Niechciana sława Czerwonego Barona
27.10.2006
, aktualizacja: 27.10.2006 00:00
Nosił niemiecki mundur, tytuł barona i w czerwonym samolocie strzelał do angielskich lotników. Świdnica chciałaby się promować dzięki jego legendzie. Ale się boi
ZOBACZ TAKŻE
- Grzech nie skorzystać z Czerwonego Barona (07-11-07, 16:00)
Willa przy ul. Sikorskiego: łuszcząca się farba, stare okna, kołatki w kształcie lwich głów. Żadnej tabliczki, najmniejszego śladu, że mieszkał tu Manfred von Richthofen, as niemieckiego lotnictwa, najsłynniejszy pilot I wojny światowej, zwany "Czerwonym Baronem".
Ale fani z całego świata i tak wiedzą. Jerzy Pawelski, emeryt, cierpliwie oprowadza ich po okazałym domu, który władza ludowa podzieliła na klitki wyłożone linoleum. A oni pytają: "Czy ta lampa to po baronie?", "Gdzie są jego medale?", "Czy z tego balkonu żegnała go matka?".
Suzanne Hayes, która pisała książkę o Richthofenie, uparła się, że między pietruszką są pamiątki po lotniku. Pan Jerzy przekopał ogródek. Daremnie. Poprosiła więc o pamiątkę z domu. Ze stuletnich drzwi wydłubał kolorowe szkiełko.
Amerykanka przesłała mu książkę, z podziękowaniami. Napisała, że przeleciała zabytkowym samolotem nad miejscem, w którym zginął "Czerwony Baron", i zrzuciła tam kwiaty.
***
Bywa tak, że nadchodzi ten jedyny moment w życiu, gdy każdy nerw jest w szczególny sposób poruszony, i właśnie pierwszy samodzielny lot był czymś takim. Pewnego pięknego popołudnia mój nauczyciel, Zeumer, powiedział: „Teraz startuj i leć sam". Muszę przyznać, że chciałem powiedzieć: „Boję się", ale to są słowa, których w ogóle nie powinien używać obrońca ojczyzny.
***
Pan Jerzy jeszcze jest podekscytowany niedzielną wizytą Australijczyka: - Ledwie przyjechał, a już powiedział, że chce kupić mieszkanie.
Oprowadzał też potomków Richthofena. Pokazał im dom, stajnie zamienione na garaże, a nawet resztki po fontannie w ogrodzie.
Niemieckie wycieczki fotografują się na tle obłażącej farby oraz okien i rolet, które zapewne pamiętają czasy pierwszej wojny. Tej farby mieszkańcom zrobiło się wstyd. - Tutaj mieszkają sami emeryci, ale zrzuciliśmy się po stówie i trochę odmalowaliśmy - z dumą pokazuje musztardową lamperię biegnącą przez korytarz. - Miasto pomóc nie chce, "szwabski dom", mówiono kiedyś. A przecież ten Richthofen to bohater był. I wcale dla Polaków nieszkodliwy.
Przyjechał też gimnazjalista, który pisał wypracowanie o Richthofenie. Zrobił sondę na ulicy - nikt ze świdniczan nie wiedział, o kogo chodzi.
***
Mój brat był tuż za mną, na czele pozostałych. Nagle dostrzegłem dwie, kierujące ogniem artylerii, maszyny wroga, które zbliżały się do nas w bezczelny i prowokacyjny sposób. Krótki gest brata i już wiedzieliśmy, o co chodzi. Lecieliśmy jeden obok drugiego, zwiększając prędkość. Każdy z nas czuł pewność przewagi nad wrogiem. To cudowna rzecz wiedzieć, że można na kimś polegać, ta pewność to podstawa.
***
Norman Davies w „Mikrokosmosie”: „ »Czerwony Baron « pozostaje jedną z legend awiacji. (...) Z osiemdziesięcioma zwycięstwami na koncie, okazał się najbardziej skutecznym i bodaj najsłynniejszym asem lotnictwa w pierwszej wojnie światowej”.
Nic nie zapowiadało takiej kariery. Urodził się we Wrocławiu w znanej, ziemiańskiej rodzinie. Gdy miał kilka lat, rodzice przenieśli się do Świdnicy. Wstąpił do szkoły kadetów, a potem do Królewskiej Akademii Wojskowej. Nauka szła mu niespecjalnie, za to w gimnastyce, strzelectwie i jeździe konnej był doskonały. Podczas I wojny światowej początkowo służył w pułku ułanów, ale miłość do koni szybko zamienił na podniebną pasję i "kawalerię powietrzną".
