Marek Napiórkowski wraca ze swoim jazzem do klubu
20.02.2012
, aktualizacja: 21.02.2012 09:29
Mistrz jazzowej gitary i ulubiony towarzysz muzycznych eskapad Anny Marii Jopek wraca do klubowych źródeł. Koncertowy album "KonKubiNap" zawiera m.in. nagrania z wrocławskiej Mleczarni.
Marek Napiórkowski na gitarze uczył się grać w rodzinnej Jeleniej Górze, zawodowo wystartował we Wrocławiu, teraz mieszka w Warszawie, czyli w centrum polskiego show-biznesu, gdzie da się zrobić najwięcej. Pod względem liczby studyjnych robótek mniejszego lub większego kalibru jako szybkostrzelny człowiek do wynajęcia nie jest może rekordzistą, ale - jak wiadomo - liczy się przede wszystkim jakość i ranga projektów, a także towarzystwo, w jakim się je realizuje. Tutaj tzw. dorobek 42-letniego gitarzysty prezentuje się imponująco. Top 10 owych kooperacji układa się w wymowną litanię nazwisk polskich i niepolskich: Pat Metheny, Richard Bona, Minu Cinelu, Gregoire Maret, Anna Maria Jopek (po dziś dzień najważniejszy z pryncypałów gitarzysty, zwiedził z jej zespołem co najmniej pół świata), Leszek Możdżer, Henryk Miśkiewicz, Maryla Rodowicz, Ewa Bem. O małżonce Dorocie Miśkiewicz, dla której komponuje piosenki i produkuje płyty, nie wspominając. Był jeszcze zespół Funky Groove, któremu w początkowych wrocławskich latach kariery współliderował z gitarzystą Arturem Lesickim. To było fajne, jazz-rockowe granie - na przełomie wieków Funky Groove rządził w jazzowych rankingach, nie mając sobie równych wśród innych elektrycznych bandów. Szkoda, że to już historia.
W dorocznej ankiecie czytelnicy magazynu "Jazz Forum" uznali właśnie Napiórkowskiego za wicekróla polskiej gitary jazzowej (królem jak zwykle został Jarosław Śmietana). Swoje autorskie, jazzowe poletko może bezpiecznie uprawiać dzięki pozycji, jaką wypracował sobie w nieco lżejszych obszarach rozrywki.
Niewielu gitarzystów jazzowych ma szczęście, by - jeśli w ogóle uda im się wydać płytę inaczej niż własnym sumptem - ich nagrania trafiały do katalogu dużej wytwórni. Napiórkowski swoje rzeczy nagrywa dla Universalu. Poza nieco większymi możliwościami promocyjnymi ma to także tę zaletę, że płyty owe są dostępne nawet dłuższy czas po premierze i jeśli komuś przyjdzie do głowy, by skompletować wszystkie trzy albumy gitarzysty, to może to zrobić bez większego problemu.
Po debiucie "NAP" z 2005 r., gdzie Napiórkowski podsumowywał doświadczenia z kilkunastu lat grania najrozmaitszych gatunków muzyki i w najróżniejszych konfiguracjach personalnych oraz o dwa lata późniejszym, pięknie przyjętym akustycznym albumie "Wolno" z 2007 r., przyszedł czas na powrót do źródeł.
"KonKubiNap" to solidna dawka ostrego jazzowego improwizowania - takiego, jakie uprawia się podczas koncertów, bez oglądania się na minę realizatora dźwięku i kwity rozłożone na pulpitach. Struktura utworów nagina się do potrzeb chwili, koresponduje z żywiołową reakcją publiczności i - generalnie - słychać, że muzykom chodziło o to, żeby mieć z grania maksymalną radochę. Nagrania pochodzą z występów w klubach w Łomiankach, Częstochowie, Wrocławiu i Pabianicach, a ich bohaterami są, oprócz Napiórkowskiego, także Robert Kubiszyn na basówce i Cezary Konrad na bębnach.
Album ma prostą konstrukcję: utwory elektryczne przeplatają się z akustycznymi, rozpędzone fusionowe lokomotywy znajdują przeciwwagę w spokojniejszych (acz nigdy rozlazłych) balladach. Dwie kompozycje dostarczył Cezary Konrad, trzy - sam Napiórkowski. Swój jazzowy rodowód i związek z tradycją Napiór podkreślił, włączając do repertuaru megastandard Johna Coltrane'a "Giant Steps" i nieco mniej znaną kompozycję "Havona" Jaco Pastoriusa. Z jazzowego idiomu wynika tutaj zresztą każda fraza, rytmika i nastrój wszystkich utworów.
Uczciwie trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do "Wolno" "KonKubiNap" nie trafia do serca słuchacza prosto i natychmiast. Nie ma tu zbyt wielu "ładnych" fragmentów (ewidentnym wyjątkiem jest kończący płytę utwór "Wciąż mi się śnisz/Between a Smile and a Tear"), granie jest raczej agresywne i bez ogródek - tak jak w niespodziewanym bonusie na koniec płyty, na który trzeba dłuższą chwilę poczekać po oficjalnym zakończeniu.
Marek Napiórkowski Trio
"KonKubiNap"
Universal, 2011
Adam Domagala prowadzi blog <a class=c1n href="http://zdzezemlzej.blogspot.com/">zdzezemlzej.blogspot.com</a>
W dorocznej ankiecie czytelnicy magazynu "Jazz Forum" uznali właśnie Napiórkowskiego za wicekróla polskiej gitary jazzowej (królem jak zwykle został Jarosław Śmietana). Swoje autorskie, jazzowe poletko może bezpiecznie uprawiać dzięki pozycji, jaką wypracował sobie w nieco lżejszych obszarach rozrywki.
Niewielu gitarzystów jazzowych ma szczęście, by - jeśli w ogóle uda im się wydać płytę inaczej niż własnym sumptem - ich nagrania trafiały do katalogu dużej wytwórni. Napiórkowski swoje rzeczy nagrywa dla Universalu. Poza nieco większymi możliwościami promocyjnymi ma to także tę zaletę, że płyty owe są dostępne nawet dłuższy czas po premierze i jeśli komuś przyjdzie do głowy, by skompletować wszystkie trzy albumy gitarzysty, to może to zrobić bez większego problemu.
Po debiucie "NAP" z 2005 r., gdzie Napiórkowski podsumowywał doświadczenia z kilkunastu lat grania najrozmaitszych gatunków muzyki i w najróżniejszych konfiguracjach personalnych oraz o dwa lata późniejszym, pięknie przyjętym akustycznym albumie "Wolno" z 2007 r., przyszedł czas na powrót do źródeł.
"KonKubiNap" to solidna dawka ostrego jazzowego improwizowania - takiego, jakie uprawia się podczas koncertów, bez oglądania się na minę realizatora dźwięku i kwity rozłożone na pulpitach. Struktura utworów nagina się do potrzeb chwili, koresponduje z żywiołową reakcją publiczności i - generalnie - słychać, że muzykom chodziło o to, żeby mieć z grania maksymalną radochę. Nagrania pochodzą z występów w klubach w Łomiankach, Częstochowie, Wrocławiu i Pabianicach, a ich bohaterami są, oprócz Napiórkowskiego, także Robert Kubiszyn na basówce i Cezary Konrad na bębnach.
Album ma prostą konstrukcję: utwory elektryczne przeplatają się z akustycznymi, rozpędzone fusionowe lokomotywy znajdują przeciwwagę w spokojniejszych (acz nigdy rozlazłych) balladach. Dwie kompozycje dostarczył Cezary Konrad, trzy - sam Napiórkowski. Swój jazzowy rodowód i związek z tradycją Napiór podkreślił, włączając do repertuaru megastandard Johna Coltrane'a "Giant Steps" i nieco mniej znaną kompozycję "Havona" Jaco Pastoriusa. Z jazzowego idiomu wynika tutaj zresztą każda fraza, rytmika i nastrój wszystkich utworów.
Uczciwie trzeba przyznać, że w przeciwieństwie do "Wolno" "KonKubiNap" nie trafia do serca słuchacza prosto i natychmiast. Nie ma tu zbyt wielu "ładnych" fragmentów (ewidentnym wyjątkiem jest kończący płytę utwór "Wciąż mi się śnisz/Between a Smile and a Tear"), granie jest raczej agresywne i bez ogródek - tak jak w niespodziewanym bonusie na koniec płyty, na który trzeba dłuższą chwilę poczekać po oficjalnym zakończeniu.
Marek Napiórkowski Trio
"KonKubiNap"
Universal, 2011
Adam Domagala prowadzi blog <a class=c1n href="http://zdzezemlzej.blogspot.com/">zdzezemlzej.blogspot.com</a>
Najnowsze wiadomości
-
Wypadek na krajowej piątce pod Trzebnicą. Są ranni
-
"To nie kwestia ego". Czarnecki na otwarciu Sky Tower [FOTO]
-
Zaśpiewają piosenki Boba Dylana na urodziny artysty
-
Miasto zabierze stado owiec pasterzowi z Rędzina
-
Mecze Euro 2012 już dziś w Twoim domu? To możliwe
-
Kłęby dymu nad mostami Warszawskimi. Paliły się opony
-
Gdzie znajdą pomoc rodzice dzieci chorych na autyzm?
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
2 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Zobacz najpiękniejsze budynki Wrocławia. ...
- Sky Tower. Tak wieża pięła się do nieba [FOTO]
- Tramwaj obciął nogi mężczyźnie, który ...
- W czwartek na zakupy do Sky Tower. Wałęsa ...
- Z nami nie zgubisz się w Noc Muzeów we ...
- Czerwona szarfa oplata wieżę Sky Tower. ...
- Sky Tower. Gigantyczne interaktywne ...




więcej zdjęć