Jerzy Hoffman: Trzeba znać wspólną historię

Rozmawiała Agnieszka Kołodyńska
27.11.2008 , aktualizacja: 27.11.2008 17:31
A A A Drukuj
O "Ukrainie - narodzinach narodu", czteroczęściowym fresku dokumentalnym poświęconym historii Ukrainy wyreżyserowanym przez Jerzego Hoffmana, o polsko-ukraińskiej historii, o roli współczesnej Ukrainy i problemach z dystrybucją filmu
Jerzy Hoffman
Fot. Maciej Zienkiewicz
Jerzy Hoffman
Agnieszka Kołodyńska: Co Pan takiego znalazł w książce Leonida Kuczmy, byłego prezydenta Ukrainy, że postanowił pod jej wpływem nakręcić pełen rozmachu dokument o historii Ukrainy?

Jerzy Hoffman: Moją uwagę zwrócił tytuł: "Ukraina to nie Rosja" i fakt, że użył go prezydent niezależnego państwa. Proszę sobie wyobrazić, że prezydent Polski wydaje książkę pod tytułem "Polska to nie Rosja" lub "Polska to nie Niemcy".

... pierwsi protestowaliby politycy wszystkich opcji.

- Właśnie. Taki tytuł zostałby uznany za co najmniej dziwny. Skoro jednak prezydent Ukrainy tak nazywa swoją książkę, to znaczy że problem istnieje, a skoro istnieje to należy się nad nim pochylić. W trakcie spotkań z widzami filmu "Ogniem i mieczem" na terenie Ukrainy zorientowałem się jakie ludzie mają luki dotyczące własnej przeszłości, jak mają jej obraz świadomie ukierunkowany przez dawną carską, a później radziecką historiografię. Przypomniałem sobie słowa Garibaldiego po zjednoczeniu Włoch: "Stworzyliśmy państwo, teraz pora tworzyć naród". Pomyślałem, że może film o historii Ukrainy pomógłby w takim procesie.

"Narodziny narodu" to lekcja historii tylko dla Ukraińców?

- Chciałem, aby głównym adresatem byli Ukraińcy, ale też Polacy i Rosjanie, ich najbliżsi sąsiedzi, jak również świat. W końcu świat powinien dowiedzieć się czegoś o nowym, nie najmniejszym państwie, które powstało w Europie na naszych oczach. Szukałem drogi Normana Daviesa. Chciałem być z boku. Nie chciałem pokazywać ukraińskiej historii z punktu widzenia Polaka, mimo że nasze dzieje były przez setki lat wspólne i podobnie tragicznie się zakończyły - upadła Sicz Zaporoska, upadło państwo polskie.

Kocham historię, pewnie gdybym nie był filmowcem byłbym historykiem. Praca nad filmem o historii Ukrainy od Chrztu po dzień dzisiejszy, stała się niesamowitą przygodą. Nie zakładałem tylko, że potrwa aż ponad 4,5 roku.

Dlaczego tak długo?

- Omawiając jakikolwiek fakt, czy wydarzenie musieliśmy konfrontować opinie niejednokrotnie pięciu, sześciu historyków różnych opcji: lewych, prawych, prorosyjskich, propolskich, polskich i rosyjskich, ukraińskich... po to żeby wyrobić sobie własne, często wypośrodkowane zdanie. Trzeba było obalać mity stworzone przez zakłamaną sowiecką historiografię, która przemilczając lub przeinaczając wydarzenia i fakty podporządkowała historię ideologii. Trzeba też było szukać materiałów ikonograficznych rozsianych po archiwach i muzeach niemal całego świata, a to trwało. Teraz mamy olbrzymi bank materiałów dotyczących historii Ukrainy.

Jak ukraińscy historycy przyjmowali Pana - reżysera znanego z ekranizacji prozy Sienkiewicza, w której obraz Ukrainy i Kresów nie jest do końca zgodny z historią?