Pierwszy samodzielny lot zakończył awaryjnym lądowaniem i rozbitym podwoziem. Kilka miesięcy później zdobył tytuł asa, po roku cesarz uhonorował go najwyższym pruskim odznaczeniem "Pour le Merite". Rekord: 21 strąconych samolotów w miesiąc.
"Oddałem honory zabitemu, kładąc kamień na jego grobie" - wspominał pierwszego zestrzelonego Anglika.
Jego eskadra myśliwców z przeciętnej jednostki stała się słynnym latającym cyrkiem Richthofena. Piloci o akrobatycznych umiejętnościach, wśród których prym wiódł Manfred i jego młodszy brat Lothar, strącili 350 wrogich samolotów. Absolutny rekord wśród latających jednostek.
Ale fani z całego świata i tak wiedzą. Jerzy Pawelski, emeryt, cierpliwie oprowadza ich po okazałym domu, który władza ludowa podzieliła na klitki wyłożone linoleum. A oni pytają: "Czy ta lampa to po baronie?", "Gdzie są jego medale?", "Czy z tego balkonu żegnała go matka?".
Suzanne Hayes, która pisała książkę o Richthofenie, uparła się, że między pietruszką są pamiątki po lotniku. Pan Jerzy przekopał ogródek. Daremnie. Poprosiła więc o pamiątkę z domu. Ze stuletnich drzwi wydłubał kolorowe szkiełko.
Amerykanka przesłała mu książkę, z podziękowaniami. Napisała, że przeleciała zabytkowym samolotem nad miejscem, w którym zginął "Czerwony Baron", i zrzuciła tam kwiaty.
***
Bywa tak, że nadchodzi ten jedyny moment w życiu, gdy każdy nerw jest w szczególny sposób poruszony, i właśnie pierwszy samodzielny lot był czymś takim. Pewnego pięknego popołudnia mój nauczyciel, Zeumer, powiedział: „Teraz startuj i leć sam". Muszę przyznać, że chciałem powiedzieć: „Boję się", ale to są słowa, których w ogóle nie powinien używać obrońca ojczyzny.
***
Pan Jerzy jeszcze jest podekscytowany niedzielną wizytą Australijczyka: - Ledwie przyjechał, a już powiedział, że chce kupić mieszkanie.
Oprowadzał też potomków Richthofena. Pokazał im dom, stajnie zamienione na garaże, a nawet resztki po fontannie w ogrodzie.
Niemieckie wycieczki fotografują się na tle obłażącej farby oraz okien i rolet, które zapewne pamiętają czasy pierwszej wojny. Tej farby mieszkańcom zrobiło się wstyd. - Tutaj mieszkają sami emeryci, ale zrzuciliśmy się po stówie i trochę odmalowaliśmy - z dumą pokazuje musztardową lamperię biegnącą przez korytarz. - Miasto pomóc nie chce, "szwabski dom", mówiono kiedyś. A przecież ten Richthofen to bohater był. I wcale dla Polaków nieszkodliwy.
Przyjechał też gimnazjalista, który pisał wypracowanie o Richthofenie. Zrobił sondę na ulicy - nikt ze świdniczan nie wiedział, o kogo chodzi.
***
Mój brat był tuż za mną, na czele pozostałych. Nagle dostrzegłem dwie, kierujące ogniem artylerii, maszyny wroga, które zbliżały się do nas w bezczelny i prowokacyjny sposób. Krótki gest brata i już wiedzieliśmy, o co chodzi. Lecieliśmy jeden obok drugiego, zwiększając prędkość. Każdy z nas czuł pewność przewagi nad wrogiem. To cudowna rzecz wiedzieć, że można na kimś polegać, ta pewność to podstawa.
***
Norman Davies w „Mikrokosmosie”: „ »Czerwony Baron « pozostaje jedną z legend awiacji. (...) Z osiemdziesięcioma zwycięstwami na koncie, okazał się najbardziej skutecznym i bodaj najsłynniejszym asem lotnictwa w pierwszej wojnie światowej”.
Nic nie zapowiadało takiej kariery. Urodził się we Wrocławiu w znanej, ziemiańskiej rodzinie. Gdy miał kilka lat, rodzice przenieśli się do Świdnicy. Wstąpił do szkoły kadetów, a potem do Królewskiej Akademii Wojskowej. Nauka szła mu niespecjalnie, za to w gimnastyce, strzelectwie i jeździe konnej był doskonały. Podczas I wojny światowej początkowo służył w pułku ułanów, ale miłość do koni szybko zamienił na podniebną pasję i "kawalerię powietrzną".
