Polski rektor niemieckiego uniwersytetu
22.01.2009
, aktualizacja: 22.01.2009 17:55
Opisujemy losy profesora Władysława Nehringa: głodne lata studenckie, zachwycająco ubrane panny, spijanie się bez reguł estetyki i uniwersytecką karierę

Fot. Maciej Świerczyński / AG
Portret prof. Władysława Nehringa, wiszący w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego

Fot. Maciej Świerczyński/AG
Sala im. prof. Władysława Nehringa na Uniwersytecie Wrocławskim

Fot. Krzysztof Gutkowski / AG
Barbara Wożny i Juliusz Woźny, żyjący we Wrocławiu krewni Władysława Nehringa
ZOBACZ TAKŻE
- Konferencja na uniwersytecie dla Władysława Nehringa (18-10-10, 17:02)
Choć od śmierci profesora Władysława Nehringa mija właśnie sto lat, jego sukcesy wciąż budzą podziw. Na razie tylko w rodzinnej Wielkopolsce, która wysyła pielgrzymki do grobu ziomka na cmentarzu Osobowickim. We Wrocławiu nie może się przebić. Owszem, ma na swej uczelni piękną salę, dostał nawet małą uliczkę w pobliżu placu Grunwaldzkiego, ale już jako patron szkoły podstawowej przy Roosevelta okazał się podejrzany.
- Pani dyrektor powiedziała, że "to jakiś Niemiec", a ponieważ kilka lat temu szkołę przekształcono w gimnazjum, Nehring został wyrzucony bez skrupułów - opowiada Barbara Woźny, prawnuczka Ferdynanda Nehringa, brata Władysława.
Niemiec, Węgier czy Szwed?
Nie był Niemcem, choć nazwisko, które nosił, mogło na to wskazywać. Urodził się w Kłecku, ojciec Jakub był kierownikiem szkoły elementarnej. Skąd Nehringowie w Wielkopolsce, nie bardzo wiadomo. Przez lata rodzina była przekonana o swoich węgierskich korzeniach.
- W domu mojego dziadka, a bratanka profesora, widziałam pieczątkę z herbem Rawicz (panna na niedźwiedziu) i pełnym nazwiskiem Nehring von Schardacheli - wspomina Barbara Woźny. - Poza tym wszyscy Nehringowie mają bardzo ciemne włosy, oczy i śniadą cerę - dodaje jej syn Juliusz. Ostatnie badania genealogiczne wskazują jednak na skandynawski trop, łącząc przybycie Nehringów do Kłecka z potopem i bitwą stoczoną nieopodal ze Szwedami przez Stefana Czarneckiego.
Nawet jeśli byli najeźdźcami, szybko stali się bardziej polscy niż Polacy. Byli bitni i romantyczni. Do szabli, panny i szklanki. Zaliczali kolejne powstania, a ich losy były gotowymi scenariuszami sensacyjnych filmów. - Jeden trafił po powstaniu listopadowym do Teksasu i zginął, broniąc fortu Alamo przed żołnierzami meksykańskiego generała Santa Anny. Razem z Davym Crockettem, bohaterem narodowym Amerykanów - opowiada Juliusz Woźny.
Z kolei Ferdynand, brat profesora, ruszył do powstania styczniowego, a zesłany na Syberię uciekł i na piechotę wrócił do domu. - Był tak wynędzniały, że żona zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Na szczęście pies poznał swego pana - wspomina rodzinną legendę Barbara Woźny.
Władysław bitwy toczył tylko w dzieciństwie, fechtując z kolegami drewnianymi szabelkami. Był jednak twardy, zacięty i dostawał to, co chciał, choć musiał za sukcesy płacić wysoką cenę. - Prawdziwy Wielkopolanin - chwali go Barbara Woźny. Ale Wielkopolanin, który ponad pół wieku mieszkał we Wrocławiu, tu zyskał sławę, zdobył miłość i tu został pochowany. Prawdziwy wrocławianin.
Najpierw obiad, potem praca
Początek znajomości Nehringa z Breslau nie wyglądał najlepiej. "Dnia 8 listopada 1850 roku wieczorem przyjechałem pocztą do Wrocławia. Poświęcam się historii i językowi polskiemu - są to dwa przedmioty, które zawsze nadzwyczaj kochałem i które ogromem, rozmaitością i ważnością zasługują na poszanowanie. (...) Zaczynam prace obok tego marzenia, żeby w myśl ratunku dla bolejącego narodu naszego dorzucić kiedyś grosz wdowi dla rozgrzebania wielkiej jego mogiły" - zanotował w swoim studenckim dzienniku Władysław Nehring. Lubił wyrażać się górnolotnie.
