Zginęli w górach, w górach o nich pamiętają
01.11.2008
, aktualizacja: 01.11.2008 18:20
Zginęli pod Annapurną, na Matterhornie, na Broad Peak, w Pirenejach, Tatrach i Karkonoszach. 29 płyt na skale w Karkonoszach to symboliczny cmentarz ludzi gór. Jedyny taki w Polsce.
RAPORTY
Tuż przed dniem Wszystkich Świętych 1984 roku trzech ratowników zamocowało na skalnej ścianie metalowy krzyż i tablicę: "Martwym ku pamięci, żywym ku przestrodze". 1300 metrów n.p.m., przy głównym szlaku z Karpacza na Śnieżkę. Zaraz potem wezwano ich na komendę wojewódzką milicji: jakim prawem śmieli coś tam montować i czy musi to być koniecznie krzyż?
Nekropolię w kotle Łomniczki wymyślił Jerzy Pokój, wówczas ratownik, później naczelnik GOPR, dziś przewodniczący sejmiku województwa. Sam ufundował niektóre tablice, inne przygotowały rodziny ofiar. Od śmierci musi upłynąć przynajmniej rok, w tym czasie społeczna rada ustala, czy zmarły był osobą zasłużoną dla gór. Tablice są mocowane w sierpniu - na św. Wawrzyńca, patrona ratowników. Najpierw na Śnieżce odprawia się mszę za zmarłego, potem wszyscy schodzą do cmentarza przy czerwonym szlaku. Ratownicy spotykają się tam jeszcze raz w roku - tuż przed Zaduszkami.
- To magiczna przestrzeń - mówi Jerzy Pokój. - Obawialiśmy się, że robi się tam już za ciasno, a przed pięciu laty jak na zamówienie osunął się duży blok skalny, robiąc miejsce na kolejne płyty.
Jerzy Woźnica, żył lat 33, zmarł 18.03.1980. Zginął w Karkonoszach, instruktor ratownictwa, himalaista
Wiktor Szczypka, przyjaciel: Koło Wodospadu Kamieńczyka jest niebezpieczne dojście, gdzie często spadały kamienie. Któregoś razu zabiły kobietę i jej pięcioletnią córeczkę, więc Jurek postanowił założyć tam siatkę, żeby tragedia się nie powtórzyła. Wodospad Kamieńczyka to najwyższy wodospad w polskich Karkonoszach, pionowe ściany granitu, kaskada wody spada z prawie 30 metrów. Jurek robił tylko rozpoznanie, bez sprzętu i zabezpieczenia. Czy pośliznęła mu się noga? Potknął się na jakimś uskoku? Spadł ze ściany, uderzył głową o kamień.
Do dziś sam siebie pytam, jak mogło się to przytrafić akurat jemu. Twardziel, wspaniale się wspinał i świetnie jeździł na nartach. Mieliśmy za sobą dziesiątki wspólnych akcji, nawet w Himalajach pod Annapurną, gdzie zginęło trzech naszych kolegów. Dwóch ciał nie odnaleźliśmy, jedno zostało w lodowej rozpadlinie.
Miał doświadczenia za kilku. Szkolił innych ratowników i tak dawał im w kość, że do dziś to pamiętają. Ale było wiadomo, że jak ktoś wyszedł spod jego ręki, to w górach da sobie radę. Znaliśmy się od podstawówki. Mieliśmy te same ambicje: wspinać się i pomagać innym. Nie stać nas było na noclegi w schroniskach, to obok budowaliśmy igloo i w nim nocowaliśmy. Ze schroniska braliśmy tylko wrzątek, bo to zawsze w górach jest za darmo. W warsztacie sami kombinowaliśmy sobie czekany, raki, haki, szykowaliśmy sizalowe liny - wszystko, co było potrzebne. O takim sprzęcie, jaki jest dzisiaj, nawet nam się nie śniło. Jurek rozłożył oryginalnego markera, pooglądał i sam zmajstrował wiązania narciarskie, w których jeździliśmy do zdarcia. Dziś wszystko jest w sklepie, ale to nie to samo, co własnymi rękami i własną głową wymyślić. To całkiem inna frajda.