Pierwszy samodzielny lot zakończył awaryjnym lądowaniem i rozbitym podwoziem. Kilka miesięcy później zdobył tytuł asa, po roku cesarz uhonorował go najwyższym pruskim odznaczeniem "Pour le Merite". Rekord: 21 strąconych samolotów w miesiąc.
"Oddałem honory zabitemu, kładąc kamień na jego grobie" - wspominał pierwszego zestrzelonego Anglika.
Jego eskadra myśliwców z przeciętnej jednostki stała się słynnym latającym cyrkiem Richthofena. Piloci o akrobatycznych umiejętnościach, wśród których prym wiódł Manfred i jego młodszy brat Lothar, strącili 350 wrogich samolotów. Absolutny rekord wśród latających jednostek.
***
Brat jako pierwszy zbliżył się do przeciwnika. Zaatakował, a ja w tym czasie ruszyłem na drugiego. (...) Byliśmy sami i mogliśmy stanąć twarzą w twarz. Krótka salwa i maszyna wroga rozpadła się na kawałki. Nigdy jeszcze nie odniosłem tak szybko zwycięstwa.
***
Stał się znany nie tylko dzięki męstwu, ale i swojej maszynie. Trójpłatowy fokker dla fantazji kazał przemalować na jaskrawoczerwony kolor. Francuzi nazwali go Czerwonym Diabłem, Brytyjczycy - Czerwonym Baronem. Gdy za jego głowę wyznaczyli nagrodę - kilka tysięcy funtów - cała eskadra przemalowała maszyny na czerwono.
Niewiele wiadomo o jego życiu prywatnym. W pamiętnikach wspomina Świdnicę, rodzinę i ukochanego psa Moritza, którego zabierał ze sobą ("był bardzo zainteresowany, spoglądając na świat z góry").
O kobietach ani zdania. Liczyło się tylko latanie. Wrócił za stery nawet po poważnym postrzale w głowę.
Byłbym nieszczęśliwy, gdybym teraz, okryty chwałą i medalami, czerpał korzyści ze swej sławy, żyjąc na tyłach. I to w czasie, gdy każdy biedny chłopak w okopach, który spełnia swój obowiązek tak jak ja, jakoś wytrzymuje. 21 kwietnia 1918 roku rano Richthofen poprowadził „latający cyrk” do kolejnej walki. W południe do bazy nie wrócił tylko jeden samolot - dowódcy. Zginął nad doliną Sommy, mając zaledwie 26 lat. Brytyjczycy pochowali go z wojskowymi honorami, kłócąc się, komu z nich udało się zestrzelić legendę. Do dziś tego nie wyjaśniono, co tylko podsyca legendę. Kolejne hipotezy na temat jego śmierci pojawiły się ostatnio na kanale Discovery.
***
Podczas całego swojego życia nie miałem lepszego terenu do polowań, jak podczas bitwy nad Sommą. (...) Za każdym razem, kiedy startowaliśmy, trafialiśmy na jakąś walkę. Często staczaliśmy w powietrzu prawdziwe boje. Czasem zdarzało się nawet od czterdziestu do sześćdziesięciu angielskich maszyn, ale na ogół składało się tak niefortunnie, że Niemcy byli w mniejszości i wtedy bardziej liczyły się umiejętności niż ilość.
***
W Świdnicy, gdzie dziś stoi Tesco, było niewielkie lądowisko, na które przylatywał, odwiedzając rodzinę.
W 1917 roku miasto witało go kwiatami. Jego nazwisko nosił klub sportowy i ulica z rodzinnym domem. Po jego śmierci matka urządziła w rodzinnej willi muzeum syna. Na piętrze obok odtworzonego pokoju nastolatka znalazły się wojenne trofea, tabliczki z zestrzelonych maszyn, stolik i lampa z części samolotów, telegramy z frontu, gazety donoszące o sukcesach.
Eksponaty zaginęły w 1945, gdy wkroczyła Armia Czerwona. Polska Ludowa muzealne sale zamieniła na mieszkania.
- Richthofen budzi kontrowersje, bo narodowi socjaliści podsycali jego mit - opowiada Sobiesław Nowotny, historyk. - Dla hitlerowskiej propagandy dwudziestoparolatek, który zdobył najwyższe honory i międzynarodową sławę, był wzorem sukcesu. Uroczystości odprawiane w rocznicę śmierci były transmitowane w radiu.
Zresztą mit powstał jeszcze za życia "Czerwonego Barona": młody arystokrata, nadzwyczaj biegły w lotniczej sztuce, z brawurą i fantazją. Nowotny: - Lotnictwo w pierwszej wojnie miało coś z rycerskich pojedynków w powietrzu. Nie była to masowa anonimowa rzeź, jak w okopach. Tu liczyły się indywidualne umiejętności.