Świeżo upieczony student miał zapał do nauki, ale pusto w kieszeni.
- Na pomoc z domu nie mógł liczyć. Po pożarze Kłecka w 1841 roku rodzice stracili większość majątku. Władysław musiał się utrzymać ze stypendium poznańskiego Towarzystwa Naukowej Pomocy im. Karola Marcinkowskiego - tłumaczy Juliusz Woźny. Stypendium ledwo pozwalało przeżyć. "Do tego stopnia suchoty u mnie doszły, żem na świecę nie miał i zmuszony był całego trojaka pożyczyć" - zapisał Nehring w pamiętniku. A za umartwianiem się nie przepadał. Owszem, pracować można, a nawet trzeba. Ale najlepiej z pełnym żołądkiem i dobrym cygarem na deser.
Nehring zbadał nawet zależność między obfitością posiłku a wydajnością pracy. Wyszło, że im więcej oraz drożej, tym lepiej. "Dobry i dostateczny obiad sprawia dużo żywego i spirytualnego dowcipu, przeciwnie, obiad za trzy trojaki lub pół złotego czyni wszystko jałowym. Z moich dzisiejszych notatek pamiętnikowych widać, żem nie po dobrym obiedzie. I dlatego dziś nie będę dużo pisał...".
Stał się nawet bohaterem satyrycznego rysunku, którego autor obrał za prześmiewczy cel nadmierną chudość studenta z Kłecka. Gdy się nań patrzy, zrozumiała staje się ówczesna ksywka Nehringa - Lichy. Wprawdzie szybko zamienił Lichego na Olgierda, ale ciała nie nabrał.
Dzieło Pana, dzieło piękne
Na szczęście pusty żołądek nie przeszkadzał mu w miłości. Kochliwy był i romantyczny, a urodę kobiecą wielbił. Jak tłumaczył się wierszem, przede wszystkim jako myśl Boga, "gdy w dniu stworzenia z radością spojrzał / na dzieło piękne i kiedy ujrzał, / Że słowo "stań się" stało się ciałem". W relacji pamiętnikarskiej o myśli Boga już nic nie ma, o wdziękach panien sporo. "Bo miło patrzeć na te młode panienki, szczególniej stosownie zachwycająco ubrane, bujające w tę i ową stronę po zimnym, wygładzonym od mrozu płynie" - pisał 20-letni Nehring. Jego zachwyt jest zrozumiały, skoro będziemy pamiętać, że te "stosownie ubrane" nosiły krótsze spódnice.
Oprócz zachwytu ofiarowywał też pannom serce. I niektóre je przyjmowały. Wśród nich była panna Paulina Liske, miłość jeszcze z Poznania. Wypatrzył ją w kościele i zakochał się na zabój. Zwierzał się potem niezbyt dyskretnie wyimaginowanym czytelnikom pamiętnika: "O! wy nie uwierzycie, jaką ja mam rozkosz...". I dalej: "Byłby może kto ciekawy, jakie postępy zrobiłem w zaskarbieniu wzajemności Pauliny?". Jakakolwiek jednak była ta wzajemność i rozkosze, wielkopolski rozsądek Nehringa nie został naruszony. Uciszył "wrzącą burzę w piersi" i zerwał z panną, bo jej rodzina okazała się nieodpowiednia. "Ojciec mojej narzeczonej wskutek wykrytego krzywoprzysięstwa i sfałszowania dokumentu rządowego skazany na karę w domu poprawy! Z taką familią, którą opinia ludzka potępiła, ja z wielu względów nie mogłem się łączyć węzłem pokrewieństwa".
W końcu jednak trafił na kobietę z odpowiednią familią. Wrocławiankę Adaminę Pawłowską. - Zobaczył ją na ulicy i obejrzał się za nią kilka razy. Ona tylko raz. I zostali małżeństwem - opowiada Barbara Woźny.
W Towarzystwie Wariatów
Zanim jednak Nehring zakochał się w Adaminie, zawody miłosne leczył pracą i towarzystwem kolegów. "19 stycznia, we czwartek [1853 roku - przyp. autora] zabawiłem się kolosalnie. Na uroczystość złożenia pierwszego w medycynie egzaminu dał Biruta kolację. Wszyscyśmy się spili wcale bez reguł estetyki".