Ale wygłupiać też się potrafił. Którejś nocy, w listopadzie, w Samotni była impreza ratowników. Byliśmy już trochę wypici i on rzuca: "Wiktor, dajemy nura". Rozebraliśmy się prawie do naga i biegiem w śniegu do Małego Stawu, który zresztą trzy dni potem zamarzł na prawie pół roku. Wskoczyłem i płynę na drugą stronę. On się opamiętał, zatrzymał na brzegu i wrzeszczy, żebym wracał. Koledzy wybiegli, skierowali światła samochodów na staw. Nic nie było widać, bo byłem już na przeciwnym brzegu i wracałem prawą stroną. A oni poszli mnie szukać lewą. Tafla gładka, położyli na mnie krzyżyk. Oberwało mi się potem w schronisku, obili mnie solidnie. Tak mnie Jurek wystawił.
Mieliśmy firmę, prace na wysokościach: razem czyściliśmy zapory, zakładaliśmy łańcuchy na Śnieżce, budowaliśmy szlak na Chojnik. Nic prócz gór się dla niego nie liczyło. Rodzina mu się rozpadła, bo dla rodziny trzeba mieć czas, a jego ciągle gnało na stoki. Z ratownictwa profitów nie ma, dobrze, że przynajmniej był w tych górach szczęśliwy. Bo jak już ktoś wejdzie w komitywę z górami, trudno mu się od nich uwolnić. Dziś siedzę na emeryturze i co robię? Maluję Karkonosze, moje obrazy wiszą w głównej stacji GOPR.
To ja ubierałem Jurka do trumny. Ma grób z granitowego głazu, który naczelnik mu skądś przywiózł. Leży na cmentarzu w Jeleniej Górze obok Staszka Kieżunia, który odbierał od nas przysięgę ratowniczą. Parę dni temu nakleiłem im obu porcelanowe odznaki ratowników. Porcelanka owalna jak zwinięte liny, z równoramiennym krzyżem - niebieskim, bo to kolor nadziei, i z gałązką kosodrzewiny, jaką kładzie się na ciałach ofiar zwożonych z gór. Na Wszystkich Świętych położymy im na grobach gałązki kosodrzewiny przewiązane linką wspinaczkową.
Waldemar Siemaszko z Samotni, 1931-1994, ratownik GOPR, przewodnik
Sylwia Siemaszko, żona: To był tłusty czwartek. Kończyły się ferie, schronisko było pełne dzieci. Nasz kierowca rano zjechał po pączki do Karpacza, wrócił do Samotni i drugim kursem miał jechać po zakupy do Jeleniej Góry. Mąż mówi do niego: „Bogdan, jest duży lód, uważaj”. Panicznie bał się lodu od dnia, gdy rok wcześniej przekoziołkował swoim mitsubishi. Odtąd kupował łańcuchy, sprawdzał nawierzchnię, jeździł ostrożnie. Zapakowali się do UAZ-a we czwórkę: kierowca, jego syn, nasza krewna, młoda dziewczyna, i mąż. Tego dnia koło kościółka Wang masa ludzi szła pod górę, dzieciaki zjeżdżały na plastikowych jabłkach. Bogdan chciał ich wyminąć, na oblodzonym zakręcie stracił panowanie nad kierownicą. Samochód spadł z kilkumetrowej skarpy, gdzie nie było żadnych zabezpieczeń; miasto postawiło barierki dopiero po wypadku. Kierowcy i pozostałym pasażerom nic się nie stało, mąż też nie miał żadnych wewnętrznych obrażeń. Złamał nos, zakrztusił się i udusił własną krwią.
Wokół bezczynnie stali gapie, kierowca siedział na chodniku w szoku i szlochał. Może gdyby ktoś wtedy szybko pomógł mężowi... Ktoś powiedział potem, że zabrakło tam Siemaszki. Bo on wiedziałby, co zrobić. Potrafił błyskawicznie reagować w krytycznych sytuacjach, nieraz wyciągał ludzi z opresji. Był jednym z pierwszych, którzy ruszyli na pomoc podczas największej katastrofy w polskich górach, po lawinie w Białym Jarze w 1968 roku. Od czasu tej tragedii zwariował na punkcie lawin. Ukończył Instytut Lawinowy w Davos, zimą codziennie jeździł skuterem albo chodził pieszo sprawdzać pokrywę śnieżną, ostrzegał przed zagrożeniami. Przewodnik i instruktor narciarski, zrezygnował z etatu w GOPR, po tym jak w 1966 roku objęliśmy Samotnię. Poznaliśmy się w górach kilka lat wcześniej, przyjechałam tu na narty z Poznania. I już zostałam. Wszystko pachniało tu przygodą, choć Samotnia była w opłakanym stanie: prycze zamiast łóżek, brak szaf, krzeseł. W czasach gdy o ekologii specjalnie się nie mówiło, mąż zbudował biologiczną oczyszczalnię ścieków, pierwszą w polskich schroniskach, i zamienił ogrzewanie koksowe na olejowe. Samotnia to wiekowy budynek, stale coś trzeba reperować, dach ciągle przecieka. Po latach byliśmy już udręczeni tymi warunkami, chcieliśmy nawet odejść.