- Przed wojną w Świdnicy nie było chłopaka, który by nie chodził do muzeum Richthofena - opowiada Horst Adler, który wyjechał ze Świdnicy w 1945 roku jako nastolatek. - Sam nieraz oglądałem te eksponaty z nabożnym szacunkiem.
Także samolot "Czerwonego Barona" jest ikoną, dziś obecną w grach komputerowych, a nawet na klockach lego. W Świdnicy w sklepie komputerowym przy ul. Zamkowej można zamówić grę "Red Baron - jeden z najsłynniejszych symulatorów lotniczych w historii komputerowej rozrywki".
***
Nie szukałem okazji do bicia rekordów. W korpusie lotniczym wcale nie myślimy o wyczynach, a jedynie o obowiązku.
***
Brat jako pierwszy zbliżył się do przeciwnika. Zaatakował, a ja w tym czasie ruszyłem na drugiego. (...) Byliśmy sami i mogliśmy stanąć twarzą w twarz. Krótka salwa i maszyna wroga rozpadła się na kawałki. Nigdy jeszcze nie odniosłem tak szybko zwycięstwa.
***
Stał się znany nie tylko dzięki męstwu, ale i swojej maszynie. Trójpłatowy fokker dla fantazji kazał przemalować na jaskrawoczerwony kolor. Francuzi nazwali go Czerwonym Diabłem, Brytyjczycy - Czerwonym Baronem. Gdy za jego głowę wyznaczyli nagrodę - kilka tysięcy funtów - cała eskadra przemalowała maszyny na czerwono.
Niewiele wiadomo o jego życiu prywatnym. W pamiętnikach wspomina Świdnicę, rodzinę i ukochanego psa Moritza, którego zabierał ze sobą ("był bardzo zainteresowany, spoglądając na świat z góry").
O kobietach ani zdania. Liczyło się tylko latanie. Wrócił za stery nawet po poważnym postrzale w głowę.
Byłbym nieszczęśliwy, gdybym teraz, okryty chwałą i medalami, czerpał korzyści ze swej sławy, żyjąc na tyłach. I to w czasie, gdy każdy biedny chłopak w okopach, który spełnia swój obowiązek tak jak ja, jakoś wytrzymuje. 21 kwietnia 1918 roku rano Richthofen poprowadził „latający cyrk” do kolejnej walki. W południe do bazy nie wrócił tylko jeden samolot - dowódcy. Zginął nad doliną Sommy, mając zaledwie 26 lat. Brytyjczycy pochowali go z wojskowymi honorami, kłócąc się, komu z nich udało się zestrzelić legendę. Do dziś tego nie wyjaśniono, co tylko podsyca legendę. Kolejne hipotezy na temat jego śmierci pojawiły się ostatnio na kanale Discovery.
***
Podczas całego swojego życia nie miałem lepszego terenu do polowań, jak podczas bitwy nad Sommą. (...) Za każdym razem, kiedy startowaliśmy, trafialiśmy na jakąś walkę. Często staczaliśmy w powietrzu prawdziwe boje. Czasem zdarzało się nawet od czterdziestu do sześćdziesięciu angielskich maszyn, ale na ogół składało się tak niefortunnie, że Niemcy byli w mniejszości i wtedy bardziej liczyły się umiejętności niż ilość.
***
W Świdnicy, gdzie dziś stoi Tesco, było niewielkie lądowisko, na które przylatywał, odwiedzając rodzinę.
W 1917 roku miasto witało go kwiatami. Jego nazwisko nosił klub sportowy i ulica z rodzinnym domem. Po jego śmierci matka urządziła w rodzinnej willi muzeum syna. Na piętrze obok odtworzonego pokoju nastolatka znalazły się wojenne trofea, tabliczki z zestrzelonych maszyn, stolik i lampa z części samolotów, telegramy z frontu, gazety donoszące o sukcesach.
Eksponaty zaginęły w 1945, gdy wkroczyła Armia Czerwona. Polska Ludowa muzealne sale zamieniła na mieszkania.
- Richthofen budzi kontrowersje, bo narodowi socjaliści podsycali jego mit - opowiada Sobiesław Nowotny, historyk. - Dla hitlerowskiej propagandy dwudziestoparolatek, który zdobył najwyższe honory i międzynarodową sławę, był wzorem sukcesu. Uroczystości odprawiane w rocznicę śmierci były transmitowane w radiu.