- Pani dyrektor powiedziała, że "to jakiś Niemiec", a ponieważ kilka lat temu szkołę przekształcono w gimnazjum, Nehring został wyrzucony bez skrupułów - opowiada Barbara Woźny, prawnuczka Ferdynanda Nehringa, brata Władysława.
Niemiec, Węgier czy Szwed?
Nie był Niemcem, choć nazwisko, które nosił, mogło na to wskazywać. Urodził się w Kłecku, ojciec Jakub był kierownikiem szkoły elementarnej. Skąd Nehringowie w Wielkopolsce, nie bardzo wiadomo. Przez lata rodzina była przekonana o swoich węgierskich korzeniach.
- W domu mojego dziadka, a bratanka profesora, widziałam pieczątkę z herbem Rawicz (panna na niedźwiedziu) i pełnym nazwiskiem Nehring von Schardacheli - wspomina Barbara Woźny. - Poza tym wszyscy Nehringowie mają bardzo ciemne włosy, oczy i śniadą cerę - dodaje jej syn Juliusz. Ostatnie badania genealogiczne wskazują jednak na skandynawski trop, łącząc przybycie Nehringów do Kłecka z potopem i bitwą stoczoną nieopodal ze Szwedami przez Stefana Czarneckiego.
Nawet jeśli byli najeźdźcami, szybko stali się bardziej polscy niż Polacy. Byli bitni i romantyczni. Do szabli, panny i szklanki. Zaliczali kolejne powstania, a ich losy były gotowymi scenariuszami sensacyjnych filmów. - Jeden trafił po powstaniu listopadowym do Teksasu i zginął, broniąc fortu Alamo przed żołnierzami meksykańskiego generała Santa Anny. Razem z Davym Crockettem, bohaterem narodowym Amerykanów - opowiada Juliusz Woźny.
Z kolei Ferdynand, brat profesora, ruszył do powstania styczniowego, a zesłany na Syberię uciekł i na piechotę wrócił do domu. - Był tak wynędzniały, że żona zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Na szczęście pies poznał swego pana - wspomina rodzinną legendę Barbara Woźny.
Władysław bitwy toczył tylko w dzieciństwie, fechtując z kolegami drewnianymi szabelkami. Był jednak twardy, zacięty i dostawał to, co chciał, choć musiał za sukcesy płacić wysoką cenę. - Prawdziwy Wielkopolanin - chwali go Barbara Woźny. Ale Wielkopolanin, który ponad pół wieku mieszkał we Wrocławiu, tu zyskał sławę, zdobył miłość i tu został pochowany. Prawdziwy wrocławianin.
Najpierw obiad, potem praca
Początek znajomości Nehringa z Breslau nie wyglądał najlepiej. "Dnia 8 listopada 1850 roku wieczorem przyjechałem pocztą do Wrocławia. Poświęcam się historii i językowi polskiemu - są to dwa przedmioty, które zawsze nadzwyczaj kochałem i które ogromem, rozmaitością i ważnością zasługują na poszanowanie. (...) Zaczynam prace obok tego marzenia, żeby w myśl ratunku dla bolejącego narodu naszego dorzucić kiedyś grosz wdowi dla rozgrzebania wielkiej jego mogiły" - zanotował w swoim studenckim dzienniku Władysław Nehring. Lubił wyrażać się górnolotnie.
Świeżo upieczony student miał zapał do nauki, ale pusto w kieszeni.
- Na pomoc z domu nie mógł liczyć. Po pożarze Kłecka w 1841 roku rodzice stracili większość majątku. Władysław musiał się utrzymać ze stypendium poznańskiego Towarzystwa Naukowej Pomocy im. Karola Marcinkowskiego - tłumaczy Juliusz Woźny. Stypendium ledwo pozwalało przeżyć. "Do tego stopnia suchoty u mnie doszły, żem na świecę nie miał i zmuszony był całego trojaka pożyczyć" - zapisał Nehring w pamiętniku. A za umartwianiem się nie przepadał. Owszem, pracować można, a nawet trzeba. Ale najlepiej z pełnym żołądkiem i dobrym cygarem na deser.
