Konserwator zabytków ma decydować o czyjejś własności?
12.02.2012
, aktualizacja: 12.02.2012 18:38
LIST CZYTELNIKA. Nieustanna dyskusja dotycząca ochrony tzw. architektonicznej spuścizny PRL mnie osobiście zmusza do refleksji nad zazwyczaj pomijanym aspektem sprawy, a mianowicie prawem właściciela obiektu do swobodnego nim dysponowania.
ZOBACZ TAKŻE
- Dziekan o Audytorium Chemii: zachowajmy rozsądek (13-02-12, 14:00)
- Budynki PRL-u: konserwować, remontować czy wyburzać? (12-02-12, 07:00)
Jest to prawo podstawowe i jest chronione konstytucyjnie, ale akurat w wypadku dyskusji, czy wpisywać obiekty z okresu PRL na listę zabytków czy nie, nikt o tym nie wspomina, bo to bardzo niewygodne.
Musimy pamiętać, że każdy budynek jest przede wszystkim przedmiotem służącym konkretnej osobie (lub grupie osób) do konkretnego celu, a nie symbolem, pamiątką czy pomnikiem. Budynek mieszkalny jest przedmiotem służącym do mieszkania, a uczelnia służy nauce, tak jak samochód jest przedmiotem służącym do jeżdżenia, a zatem walory estetyczne, historyczne oraz prywatne sentymenty dotyczące jakichkolwiek budynków nie mogą być stawiane ponad prawem właściciela budynku do swobodnego nim dysponowania, czyli użytkowania, przebudowy, zmiany przeznaczenia, itp.
Brak poszanowania prywatnej własności to właśnie PRL w czystej postaci. Czy pozwolilibyśmy komukolwiek ograniczać nasze prawo do dysponowania naszym autem, tylko dlatego, że zdaniem jakiegoś urzędnika jest to auto wyjątkowe, unikatowe i powinno być pokazywane w muzeum? I że nie wolno nam w nim wymienić silnika na nowszy, nie wolno nam go przemalować, nie wolno nam kupić lepszych opon i przyczepić nowej antenki, bo naruszylibyśmy w ten sposób wizję autora i naruszyli czyjeś wspomnienia z dzieciństwa?
Wpisanie obiektu na listę zabytków znacząco ogranicza prawo do swobodnego dysponowania własnością konkretnej osoby. Po prostu decyzją urzędnika lub anonimowego gremium ograniczamy bezterminowo czyjeś prawa obywatelskie.
I proszę zauważyć, że takie ograniczenie nie niesie ze sobą żadnego zadośćuczynienia dla właściciela. Państwo (lub samorząd lokalny) nakłada poważne ograniczenia, nie dając nic w zamian - uzyskanie choćby częściowego dofinansowania kosztownego remontu obiektu zabytkowego (a konieczność zachowania wymogów konserwatorskich podnosi znacząco koszty remontów) jest niemalże cudem i dotyczy tylko obiektów publicznych, jak kościoły, muzea czy urzędy.
Bardzo często zapominamy o fakcie, że budynek powstał nie dzięki geniuszowi projektantów, nie dzięki mistrzostwu budowlańców, nie dzięki łasce urzędników - a dzięki woli i determinacji inwestora. To inwestor (a każdy kolejny właściciel obiektu powinien być traktowany na równi z pierwszym właścicielem - inwestorem) jest najważniejszą osobą, to on wybiera i akceptuje wizje architektów, to on wybiera technologię budowy, położenie, kształt i przeznaczenie obiektu. Dlaczego osobie, która jest prawdziwym stwórcą obiektu, odmawiamy prawa do swobodnego dysponowania własnym tworem ?
Dlaczego spokojnie przyjmujemy tezę, że administracja publiczna nabiera jakichkolwiek praw do prywatnej własności tylko dlatego, że budynek jest ładny i stoi odpowiednio długo lub dlatego, że został zaprojektowany przez projektanta, którego jakiś urzędnik chce w ten sposób upamiętnić?