Zresztą mit powstał jeszcze za życia "Czerwonego Barona": młody arystokrata, nadzwyczaj biegły w lotniczej sztuce, z brawurą i fantazją. Nowotny: - Lotnictwo w pierwszej wojnie miało coś z rycerskich pojedynków w powietrzu. Nie była to masowa anonimowa rzeź, jak w okopach. Tu liczyły się indywidualne umiejętności.
- Przed wojną w Świdnicy nie było chłopaka, który by nie chodził do muzeum Richthofena - opowiada Horst Adler, który wyjechał ze Świdnicy w 1945 roku jako nastolatek. - Sam nieraz oglądałem te eksponaty z nabożnym szacunkiem.
Także samolot "Czerwonego Barona" jest ikoną, dziś obecną w grach komputerowych, a nawet na klockach lego. W Świdnicy w sklepie komputerowym przy ul. Zamkowej można zamówić grę "Red Baron - jeden z najsłynniejszych symulatorów lotniczych w historii komputerowej rozrywki".
***
Nie szukałem okazji do bicia rekordów. W korpusie lotniczym wcale nie myślimy o wyczynach, a jedynie o obowiązku.
***
Świdnica ma piękny rynek, katedrę z najwyższą na Śląsku wieżą i szczególnie promowany Kościół Pokoju, wpisany na listę UNESCO. A także pomysł na promocję dzięki znanym mieszkańcom - każdy rok pod szyldem jednej osoby.
Na liście są książę Bolko I Surowy, pastor Benjamin Schmolck, architekt Karl Langhans, piosenkarka Martyna Jakubowicz, siatkarka Dorota Świeniewicz oraz dziennikarz Wojciech Mann. Nikt nie jest bardziej znany na świecie od von Richthofena. Dlatego miał promować rok 2007.
Zaplanowano zawody modeli lotniczych o puchar "Czerwonego Barona", puzzle z trójpłatowcem, czerwone pilotki, podkładki pod mysz komputerową, logo do telefonów komórkowych oraz postaci lotnika "wykonane z drewna przez świdnickich rzeźbiarzy, wersja duża i mała".
Ale urzędnicy wycofali się z pomysłu. Edyta Czerniec z biura promocji miasta: - To kontrowersyjna postać. Służył w niemieckim wojsku, więc był po drugiej stronie. A my wolimy wystartować łagodnie.
Natomiast prezydent Wojciech Murdzek nie chce promować Świdnicy, pokazując człowieka, który brał udział w wojennej machinie. Najbliższy rok upłynie więc pod szyldem XVII-wiecznej astronom Marii Kunitz.
Waldemar Skórski, dyrektor departamentu rozwoju gospodarczego urzędu miasta, wyciąga z teczki rysunki. Na jednym kobieta z lunetą po rozgwieżdżonym niebem, na drugim czerwony trójpłatowiec pikujący między świdnickie kamieniczki: - Sam nie wiem, co z nim zrobić. Postać nadzwyczaj medialna, ale z drugiej strony to niemiecki pilot, świdniczanie mylnie kojarzą go z nazistami.
***
W walce powietrznej decydujące nie są oszukańcze zwody, ale wyłącznie osobiste zdolności i energia lotnika. Pilot może umieć wykonywać pętle i inne ryzykowne numery, ale nie odnosić żadnych sukcesów w postaci choćby jednego zestrzelonego wroga. Moim zdaniem najważniejszy jest agresywny duch.
***
W lokalnej prasie jeden z mieszkańców napisał: "To sadysta, który znajdował przyjemność w mordowaniu".
Stanisław Kotełko, nauczyciel historii i prezes Towarzystwa Regionalnego Ziemi Świdnickiej, jest przekonany, że Richthofen, gdyby nie zginął, zasiliłby armię Hitlera: - To osoba o morderczych instynktach. Co nam do narodowego bohatera Niemców?
Wiesław Rośkowicz, dyrektor świdnickiego muzeum, przyznaje, że dotąd nie zrobił wystawy o najsłynniejszym świdniczaninie, "bo to nie nasza tradycja". - Pewnie w końcu coś trzeba z Richthofenem zrobić. Ale jak, żeby nie obrazić polskiej racji stanu?
Piotr Zagała, historyk: - Nic mu nie można zarzucić, zwyczajnie niemiecki patriota. Ale w Świdnicy zawsze mówiło się o nim półgębkiem: "po co ruszać temat, skoro to Niemiec".
Dariusz Sienko, świdniczanin, zdejmuje z półki pamiętniki Richthofena, wydane w Berlinie w 1933 roku. Wyszukał na giełdzie, podobnie jak pocztówki z jego wizerunkiem. Kilka lat temu założył Towarzystwo Richthofena. Nie przetrwało: - Cały świat o nim mówi, tylko my nie.