Po śmierci męża objęłam Samotnię, która nosi dziś jego imię. Ludzie mówią, że mąż jest legendą tego miejsca. Może dlatego, że nikt wcześniej nie prowadził go tak długo - ponad ćwierć wieku. Przyciągał ludzi. Mówili, że nie przyjeżdżają do Samotni, tylko do Siemaszki. Wracali tu wielokrotnie - na obozy narciarskie, na pogawędki, na wędrówki. To były trudne czasy, więc wykorzystywał ich dla dobra schroniska: jeden załatwił zmywarkę do naczyń, inny przydział na terenówkę. Stworzył krąg przyjaciół z całego kraju. O różnych poglądach - od zajadłych czerwonych po opozycjonistów. Mówił, że politykę na progu mają zostawiać. Na Boże Narodzenie i 40 osób siadało u nas do wspólnego stołu. Kilkoro z nich swoim córkom dało na imię Magda - tak jak my naszej.
Ludzie zaczęli u nas brać śluby - zwłaszcza ci, którzy poznali się w schronisku czy na szlaku. Ściągali urzędnika USC albo zaprzyjaźnionego księdza i tu sobie ślubowali. Znajomy goprowiec powiedział kiedyś: "Wiesz, Waldek, jeśli w ogóle miałbym się ożenić, to tylko po to, żeby wziąć ślub w Samotni".
Mąż wymyślił wiosenne zawody narciarskie. Dziś to Memoriał im. Waldemara Siemaszki, w Żlebie Slalomowym ściga się już trzecie pokolenie. A kiedy nasza córka miała kilka lat, zamówił dla niej pierwsze narty, z jej imieniem na wierzchu. Wtedy jeździła trochę z musu, "bo tata kazał". Dziś jest instruktorem narciarskim, ale ratownikiem nie została. Może i dobrze? Mąż mawiał, że GOPR jest tylko dla mężczyzn. Nigdy nie planowała tutaj zostać, wytykała nam, że świata poza Samotnią nie widzimy. Po śmierci ojca zmieniła zdanie.
Tomek Szałowski, 27 lat, ratownik górski, zginął w lawinie nad Małym Stawem 26.01.2003 r.
"Przyrzekam, że jeśli zdrów będę, na każde wezwanie Naczelnika, bez względu na porę roku, dnia i stan pogody, udam się w góry, żeby nieść pomoc jej potrzebującym". Z tym przesłaniem poszedł z nami w góry.
Kazimiera Wegner, ciocia: W niedzielę po południu siostra robiła skarpety na drutach i jak zwykle słuchała radia. Po godz. 16 podali, że w Karkonoszach zeszła lawina i że zginął ratownik z Karpacza. Coś Ludwikę tknęło, kazała mi szybko telefonować do Tomka. Nie mogłyśmy się dodzwonić, w końcu udało nam się skontaktować z centralą GOPR, ale oni nic nie wiedzieli. Powiedziałam, że nie odłożę słuchawki, dopóki nie ustalą, co z Tomkiem.
To była śnieżna niedziela, koło Samotni trwały szkolenia instruktorskie dla polskich i niemieckich ratowników. Kilka dni wcześniej Tomek wpadł do nas na obiad, pochwalił się nowym laptopem, wyściskał nas, jeszcze w przedpokoju machnął ręką: "Pa, ciociu" - i tyle go widziałam.
Byłyśmy jego najbliższą rodziną: ojciec - wysportowany, znakomity bobsleista - odumarł go przed laty, matka zmarła kilka miesięcy wcześniej na raka. Był późnym i jedynym dzieckiem, więc matka drżała o niego, gdy znów szedł w góry. "Posiedziałbyś trochę w domu" - prosiła go, a on zawsze wycałował ją: "Mamuś, nic mi nie będzie". Inżynier, stale był w rozjazdach, coś tam budował za granicą. Wracał co kilka tygodni i wtedy dzwonił z drogi, prosząc, żeby mu napalić w piecu i pierogów ulepić. I zaraz po przyjeździe albo grał z kolegami w metalowej grupie Daemonicium, albo pędził na stoki. "Jakbym miał umrzeć, to tylko w górach" - mawiał. Nieraz brał udział w akcjach ratunkowych, ale - choć gadatliwy - nigdy nam o nich nie opowiadał. Powtarzał, że o tym się nie mówi.
Tamtej niedzieli nad Samotnią zeszła lawina: Niemców uratowano, Tomek jedyny zginął. Olaf Grębowicz, jego najserdeczniejszy przyjaciel, poszedł na ratunek; to on zwiózł ciało toboganem na dół. Zapytałam Olafa, co i jak. "Lepiej, żeby pani nie wiedziała" - odparł. Wiem, że był zupełnie zaduszony śniegiem, że żebra przebiły mu płuca. Więcej nie chcę wiedzieć. Jego ubrania oddałam do GOPR. Mnóstwo ludzi przyszło wtedy, pytało, w czym pomóc. Nie wiedziałam, że miał tylu przyjaciół. Poprosili, żeby włożyć mu miecz do trumny, bo on był też w bractwie rycerskim. Goprowcy wrzucili liny do grobu, trzymali straż honorową. Naczelnik odwiedza nas co roku, zabiera na cmentarz. Tomek ma swoją gablotę w jeleniogórskim Gimnazjum im. Ratowników Górskich, do którego chodził; koledzy od wspinaczki zrobili memoriał jego imienia. A w restauracji obok zamku Chojnik stoi jego zbroja. Kółeczko po kółeczku ją wydziergał, miał jeszcze tylko skończyć rękawice.
Nekropolię w kotle Łomniczki wymyślił Jerzy Pokój, wówczas ratownik, później naczelnik GOPR, dziś przewodniczący sejmiku województwa. Sam ufundował niektóre tablice, inne przygotowały rodziny ofiar. Od śmierci musi upłynąć przynajmniej rok, w tym czasie społeczna rada ustala, czy zmarły był osobą zasłużoną dla gór. Tablice są mocowane w sierpniu - na św. Wawrzyńca, patrona ratowników. Najpierw na Śnieżce odprawia się mszę za zmarłego, potem wszyscy schodzą do cmentarza przy czerwonym szlaku. Ratownicy spotykają się tam jeszcze raz w roku - tuż przed Zaduszkami.
- To magiczna przestrzeń - mówi Jerzy Pokój. - Obawialiśmy się, że robi się tam już za ciasno, a przed pięciu laty jak na zamówienie osunął się duży blok skalny, robiąc miejsce na kolejne płyty.
Jerzy Woźnica, żył lat 33, zmarł 18.03.1980. Zginął w Karkonoszach, instruktor ratownictwa, himalaista
Wiktor Szczypka, przyjaciel: Koło Wodospadu Kamieńczyka jest niebezpieczne dojście, gdzie często spadały kamienie. Któregoś razu zabiły kobietę i jej pięcioletnią córeczkę, więc Jurek postanowił założyć tam siatkę, żeby tragedia się nie powtórzyła. Wodospad Kamieńczyka to najwyższy wodospad w polskich Karkonoszach, pionowe ściany granitu, kaskada wody spada z prawie 30 metrów. Jurek robił tylko rozpoznanie, bez sprzętu i zabezpieczenia. Czy pośliznęła mu się noga? Potknął się na jakimś uskoku? Spadł ze ściany, uderzył głową o kamień.
Do dziś sam siebie pytam, jak mogło się to przytrafić akurat jemu. Twardziel, wspaniale się wspinał i świetnie jeździł na nartach. Mieliśmy za sobą dziesiątki wspólnych akcji, nawet w Himalajach pod Annapurną, gdzie zginęło trzech naszych kolegów. Dwóch ciał nie odnaleźliśmy, jedno zostało w lodowej rozpadlinie.
Miał doświadczenia za kilku. Szkolił innych ratowników i tak dawał im w kość, że do dziś to pamiętają. Ale było wiadomo, że jak ktoś wyszedł spod jego ręki, to w górach da sobie radę. Znaliśmy się od podstawówki. Mieliśmy te same ambicje: wspinać się i pomagać innym. Nie stać nas było na noclegi w schroniskach, to obok budowaliśmy igloo i w nim nocowaliśmy. Ze schroniska braliśmy tylko wrzątek, bo to zawsze w górach jest za darmo. W warsztacie sami kombinowaliśmy sobie czekany, raki, haki, szykowaliśmy sizalowe liny - wszystko, co było potrzebne. O takim sprzęcie, jaki jest dzisiaj, nawet nam się nie śniło. Jurek rozłożył oryginalnego markera, pooglądał i sam zmajstrował wiązania narciarskie, w których jeździliśmy do zdarcia. Dziś wszystko jest w sklepie, ale to nie to samo, co własnymi rękami i własną głową wymyślić. To całkiem inna frajda.
Ale wygłupiać też się potrafił. Którejś nocy, w listopadzie, w Samotni była impreza ratowników. Byliśmy już trochę wypici i on rzuca: "Wiktor, dajemy nura". Rozebraliśmy się prawie do naga i biegiem w śniegu do Małego Stawu, który zresztą trzy dni potem zamarzł na prawie pół roku. Wskoczyłem i płynę na drugą stronę. On się opamiętał, zatrzymał na brzegu i wrzeszczy, żebym wracał. Koledzy wybiegli, skierowali światła samochodów na staw. Nic nie było widać, bo byłem już na przeciwnym brzegu i wracałem prawą stroną. A oni poszli mnie szukać lewą. Tafla gładka, położyli na mnie krzyżyk. Oberwało mi się potem w schronisku, obili mnie solidnie. Tak mnie Jurek wystawił.
Mieliśmy firmę, prace na wysokościach: razem czyściliśmy zapory, zakładaliśmy łańcuchy na Śnieżce, budowaliśmy szlak na Chojnik. Nic prócz gór się dla niego nie liczyło. Rodzina mu się rozpadła, bo dla rodziny trzeba mieć czas, a jego ciągle gnało na stoki. Z ratownictwa profitów nie ma, dobrze, że przynajmniej był w tych górach szczęśliwy. Bo jak już ktoś wejdzie w komitywę z górami, trudno mu się od nich uwolnić. Dziś siedzę na emeryturze i co robię? Maluję Karkonosze, moje obrazy wiszą w głównej stacji GOPR.
To ja ubierałem Jurka do trumny. Ma grób z granitowego głazu, który naczelnik mu skądś przywiózł. Leży na cmentarzu w Jeleniej Górze obok Staszka Kieżunia, który odbierał od nas przysięgę ratowniczą. Parę dni temu nakleiłem im obu porcelanowe odznaki ratowników. Porcelanka owalna jak zwinięte liny, z równoramiennym krzyżem - niebieskim, bo to kolor nadziei, i z gałązką kosodrzewiny, jaką kładzie się na ciałach ofiar zwożonych z gór. Na Wszystkich Świętych położymy im na grobach gałązki kosodrzewiny przewiązane linką wspinaczkową.
Waldemar Siemaszko z Samotni, 1931-1994, ratownik GOPR, przewodnik
Sylwia Siemaszko, żona: To był tłusty czwartek. Kończyły się ferie, schronisko było pełne dzieci. Nasz kierowca rano zjechał po pączki do Karpacza, wrócił do Samotni i drugim kursem miał jechać po zakupy do Jeleniej Góry. Mąż mówi do niego: „Bogdan, jest duży lód, uważaj”. Panicznie bał się lodu od dnia, gdy rok wcześniej przekoziołkował swoim mitsubishi. Odtąd kupował łańcuchy, sprawdzał nawierzchnię, jeździł ostrożnie. Zapakowali się do UAZ-a we czwórkę: kierowca, jego syn, nasza krewna, młoda dziewczyna, i mąż. Tego dnia koło kościółka Wang masa ludzi szła pod górę, dzieciaki zjeżdżały na plastikowych jabłkach. Bogdan chciał ich wyminąć, na oblodzonym zakręcie stracił panowanie nad kierownicą. Samochód spadł z kilkumetrowej skarpy, gdzie nie było żadnych zabezpieczeń; miasto postawiło barierki dopiero po wypadku. Kierowcy i pozostałym pasażerom nic się nie stało, mąż też nie miał żadnych wewnętrznych obrażeń. Złamał nos, zakrztusił się i udusił własną krwią.
Wokół bezczynnie stali gapie, kierowca siedział na chodniku w szoku i szlochał. Może gdyby ktoś wtedy szybko pomógł mężowi... Ktoś powiedział potem, że zabrakło tam Siemaszki. Bo on wiedziałby, co zrobić. Potrafił błyskawicznie reagować w krytycznych sytuacjach, nieraz wyciągał ludzi z opresji. Był jednym z pierwszych, którzy ruszyli na pomoc podczas największej katastrofy w polskich górach, po lawinie w Białym Jarze w 1968 roku. Od czasu tej tragedii zwariował na punkcie lawin. Ukończył Instytut Lawinowy w Davos, zimą codziennie jeździł skuterem albo chodził pieszo sprawdzać pokrywę śnieżną, ostrzegał przed zagrożeniami. Przewodnik i instruktor narciarski, zrezygnował z etatu w GOPR, po tym jak w 1966 roku objęliśmy Samotnię. Poznaliśmy się w górach kilka lat wcześniej, przyjechałam tu na narty z Poznania. I już zostałam. Wszystko pachniało tu przygodą, choć Samotnia była w opłakanym stanie: prycze zamiast łóżek, brak szaf, krzeseł. W czasach gdy o ekologii specjalnie się nie mówiło, mąż zbudował biologiczną oczyszczalnię ścieków, pierwszą w polskich schroniskach, i zamienił ogrzewanie koksowe na olejowe. Samotnia to wiekowy budynek, stale coś trzeba reperować, dach ciągle przecieka. Po latach byliśmy już udręczeni tymi warunkami, chcieliśmy nawet odejść.
Po śmierci męża objęłam Samotnię, która nosi dziś jego imię. Ludzie mówią, że mąż jest legendą tego miejsca. Może dlatego, że nikt wcześniej nie prowadził go tak długo - ponad ćwierć wieku. Przyciągał ludzi. Mówili, że nie przyjeżdżają do Samotni, tylko do Siemaszki. Wracali tu wielokrotnie - na obozy narciarskie, na pogawędki, na wędrówki. To były trudne czasy, więc wykorzystywał ich dla dobra schroniska: jeden załatwił zmywarkę do naczyń, inny przydział na terenówkę. Stworzył krąg przyjaciół z całego kraju. O różnych poglądach - od zajadłych czerwonych po opozycjonistów. Mówił, że politykę na progu mają zostawiać. Na Boże Narodzenie i 40 osób siadało u nas do wspólnego stołu. Kilkoro z nich swoim córkom dało na imię Magda - tak jak my naszej.
Ludzie zaczęli u nas brać śluby - zwłaszcza ci, którzy poznali się w schronisku czy na szlaku. Ściągali urzędnika USC albo zaprzyjaźnionego księdza i tu sobie ślubowali. Znajomy goprowiec powiedział kiedyś: "Wiesz, Waldek, jeśli w ogóle miałbym się ożenić, to tylko po to, żeby wziąć ślub w Samotni".
Mąż wymyślił wiosenne zawody narciarskie. Dziś to Memoriał im. Waldemara Siemaszki, w Żlebie Slalomowym ściga się już trzecie pokolenie. A kiedy nasza córka miała kilka lat, zamówił dla niej pierwsze narty, z jej imieniem na wierzchu. Wtedy jeździła trochę z musu, "bo tata kazał". Dziś jest instruktorem narciarskim, ale ratownikiem nie została. Może i dobrze? Mąż mawiał, że GOPR jest tylko dla mężczyzn. Nigdy nie planowała tutaj zostać, wytykała nam, że świata poza Samotnią nie widzimy. Po śmierci ojca zmieniła zdanie.
Tomek Szałowski, 27 lat, ratownik górski, zginął w lawinie nad Małym Stawem 26.01.2003 r.
"Przyrzekam, że jeśli zdrów będę, na każde wezwanie Naczelnika, bez względu na porę roku, dnia i stan pogody, udam się w góry, żeby nieść pomoc jej potrzebującym". Z tym przesłaniem poszedł z nami w góry.
Kazimiera Wegner, ciocia: W niedzielę po południu siostra robiła skarpety na drutach i jak zwykle słuchała radia. Po godz. 16 podali, że w Karkonoszach zeszła lawina i że zginął ratownik z Karpacza. Coś Ludwikę tknęło, kazała mi szybko telefonować do Tomka. Nie mogłyśmy się dodzwonić, w końcu udało nam się skontaktować z centralą GOPR, ale oni nic nie wiedzieli. Powiedziałam, że nie odłożę słuchawki, dopóki nie ustalą, co z Tomkiem.
To była śnieżna niedziela, koło Samotni trwały szkolenia instruktorskie dla polskich i niemieckich ratowników. Kilka dni wcześniej Tomek wpadł do nas na obiad, pochwalił się nowym laptopem, wyściskał nas, jeszcze w przedpokoju machnął ręką: "Pa, ciociu" - i tyle go widziałam.
Byłyśmy jego najbliższą rodziną: ojciec - wysportowany, znakomity bobsleista - odumarł go przed laty, matka zmarła kilka miesięcy wcześniej na raka. Był późnym i jedynym dzieckiem, więc matka drżała o niego, gdy znów szedł w góry. "Posiedziałbyś trochę w domu" - prosiła go, a on zawsze wycałował ją: "Mamuś, nic mi nie będzie". Inżynier, stale był w rozjazdach, coś tam budował za granicą. Wracał co kilka tygodni i wtedy dzwonił z drogi, prosząc, żeby mu napalić w piecu i pierogów ulepić. I zaraz po przyjeździe albo grał z kolegami w metalowej grupie Daemonicium, albo pędził na stoki. "Jakbym miał umrzeć, to tylko w górach" - mawiał. Nieraz brał udział w akcjach ratunkowych, ale - choć gadatliwy - nigdy nam o nich nie opowiadał. Powtarzał, że o tym się nie mówi.
Tamtej niedzieli nad Samotnią zeszła lawina: Niemców uratowano, Tomek jedyny zginął. Olaf Grębowicz, jego najserdeczniejszy przyjaciel, poszedł na ratunek; to on zwiózł ciało toboganem na dół. Zapytałam Olafa, co i jak. "Lepiej, żeby pani nie wiedziała" - odparł. Wiem, że był zupełnie zaduszony śniegiem, że żebra przebiły mu płuca. Więcej nie chcę wiedzieć. Jego ubrania oddałam do GOPR. Mnóstwo ludzi przyszło wtedy, pytało, w czym pomóc. Nie wiedziałam, że miał tylu przyjaciół. Poprosili, żeby włożyć mu miecz do trumny, bo on był też w bractwie rycerskim. Goprowcy wrzucili liny do grobu, trzymali straż honorową. Naczelnik odwiedza nas co roku, zabiera na cmentarz. Tomek ma swoją gablotę w jeleniogórskim Gimnazjum im. Ratowników Górskich, do którego chodził; koledzy od wspinaczki zrobili memoriał jego imienia. A w restauracji obok zamku Chojnik stoi jego zbroja. Kółeczko po kółeczku ją wydziergał, miał jeszcze tylko skończyć rękawice.
Najnowsze wiadomości
-
Pogoda na Dolnym Śląsku: Tyle słońca w każdym mieście
-
Korki na ul. Braniborskiej po nocnej awarii wodociągu
-
Na drodze koło Ząbkowic Śląskich zginął mężczyzna
-
Narodowe murem za artystami, strajkuje w czwartek
-
Za dziesięć dni będzie gotowy deptak na Kuźniczej [FOTO]
-
Zarabiajmy we Wrocławiu na tym, czego inni nie mają
-
Pękła magistrala. Problemy z wodą w całym mieście
- 1 komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
-
Zginęli w górach, w górach o nich pamiętają
c.ozog
01.11.08, 22:36
Cześć pamięci Ludzi Gór.Nigdy nie zginą ci którzy są w naszej pamięci. Moze to triwium ale jakże prawdziwe.Pozdrawiam wszystkich maniaków gór oraz ludzi z nimi związanych.»
Najczęściej czytane24 htydzień



