Wybory na uczelniach? Nie ma chętnych na rektorów

Tomasz Wysocki
19.02.2012 , aktualizacja: 19.02.2012 09:44
A A A Drukuj
Na większości wrocławskich uczelni kandydaci na rektorów nie mają żadnej konkurencji, bo listy chętnych zawierają pojedyncze nazwiska. Wybory, które są naturalną okazją do wymiany poglądów o kondycji nauki i szkolnictwa wyższego, żadnej dyskusji nie sprowokują
Prezentacja kandydatów na rektora
Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta
Prezentacja kandydatów na rektora
Na Uniwersytecie Przyrodniczym kandydatów na rektora można było zgłaszać do wczoraj. Kandydat jest jeden - prof. Roman Kołacz, który od czterech lat rządzi uczelnią. Żadnej konkurencji nie miał prof. Juliusz Migasiewicz, rektor Akademii Wychowania Fizycznego, w ubiegłym tygodniu został wybrany na drugą kadencję. Na Uniwersytecie Ekonomicznym prof. Bogusława Fiedora zastąpi najprawdopodobniej prof. Andrzej Gospodarowicz, obecny prorektor. O ewentualnym kontrkandydacie na razie nie słychać. Na Politechnice Wrocławskiej o reelekcję zabiega prof. Tadeusz Więckowski. Na uczelni wspomina się, że miałby z nim rywalizować prof. Jerzy Świątek, ale dziekan Wydziału Informatyki i Zarządzania zdecydowanie temu zaprzecza. O ponowny wybór będzie się starał prof. Marek Ziętek, rektor Akademii Medycznej. Na uczelnianej giełdzie jego kontrkandydatów najczęściej wymienia się nazwisko prof. Marii Sąsiadek, ale ona sama jeszcze nie ogłosiła, czy wystartuje w wyborach.

Wyjątkiem jest Uniwersytet Wrocławski, na którym o fotel rektora zabiega dwóch mocnych kandydatów: starający się o reelekcję prof. Marek Bojarski oraz prof. Leszek Pacholski, który kierował uczelnią przed nim i chciałby wrócić do gabinetu w gmachu głównym. Ich poglądy na zarządzanie największą dolnośląską uczelnią znacznie się różnią, co pozwala mieć nadzieję, że dojdzie do interesującej wymiany opinii przy okazji prezentacji programów.

Brak konkurencji kandydaci mogą odbierać jak wyraz zaufania swoich środowisk i przejaw uznania dla ich wizji uczelni. Ja jednak powodów braku zaangażowania naukowców szukałbym gdzie indziej.

To, co dawniej uznawano za szczyt kariery akademickiej, dzisiaj wiąże się z obciążeniem wynikającym z zarządzania olbrzymią instytucją, w której rektor pełni rolę administratora. Przyjmując to zadanie, godzi się na rozbrat z pracą naukową na kilka lat. Skoro na podjęcie takiego wyzwania decydują się tylko pojedyncze osoby, to znaczy, że środowisko akademickie jest słabe, nie ma w nim energii do zmian. Przecież nowe pomysły biorą się z konfrontacji idei, są wypadkową wielu punktów widzenia, wymiany poglądów.

Innym powodem małej liczby kandydatów jest obawa przez konsekwencjami konfrontacji z mocnym konkurentem, np. urzędującym rektorem, który zabiega o reelekcję. Już sam start w wyborach może być uznany za akt nieprzyjacielski. Takie sytuacje wśród uczonych, którzy siłą rzeczy muszą się wystawiać na ciągłe oceny innych naukowców, to wynaturzenie idei uniwersyteckiej. Naukowcy muszą mieć gwarancję, że krytykując władze uczelni, nie zaszkodzą sobie.

Wybory władz to naturalna okazja do debaty na temat uczelni. A rozmawiać jest o czym. Największym wyzwaniem dla uniwersytetów jest zapobieganie skutkom postępującego niżu demograficznego. Wiecznie gorącym tematem w środowisku akademickim jest niedofinansowanie nauki.

Brak zaangażowania naukowców w wybory rektorów sprawi, że żadnej wymiany myśli na te najbardziej palące tematy nie będzie. Bo w pojedynkę trudno jest prowadzić dialog.

Zobacz więcej na temat:

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 18 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    24 głosy