- Jedni go tu kochają, inni nienawidzą - przyznaje rzecznik miasta Stefan Augustyn.
Kochają i nienawidzą ci, którzy coś o nim wiedzą. Bo lotnik jest dobrze znany w USA, Japonii, Kanadzie czy Australii, średnio w Polsce, a najmniej w Świdnicy.
***
U Francuzów duch walki jest jak lemoniada w butelkach. Wciąż jej brakuje. Z kolei u Anglików można dostrzec trochę germańskiej krwi. Sportowcy spokojnie traktują latanie, a Anglicy postrzegają je jako sport. Czerpią wiele radości z kręcenia figur podczas lotów na własnych tyłach, folgują sobie w różnych ryzykownych wyczynach, z czego korzystają nasi żołnierze w okopach.
***
Na www.dziennnik.swidnica.pl jeden z internautów założył wątek: „Co sądzicie na temat świdniczanina najbardziej znanego na świecie, a najmniej w Świdnicy?”.
Na liście są książę Bolko I Surowy, pastor Benjamin Schmolck, architekt Karl Langhans, piosenkarka Martyna Jakubowicz, siatkarka Dorota Świeniewicz oraz dziennikarz Wojciech Mann. Nikt nie jest bardziej znany na świecie od von Richthofena. Dlatego miał promować rok 2007.
Zaplanowano zawody modeli lotniczych o puchar "Czerwonego Barona", puzzle z trójpłatowcem, czerwone pilotki, podkładki pod mysz komputerową, logo do telefonów komórkowych oraz postaci lotnika "wykonane z drewna przez świdnickich rzeźbiarzy, wersja duża i mała".
Ale urzędnicy wycofali się z pomysłu. Edyta Czerniec z biura promocji miasta: - To kontrowersyjna postać. Służył w niemieckim wojsku, więc był po drugiej stronie. A my wolimy wystartować łagodnie.
Natomiast prezydent Wojciech Murdzek nie chce promować Świdnicy, pokazując człowieka, który brał udział w wojennej machinie. Najbliższy rok upłynie więc pod szyldem XVII-wiecznej astronom Marii Kunitz.
Waldemar Skórski, dyrektor departamentu rozwoju gospodarczego urzędu miasta, wyciąga z teczki rysunki. Na jednym kobieta z lunetą po rozgwieżdżonym niebem, na drugim czerwony trójpłatowiec pikujący między świdnickie kamieniczki: - Sam nie wiem, co z nim zrobić. Postać nadzwyczaj medialna, ale z drugiej strony to niemiecki pilot, świdniczanie mylnie kojarzą go z nazistami.
***
W walce powietrznej decydujące nie są oszukańcze zwody, ale wyłącznie osobiste zdolności i energia lotnika. Pilot może umieć wykonywać pętle i inne ryzykowne numery, ale nie odnosić żadnych sukcesów w postaci choćby jednego zestrzelonego wroga. Moim zdaniem najważniejszy jest agresywny duch.
***
W lokalnej prasie jeden z mieszkańców napisał: "To sadysta, który znajdował przyjemność w mordowaniu".
Stanisław Kotełko, nauczyciel historii i prezes Towarzystwa Regionalnego Ziemi Świdnickiej, jest przekonany, że Richthofen, gdyby nie zginął, zasiliłby armię Hitlera: - To osoba o morderczych instynktach. Co nam do narodowego bohatera Niemców?
Wiesław Rośkowicz, dyrektor świdnickiego muzeum, przyznaje, że dotąd nie zrobił wystawy o najsłynniejszym świdniczaninie, "bo to nie nasza tradycja". - Pewnie w końcu coś trzeba z Richthofenem zrobić. Ale jak, żeby nie obrazić polskiej racji stanu?
Piotr Zagała, historyk: - Nic mu nie można zarzucić, zwyczajnie niemiecki patriota. Ale w Świdnicy zawsze mówiło się o nim półgębkiem: "po co ruszać temat, skoro to Niemiec".
Dariusz Sienko, świdniczanin, zdejmuje z półki pamiętniki Richthofena, wydane w Berlinie w 1933 roku. Wyszukał na giełdzie, podobnie jak pocztówki z jego wizerunkiem. Kilka lat temu założył Towarzystwo Richthofena. Nie przetrwało: - Cały świat o nim mówi, tylko my nie.
- Jedni go tu kochają, inni nienawidzą - przyznaje rzecznik miasta Stefan Augustyn.
Kochają i nienawidzą ci, którzy coś o nim wiedzą. Bo lotnik jest dobrze znany w USA, Japonii, Kanadzie czy Australii, średnio w Polsce, a najmniej w Świdnicy.
***
U Francuzów duch walki jest jak lemoniada w butelkach. Wciąż jej brakuje. Z kolei u Anglików można dostrzec trochę germańskiej krwi. Sportowcy spokojnie traktują latanie, a Anglicy postrzegają je jako sport. Czerpią wiele radości z kręcenia figur podczas lotów na własnych tyłach, folgują sobie w różnych ryzykownych wyczynach, z czego korzystają nasi żołnierze w okopach.
***
Na www.dziennnik.swidnica.pl jeden z internautów założył wątek: „Co sądzicie na temat świdniczanina najbardziej znanego na świecie, a najmniej w Świdnicy?”.
Odparli:
"Dla mnie jest całkowicie niewykorzystany przez miasto. Wiele ludzi twierdzi, że to postać wstrętna, choć nie rozumiem dlaczego. W świecie jest znany i dobrze by było, gdyby go łączono z naszym miastem".
"Nie wyobrażam sobie, żeby na nowo stawiać pomniki takich typów jak Fryderyk II czy Bismarck, bo oni wiążą się tylko z niemiecką polityką. Maniek to ktoś inny - słynny pilot, który jest znany i podziwiany na całym świecie. Miasto dużo by zyskało na jego promocji, ale żeby się tak stało, musiałoby zrobić duży krok naprzód".
"Spróbuj czcić jakiegoś Niemca z okresu wojny. Mohery cię zjedzą".
***
Po każdej walce czuję się żałośnie. Prawdopodobnie to skutki rany głowy. Gdy stawiam z powrotem stopę na ziemi lotniska, chcę jak najszybciej znaleźć się w swoich czterech ścianach. Nikogo nie chcę widzieć i z nikim rozmawiać. Ludzie w ojczyźnie wyobrażają sobie, że można wszystko załatwić, krzycząc „hurra" . Tymczasem to wszystko jest bardziej poważne i zażarte.
***
W parku naprzeciw willi Richthofena w latach międzywojennych postawiono pamiątkowy głaz i zbudowano mauzoleum z tablicą z brązu, przedstawiającą pilota. Kilka lat temu padła propozycja, żeby bezimienny park nazwać jego imieniem. Zaprotestowali miejscy urzędnicy. Granitowe resztki mauzoleum są dziś pokryte kolorowym graffiti. Dariusz Sienko, świdniczanin i fan lotnika, sam namalował białą farbą nazwisko i datę jego śmierci.
Jerzy Gaszyński jako dzieciak grał w piłkę obok resztek mauzoleum. Niedawno założył stronę www.dziennnik.swidnica.pl, na której publikuje materiały o lotniku: - Tyle mogę zrobić dla legendarnej postaci, która na Zachodzie jest niezwykle popularna.
Pokazuje w internecie: Red Baron na szyldach restauracji, pizzerii, klubów muzycznych, na etykietach win, na jachtach, zestawach modelarskich. Stowarzyszenia jego imienia. Wojskowa jednostka lotnicza w Wiesbaden im. Manfreda von Richthofena, książki i filmy.
Gaszyński: - To symbol, który dobrze się sprzedaje. Świat o nim pamięta, tylko nie Świdnica. A przecież nigdzie na świecie nie ma po nim tylu śladów.
Rodzina Richthofenów kilka lat temu objeżdżała busem dawne posiadłości na Dolnym Śląsku. Wnuk brata słynnego lotnika, Hartmann von Richthofen, chciał spotkać się z władzami miasta, żeby porozmawiać o wspólnym odnowieniu mauzoleum. - Nikt nie miał dla niego czasu - wspomina Nowotny.
Skórski pamięta, że przed kilku laty przyjechała do Świdnicy grupa amerykańskich lotników amatorów. Uparli się fetować tu rocznicę śmierci barona. Zaplanowali: morską drogą ściągną do Gdańska swoje samoloty - kopie czerwonych fokkerów, przelecą przez Polskę i rozegrają bitwę powietrzną nad Świdnicą. Entuzjazm z nich wyparował, gdy zobaczyli, jak wygląda dom, mauzoleum i atmosfera wokół "Czerwonego Barona".
Wspomnienia Manfreda von Richthofena "Der rote Kampfflieger" w tłumaczeniu Artura Jencza (www.dziennik.swidnica.pl)
"Dla mnie jest całkowicie niewykorzystany przez miasto. Wiele ludzi twierdzi, że to postać wstrętna, choć nie rozumiem dlaczego. W świecie jest znany i dobrze by było, gdyby go łączono z naszym miastem".
"Nie wyobrażam sobie, żeby na nowo stawiać pomniki takich typów jak Fryderyk II czy Bismarck, bo oni wiążą się tylko z niemiecką polityką. Maniek to ktoś inny - słynny pilot, który jest znany i podziwiany na całym świecie. Miasto dużo by zyskało na jego promocji, ale żeby się tak stało, musiałoby zrobić duży krok naprzód".
"Spróbuj czcić jakiegoś Niemca z okresu wojny. Mohery cię zjedzą".
***
Po każdej walce czuję się żałośnie. Prawdopodobnie to skutki rany głowy. Gdy stawiam z powrotem stopę na ziemi lotniska, chcę jak najszybciej znaleźć się w swoich czterech ścianach. Nikogo nie chcę widzieć i z nikim rozmawiać. Ludzie w ojczyźnie wyobrażają sobie, że można wszystko załatwić, krzycząc „hurra" . Tymczasem to wszystko jest bardziej poważne i zażarte.
***
W parku naprzeciw willi Richthofena w latach międzywojennych postawiono pamiątkowy głaz i zbudowano mauzoleum z tablicą z brązu, przedstawiającą pilota. Kilka lat temu padła propozycja, żeby bezimienny park nazwać jego imieniem. Zaprotestowali miejscy urzędnicy. Granitowe resztki mauzoleum są dziś pokryte kolorowym graffiti. Dariusz Sienko, świdniczanin i fan lotnika, sam namalował białą farbą nazwisko i datę jego śmierci.
Jerzy Gaszyński jako dzieciak grał w piłkę obok resztek mauzoleum. Niedawno założył stronę www.dziennnik.swidnica.pl, na której publikuje materiały o lotniku: - Tyle mogę zrobić dla legendarnej postaci, która na Zachodzie jest niezwykle popularna.
Pokazuje w internecie: Red Baron na szyldach restauracji, pizzerii, klubów muzycznych, na etykietach win, na jachtach, zestawach modelarskich. Stowarzyszenia jego imienia. Wojskowa jednostka lotnicza w Wiesbaden im. Manfreda von Richthofena, książki i filmy.
Gaszyński: - To symbol, który dobrze się sprzedaje. Świat o nim pamięta, tylko nie Świdnica. A przecież nigdzie na świecie nie ma po nim tylu śladów.
Rodzina Richthofenów kilka lat temu objeżdżała busem dawne posiadłości na Dolnym Śląsku. Wnuk brata słynnego lotnika, Hartmann von Richthofen, chciał spotkać się z władzami miasta, żeby porozmawiać o wspólnym odnowieniu mauzoleum. - Nikt nie miał dla niego czasu - wspomina Nowotny.
Skórski pamięta, że przed kilku laty przyjechała do Świdnicy grupa amerykańskich lotników amatorów. Uparli się fetować tu rocznicę śmierci barona. Zaplanowali: morską drogą ściągną do Gdańska swoje samoloty - kopie czerwonych fokkerów, przelecą przez Polskę i rozegrają bitwę powietrzną nad Świdnicą. Entuzjazm z nich wyparował, gdy zobaczyli, jak wygląda dom, mauzoleum i atmosfera wokół "Czerwonego Barona".
Wspomnienia Manfreda von Richthofena "Der rote Kampfflieger" w tłumaczeniu Artura Jencza (www.dziennik.swidnica.pl)
Najnowsze wiadomości
-
Nosowska w Eterze roztańczyła nawet ochroniarzy [FOTO]
-
Schemat zabił chłopca. Nieudana premiera w Legnicy
-
O "Ukraińskim rapsodzie': ofiary nie zawsze mają rację
-
Po co dzikowi kubraczek, czyli zwierzęta to nie ludzie
-
O Martinie Pollacku porozmawiają w Maglu Literackim
-
Inaczej niż w Kołobrzegu. Rockmani o Armii Krajowej
-
Nie masz pomysłu, jak spędzić walentynki? Podpowiadamy
- 8 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
-
Niechciana sława Czerwonego Barona
061445h
09.11.07, 21:06
Nie moge zrozumiec jak mozna nie robic reklamy miasta majac tak slynnego mieszkanca. W USA nawet Pizza nosi nazwe Red Baron i jest z jego zdjeciem i rysunkiem czerwonego dwoplatowca. A moze »
-
Może wypromuje go Wrocław :)
hummer
03.12.07, 13:11
Jestem za"Manfred von Richthofen urodził się w 1892 r. we Wrocławiu. Jako syn pruskiegoszlachcica i oficera, już w wieku 11 lat wstąpił do pruskiej akademii wojskowejw Wahlstatt (dzisiaj »
Najczęściej czytane24 htydzień