Oczywiście, ochrona zabytków - ochrona wizerunku miasta jest konieczna, ale nie możemy, ot tak wpisać na listę zabytków wszystkich obiektów, które chcielibyśmy zachować w niezmienionym stanie (z różnych powodów - osobistych bądź nie).
Uważam, że gdyby państwo lub samorząd razem z nałożeniem ograniczenia w postaci wpisania obiektu na listę zabytków musiało nadać ulgę, w postaci np. zerowego podatku od nieruchomości lub obniżenia podatku od działalności gospodarczej prowadzonej w takim budynku, to takie rozwiązanie (nieodczuwalne dla budżetu państwa czy samorządu ze względu na małą skalę zjawiska) stanowiłoby uczciwą (!) rekompensatę utraconej pełni praw właścicielskich, a na dodatek zainteresowałoby przedsiębiorców do wykorzystania wielu zabytkowych obiektów, które (poza centrum miasta) stoją puste i niszczeją.
Gdyby takie regulacje prawne obowiązywały kilka lat temu, budynki rzeźni przy ul. Legnickiej miałyby szanse ocaleć. To samo rozwiązanie hamowałoby zapędy urzędników do wpisywania na listę zabytków czego popadnie, ze względu na uszczuplanie budżetu miasta, a decyzja o wpisaniu obiektu na listę zabytków byłaby bardziej racjonalna.
Ponadto proces nadania statusu zabytku powinien być prowadzony na podobnej zasadzie jak wywłaszczenie - najpierw proponujemy nowe warunki aktualnemu właścicielowi, a w przypadku braku zgody to sąd powinien ustalić zasadność nadania statusu zabytku i odpowiednią rekompensatę dla właściciela.
Podany przykład - Audytorium Chemii - nie spełnia żadnego z kryteriów podanych w ustawie o ochronie zabytków, ponieważ ten obiekt, jakkolwiek udany, elegancki i funkcjonalny, nie przedstawia wyjątkowej wartości artystycznej, naukowej lub historycznej. Nikt nie wspomina o tym obiekcie w opracowaniach dotyczących osiągnięć światowej architektury, żadne światowej miary osiągnięcie naukowe nie miało w nim miejsca i nie zdarzyło się tam żadne wydarzenie mające wpływ na historię chociażby miasta.
To po prostu zwykły obiekt budowlany użytkowany w celu, w jakim został zbudowany. Nawet za 200 lat nie będzie miał wartości zabytkowej. Sam wiek budynku nie świadczy bowiem o jego wyjątkowości, o jego "zabytkowości".
Z zawodu jestem architektem i widzę, jak bardzo jeszcze wielu urzędników myśli w stylu PRL. Urzędnicy wciąż nie są partnerami dla inwestorów i projektantów, wciąż uważają się za instancję nadrzędną, posiadającą mandat społeczny do oceniania, co jest dobre, a co nie. Zapominając przy tym, że to dzięki inwestorom ten cały interes się kręci.
Musimy pamiętać, że każdy budynek jest przede wszystkim przedmiotem służącym konkretnej osobie (lub grupie osób) do konkretnego celu, a nie symbolem, pamiątką czy pomnikiem. Budynek mieszkalny jest przedmiotem służącym do mieszkania, a uczelnia służy nauce, tak jak samochód jest przedmiotem służącym do jeżdżenia, a zatem walory estetyczne, historyczne oraz prywatne sentymenty dotyczące jakichkolwiek budynków nie mogą być stawiane ponad prawem właściciela budynku do swobodnego nim dysponowania, czyli użytkowania, przebudowy, zmiany przeznaczenia, itp.
Brak poszanowania prywatnej własności to właśnie PRL w czystej postaci. Czy pozwolilibyśmy komukolwiek ograniczać nasze prawo do dysponowania naszym autem, tylko dlatego, że zdaniem jakiegoś urzędnika jest to auto wyjątkowe, unikatowe i powinno być pokazywane w muzeum? I że nie wolno nam w nim wymienić silnika na nowszy, nie wolno nam go przemalować, nie wolno nam kupić lepszych opon i przyczepić nowej antenki, bo naruszylibyśmy w ten sposób wizję autora i naruszyli czyjeś wspomnienia z dzieciństwa?