- Z otwartymi ramionami, a to dlatego, że nie robiłem "Ogniem i mieczem" ku pokrzepieniu serc wychodząc z założenia, że nam już nie trzeba ich krzepić. Mamy swój własny kraj, w odróżnieniu od czasów sienkiewiczowskich, kiedy Polski nie było na mapie. Jeśli krzepić nas trzeba w czymkolwiek, to w sytuacji, w jakiej znajdujemy się przez ciągłe awantury i kłótnie naszych polityków. Przypomina mi to, jako żywo mickiewiczowski epilog do "Pana Tadeusza": "O czymże dumać na paryskim bruku,/ Przynosząc z miasta uszy pełne stuku/ Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,/ Zapóźnych żalów, potępieńczych swarów!

Dotarł Pan z kamerą do największych muzeów, najcenniejszych zbiorów.

- Wystarczyło, że podniósł telefon prof. Borys Woźnicki, człowiek, który uratował dla sztuki ukraińskiej i dla jej kultury, w najtrudniejszych czasach komunistycznych, niebywałe skarby i otworzyły nam się wszystkie muzea.

Polacy na Ukrainę patrzą przez wspólną, trudną historię. Jak przyjmą Pana film?

- Z jednej strony mamy sentyment do Ukrainy. Potworny ból i żal czują wygnańcy z Kresów, jest też pamięć o Wołyniu. Ukraińcy pamiętają nam Zamojszczyznę. Czy mamy żyć obok siebie, odwróceni? Rozpamiętując wciąż własne krzywdy? Na Ukrainie wschodniej ludzie tego nie znają, nie rozumieją. Dla nich bohaterowie UPA, wynoszeni na pomniki, często są przestępcami i bandytami! Tak różna jest Ukraina.

Zdajmy sobie sprawę, jak duże znaczenie dla Polski, dla każdego z nas, ma niezależna i wolna Ukraina. Człowiek nie może budować przyszłości, gdy nie zna swojej przeszłości. Człowiek, który wyszedł znikąd i nie ma za sobą tradycji, dostojeństwa, przodków - dziadów, pradziadów, musi mieć kompleksy, a jeśli je ma, to jest ksenofobem. I zaczynają się problemy. Musimy znać naszą wspólną historię.

Jak odebrali film Ukraińcy?

- Na razie obejrzeć go mogli na zamkniętych pokazach. Toczą się rozmowy na temat szerszej dystrybucji na Ukrainie. Bałem się Lwowa. Film przyjęto tam bardzo dobrze. Przejechaliśmy z nim Żytomierz, Odessę, Donieck. W Odessie, gdzie na sali było ponad tysiąc trzysta osób, ludzie bili brawo, skandowali, dziękowali. Krzyczeli, że trzeba mi dać honorowego obywatela Ukrainy. Było też siedmioro ludzi z megafonami wołających „Hoffman faszyst, Hoffman faszyst”. Byli z organizacji ZUBR - Zjednoczenia Ukrainy Białorusi i Rosji. Uznali, że mój film budzi nienawiść do Rosji. Ja nie oskarżałem w nim Rosji, oskarżałem za to co było albo władze carskie albo reżim komunistyczny. Przecież to nie Rosjanie z Moskwy wprowadzili Gołodomor, ale Josif Wisarianowicz Stalin.

Film rozpoczyna sonda uliczna. Pyta Pan o niepodległość Ukrainy jej mieszkańców przed 13 rocznicą jej uzyskania. Większość - nawet w Odessie i Donbasie jest za niepodległą Ukrainą. A tyle mówiło się, że wschodnia Ukraina chce do Rosji...

- Obawiano się rozpadu Ukrainy po pomarańczowej rewolucji. Tym bardziej, że zawiodła niesłychanie swoich zwolenników. Dodatkowo atmosferę podgrzewały ukazy rozmaite, na czele z wprowadzeniem języka ukraińskiego na rosyjskojęzyczną Ukrainę wschodnią. Uważam, że pierwszym etapem, najważniejszym i najistotniejszym, jest to, żeby każdy człowiek zajął lojalną pozycję w stosunku do kraju, z którym wiąże swoją przyszłość, bo ukraińskość zaczyna się od tego, a później dopiero przychodzi język. Nawet tam w Doniecku oligarchowie wolą być pierwszymi u siebie na Ukrainie, niż dziesiątymi w Rosji. I to jest niedoceniana i często nie rozumiana u nas różnica.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos