sobie myślę, że na kolejne dziecko nie zdecyduję się za szybko. Eh, szkoda...

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów