Ludzie jednego miasta

Agata Saraczyńska
29.06.2007 , aktualizacja: 29.06.2007 13:38
A A A Drukuj
Małgorzata Dzieduszycka-Ziemilska: - Nie ma wśród moich rozmówców ani zagorzałych komunistów, ani Niemców o korzeniach nazistowskich
Małgorzata Dzieduszycka-Ziemilska, autorka wystawy
Fot. Krzysztof Gutkowski / AG
Małgorzata Dzieduszycka-Ziemilska, autorka wystawy "Ludzie jednego miasta. Die Breslauer - Wrocławianie".
W warszawskim Domu Spotkań z Historią zaprezentowany został projekt Małgorzaty Dzieduszyckiej-Ziemilskiej poświęcony losom Polaków i Niemców w XX-wiecznym Wrocławiu. To wstęp do dużej, multimedialnej wystawy, która ma być pokazywana po obu stronach granicy.



Agata Saraczyńska: Pracujesz nad projektem "Ludzie jednego miasta. Die Breslauer - Wrocławianie". Dla osób mieszkających we Wrocławiu to temat bliski, jednak Ty pokazujesz go w Warszawie.

Małgorzata Dzieduszycka-Ziemilska: - Teraz tu mieszkam i pracuję. Mozolnie od dwóch lat przygotowuję wystawę, na którą ciągle nie ma pieniędzy. Postanowiłam o nie zawalczyć, prezentując przynajmniej część ze zgromadzonego materiału. Tak dla zachęty do przyszłego finansowania. Prezentacja wystawy we Wrocławiu przewidziana jest na jesień, ale miała być gotowa znacznie wcześniej, jeszcze w czasie trwania Roku Polsko-Niemieckiego.

Dla wrocławian oczywistym jest, że miasto, w którym mieszkają, ma szczególną historię. Dlaczego teraz postanowiłaś o niej mówić?

Pomysł pojawił się już dawno, w latach 90., gdy byłam konsulem generalnym w Kanadzie. Potem już tylko ugruntowywałam się w przekonaniu, że konieczne jest znalezienie klucza na opowieść o polskich losach tak, aby zwrócić na nie uwagę obcych, także naszych sąsiadów - Niemców. Będąc za granicą, zorientowałam się ze zdziwieniem, że wojenne losy Polski są wypaczane lub pomijane w międzynarodowym dyskursie historycznym. Uznałam Wrocław za doskonały pretekst dla takich opowieści. Miasto ważne dla nas i dla Niemców, dla niemieckiego dziedzictwa i wielu rodzinnych tradycji. Gdy obcokrajowcom wspominałam całościową wymianę ludności we Wrocławiu, bardzo wiele osób w ogóle nie wiedziało, o czym mówię, ale ten fakt zawsze uznawano za intrygujący

Twój projekt pojawił się w podobnym czasie co pomysł Eryki Steinbach utworzenia Muzeum Wypędzonych.

Na pewno nagłośniona w Polsce debata na temat Centrum przeciw Wypędzeniom była dla mnie ważnym bodźcem. Byłam obecna przy narodzinach pomysłu tzw. Sieci Pamięci i Solidarności, którą lansowali ministrowie kultury Christine Weiss i Waldemar Dąbrowski jako kontrprojekt do Centrum. Zakładał, by w różnych miejscach stworzyć wspólne projekty badawcze dotyczące zbrodni wojennych oraz przymusowych migracji i w ten sposób ocalić tragiczny los Europy od zapomnienia.

Czy Twój projekt ma mieć charakter edukacyjny?

Do pewnego stopnia tak. Przede wszystkim zależy mi na przedstawieniu subiektywnych relacji osób, które przestały być wrocławianami lub nimi zostały z wyroku historii, w sposób popularny i dostępny. Nie jestem historykiem. Byłam dziennikarzem. Zależy mi, aby losy moich rozmówców zostały zaprezentowane w kontekście całego wieku - od roku 1900 po 2000. Chcę pokazać, co działo się z rodzinami, z naszymi - i ich, Niemców z miasta Breslau - dziadkami, pradziadami. Jakie znaczenie dla ich życiorysów miał kataklizm wojenny. Nie będzie to naukowy projekt, ale próba pokazania biografii ludzi na tle okropieństw historii. Scenografię do wystawy zaprojektował prof. Michał Jędrzejewski, artysta o dużym doświadczeniu scenograficznym - teatralnym, ale też autor wielu wystaw. Chcemy wprowadzić scenografię, w której znajdą się "sygnały dziejów" - archiwalne zdjęcia, portrety osób, strzępy wspomnień, listów, a także opisy wydarzeń. Ma opowiedzieć o dziejach rodzin. W centrum będą świadectwa - nagrania wideo bohaterów opowiadających o swoich doświadczeniach. A obok obiektywizujący, suchy komentarz naukowy. Liczę, że takie zderzenie zbuduje napięcie ekspozycji.

Zależało Ci na zgromadzeniu świadectw?

Autentyczność jest ogromnym atutem, a dziś coraz częściej dokumenty urastają do rangi dzieł sztuki. Pamiętajmy także, że mamy coraz mniejszą szansę, by porozmawiać z tymi, którzy doświadczyli wojennej traumy, a ona wcale nie skończyła się wraz z zawieszeniem broni.

W jaki sposób wybierałaś świadków, jak selekcjonujesz materiał?

Właściwie szukałam bez jakiegoś klucza. Docierałam do wielu osób przez przypadek. Breslauerów wskazywali mi moi niemieccy znajomi. W gazecie przeczytałam o wrocławskim pochodzeniu byłego wiceprzewodniczącego Bundestagu Wolfganga Thierse. Nakłoniłam go do zwierzeń. Najpierw rozmawiałam bez kamery, potem przyjechałam z operatorem. Starałam się docierać do różnych środowisk. Wiele osób, zwłaszcza Niemców, po raz pierwszy wracało do zdarzeń z okresu wojennego i czasu tułaczki. Mieli nieraz łzy w oczach i to było przejmujące. Doświadczenia dramatyczne trudno hierarchizować, nie można wymierzyć, kto bardziej wycierpiał choćby z powodu utraty domu. Ale można odtworzyć łańcuch wydarzeń, który pozwoli wzajemnie się zrozumieć. Oczywiście dzieje polskich rodzin niosą w sobie więcej tragedii. Z tylu stron spadały na nie nieoczekiwane nieszczęścia. Najtrudniejszy jest chyba dla nas do dziś nieprzetrawiony konflikt polsko-ukraiński.

Zadawałaś wszystkim te same pytania?

Podobne. Zawsze też prosiłam rozmówców, żeby opowiadali to, co chcieliby, aby druga strona o nich wiedziała. Niejednokrotnie byłam pełna podziwu dla ich odwagi. Co ważne, w każdej relacji moi bohaterowie szukają odejścia od wzajemnego stereotypowego wizerunku.

Ile osób wysłuchałaś?

Mam trzydzieści relacji, ale kilka z nich zgromadziły moje współpracownice z Karty. W sumie około 60 godzin nagrań. W Domu Spotkań z Historią przy ul. Karowej można zobaczyć zarys projektu, na razie cztery życiorysy. Jest wśród nich przejmująca relacja mojej nauczycielki historii Zofii Kaczmarskiej, urodzonej we Włodzimierzu Wołyńskim. Była świadkiem straszliwych polskich dramatów. Ale jest tam też wzruszający fragment z okresu, gdy pracowała w niemieckim lazarecie. Widziała, jak żołnierze Wermachtu wynosili jedzenie dla sierot przywiezionych tam po upadku Powstania Warszawskiego. A chyba w sumie najsmutniejsze były dla mnie relacje dwóch pań z NRD-owskiego Halle. To ich uczucie strasznej beznadziei, przez całe lata braku możliwości kontaktu z bliskimi zza zachodniej granicy - te opowieści brzmią jak grecki dramat.

Czy szukałaś postaw skrajnych?

Nie ma wśród moich polskich rozmówców ani zagorzałych komunistów, ani Niemców o korzeniach nazistowskich. Odkryłam ze zdumieniem, że pamięć po stronie niemieckiej właściwie dotyczy głównie doświadczeń kobiet - matek, babć, ciotek. Bo moimi rozmówcami w większości są wojenne nastolatki lub dzieci. Widywali ojców tylko w czasie urlopów, znali ich przede wszystkim z listów. Nie wiedzą, nigdy nie pytali, co ich bliscy robili na froncie. Potem były ucieczka, wypędzenia i, na ogół, okropne przyjęcie przez ziomków. Bezdomni wypędzeni byli widomym znakiem klęski, o której wszyscy chcieli zapomnieć. Trzeba było im, tym ze wschodu, zrobić miejsce, posunąć się, a czasy po przegranej wojnie były ciężkie.

Niemcy o tym nie wspominają. Używają raczej retoryki wypędzeń, złych Sowietów i zachłannych Polaków.

Takie głosy nie są w Niemczech powszechne! Problem upamiętnienia losu Wypędzonych był przez lata problemem wewnątrzniemieckim. W NRD w ogóle nie mieli głosu, w Niemczech Zachodnich byli przeszkodą dla stabilizacji w podzielonej Europie, co zresztą nagłaśniane było częściej u nas niż w Niemczech. Nie użalam się nad nimi. Jednak byłoby dobrze, gdybyśmy uświadomili sobie ich poczucie krzywdy. Uważali, że zapłacili większą niż inni Niemcy cenę za przegraną wojnę. Że tylko oni są przegrani. W NRD nie mogli mówić, że urodzili się w Breslau. Mieli z tym problemy jeszcze większe niż lwowiacy, którzy urodzili się we Lwowie. Przymus milczenia jest cierpieniem, znamy to z czasów PRL-u, pięknie mówi o tym w wywiadzie Wolfgang Thierse. Ogromna większość uciekinierów i wysiedlonych czy też wypędzonych nie była rewizjonistami. Chcieli jednak mówić o swojej stracie, bo każdy ma prawo do mówienia o swych doświadczeniach. Podczas słuchania tych relacji zrozumiałam, że daję im szansę upominania się o własną prawdę.

Tym samym tematem zajął się Jan Klata w teatralnym "Transferze"!

Jego spektakl był dla mnie niezwykłym przeżyciem, bo na scenie występowali żywi ludzie. Konkluzją "Transferu" jest teza, że za nieszczęścia przesiedlonych Niemców i Polaków odpowiada tzw. Wielka Trójka - Roosevelt, Stalin i Churchill. Moim zdaniem jest to jednak uproszczenie. By zrozumieć, to co nas podzieliło, trzeba chyba szerszego kontekstu. Być może dlatego najbardziej zdumiało mnie, że Niemcy nie pytali ojców o przeszłość, o ich osobistą traumę. Że w podświadomy sposób wypierali klęskę ze świadomości.

Ty też do niedawna nie miałaś pojęcia o przeszłości agenturalnej ojca.

Jak się o niej dowiedziałam, to zaczęłam pytać. Ta sprawa jest dla mnie ciągle otwarta, jeszcze nie chcę jej komentować. Jestem przekonana, że mój ojciec nie zasłużył na sposób, w jaki go potraktowano w niektórych mediach. Miał być jednym z bohaterów mojego projektu, wydawało mi się to naturalne. Takie dramatyczne losy: śmierć najbliższych z rąk sowieckich i w obozie niemieckim, obóz koncentracyjny, potem jeszcze wieloletnie szykany i więzienie w latach 50. Przecież ja wiele pamiętam. Teraz naszą rodzinę wycofałam z projektu. Właściwie gdybym nie była tak zaangażowana, najchętniej odłożyłabym ten projekt na odległą przyszłość. Ale chyba opowieść o Breslauerach - Wrocławianach potrzebna jest teraz.

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 7 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

  • Ludzie jednego miasta miliarder 29.06.07, 19:09

    krewna TW Dzieduszyckiego?moze skorzystała z jego wypracowań?»