Nehring zbadał nawet zależność między obfitością posiłku a wydajnością pracy. Wyszło, że im więcej oraz drożej, tym lepiej. "Dobry i dostateczny obiad sprawia dużo żywego i spirytualnego dowcipu, przeciwnie, obiad za trzy trojaki lub pół złotego czyni wszystko jałowym. Z moich dzisiejszych notatek pamiętnikowych widać, żem nie po dobrym obiedzie. I dlatego dziś nie będę dużo pisał...".
Stał się nawet bohaterem satyrycznego rysunku, którego autor obrał za prześmiewczy cel nadmierną chudość studenta z Kłecka. Gdy się nań patrzy, zrozumiała staje się ówczesna ksywka Nehringa - Lichy. Wprawdzie szybko zamienił Lichego na Olgierda, ale ciała nie nabrał.
Dzieło Pana, dzieło piękne
Na szczęście pusty żołądek nie przeszkadzał mu w miłości. Kochliwy był i romantyczny, a urodę kobiecą wielbił. Jak tłumaczył się wierszem, przede wszystkim jako myśl Boga, "gdy w dniu stworzenia z radością spojrzał / na dzieło piękne i kiedy ujrzał, / Że słowo "stań się" stało się ciałem". W relacji pamiętnikarskiej o myśli Boga już nic nie ma, o wdziękach panien sporo. "Bo miło patrzeć na te młode panienki, szczególniej stosownie zachwycająco ubrane, bujające w tę i ową stronę po zimnym, wygładzonym od mrozu płynie" - pisał 20-letni Nehring. Jego zachwyt jest zrozumiały, skoro będziemy pamiętać, że te "stosownie ubrane" nosiły krótsze spódnice.
Oprócz zachwytu ofiarowywał też pannom serce. I niektóre je przyjmowały. Wśród nich była panna Paulina Liske, miłość jeszcze z Poznania. Wypatrzył ją w kościele i zakochał się na zabój. Zwierzał się potem niezbyt dyskretnie wyimaginowanym czytelnikom pamiętnika: "O! wy nie uwierzycie, jaką ja mam rozkosz...". I dalej: "Byłby może kto ciekawy, jakie postępy zrobiłem w zaskarbieniu wzajemności Pauliny?". Jakakolwiek jednak była ta wzajemność i rozkosze, wielkopolski rozsądek Nehringa nie został naruszony. Uciszył "wrzącą burzę w piersi" i zerwał z panną, bo jej rodzina okazała się nieodpowiednia. "Ojciec mojej narzeczonej wskutek wykrytego krzywoprzysięstwa i sfałszowania dokumentu rządowego skazany na karę w domu poprawy! Z taką familią, którą opinia ludzka potępiła, ja z wielu względów nie mogłem się łączyć węzłem pokrewieństwa".
W końcu jednak trafił na kobietę z odpowiednią familią. Wrocławiankę Adaminę Pawłowską. - Zobaczył ją na ulicy i obejrzał się za nią kilka razy. Ona tylko raz. I zostali małżeństwem - opowiada Barbara Woźny.
W Towarzystwie Wariatów
Zanim jednak Nehring zakochał się w Adaminie, zawody miłosne leczył pracą i towarzystwem kolegów. "19 stycznia, we czwartek [1853 roku - przyp. autora] zabawiłem się kolosalnie. Na uroczystość złożenia pierwszego w medycynie egzaminu dał Biruta kolację. Wszyscyśmy się spili wcale bez reguł estetyki".
1
2
następne »
Najnowsze wiadomości
-
Czekają nas dwie premiery na wrocławskich scenach
-
Zobacz nowy dziecięcy szpital przy Koszarowej [FOTO]
-
Polscy projektanci w Sky Tower. Warto pooglądać
-
Dziecięcy szpital we wtorek przenosi się na Koszarową
-
Posłowie żądają dekomunizacji miast, a w Bogatyni...
-
Lotus, Lexus, Porsche - takie samochody zobaczysz w Hali Stulecia
-
Nie przegap! Masa imprez w weekend. Zobacz, co polecamy
- 1 komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
-
Polski rektor niemieckiego uniwersytetu
maclawyer
05.12.09, 11:17
Poszukuję informacji o losach Adwokata Edmunda Nehringa, we wrześniu 1939 r. więzionego jako zakładnik w Ratuszu Poznańskim. Być może jest to rodzina Prof. Władysława Nehringa i ktoś z »
Najczęściej czytane24 htydzień