Wpisanie obiektu na listę zabytków znacząco ogranicza prawo do swobodnego dysponowania własnością konkretnej osoby. Po prostu decyzją urzędnika lub anonimowego gremium ograniczamy bezterminowo czyjeś prawa obywatelskie.
I proszę zauważyć, że takie ograniczenie nie niesie ze sobą żadnego zadośćuczynienia dla właściciela. Państwo (lub samorząd lokalny) nakłada poważne ograniczenia, nie dając nic w zamian - uzyskanie choćby częściowego dofinansowania kosztownego remontu obiektu zabytkowego (a konieczność zachowania wymogów konserwatorskich podnosi znacząco koszty remontów) jest niemalże cudem i dotyczy tylko obiektów publicznych, jak kościoły, muzea czy urzędy.
Bardzo często zapominamy o fakcie, że budynek powstał nie dzięki geniuszowi projektantów, nie dzięki mistrzostwu budowlańców, nie dzięki łasce urzędników - a dzięki woli i determinacji inwestora. To inwestor (a każdy kolejny właściciel obiektu powinien być traktowany na równi z pierwszym właścicielem - inwestorem) jest najważniejszą osobą, to on wybiera i akceptuje wizje architektów, to on wybiera technologię budowy, położenie, kształt i przeznaczenie obiektu. Dlaczego osobie, która jest prawdziwym stwórcą obiektu, odmawiamy prawa do swobodnego dysponowania własnym tworem ?
Dlaczego spokojnie przyjmujemy tezę, że administracja publiczna nabiera jakichkolwiek praw do prywatnej własności tylko dlatego, że budynek jest ładny i stoi odpowiednio długo lub dlatego, że został zaprojektowany przez projektanta, którego jakiś urzędnik chce w ten sposób upamiętnić?
Oczywiście, ochrona zabytków - ochrona wizerunku miasta jest konieczna, ale nie możemy, ot tak wpisać na listę zabytków wszystkich obiektów, które chcielibyśmy zachować w niezmienionym stanie (z różnych powodów - osobistych bądź nie).
Uważam, że gdyby państwo lub samorząd razem z nałożeniem ograniczenia w postaci wpisania obiektu na listę zabytków musiało nadać ulgę, w postaci np. zerowego podatku od nieruchomości lub obniżenia podatku od działalności gospodarczej prowadzonej w takim budynku, to takie rozwiązanie (nieodczuwalne dla budżetu państwa czy samorządu ze względu na małą skalę zjawiska) stanowiłoby uczciwą (!) rekompensatę utraconej pełni praw właścicielskich, a na dodatek zainteresowałoby przedsiębiorców do wykorzystania wielu zabytkowych obiektów, które (poza centrum miasta) stoją puste i niszczeją.
Gdyby takie regulacje prawne obowiązywały kilka lat temu, budynki rzeźni przy ul. Legnickiej miałyby szanse ocaleć. To samo rozwiązanie hamowałoby zapędy urzędników do wpisywania na listę zabytków czego popadnie, ze względu na uszczuplanie budżetu miasta, a decyzja o wpisaniu obiektu na listę zabytków byłaby bardziej racjonalna.
Ponadto proces nadania statusu zabytku powinien być prowadzony na podobnej zasadzie jak wywłaszczenie - najpierw proponujemy nowe warunki aktualnemu właścicielowi, a w przypadku braku zgody to sąd powinien ustalić zasadność nadania statusu zabytku i odpowiednią rekompensatę dla właściciela.
Podany przykład - Audytorium Chemii - nie spełnia żadnego z kryteriów podanych w ustawie o ochronie zabytków, ponieważ ten obiekt, jakkolwiek udany, elegancki i funkcjonalny, nie przedstawia wyjątkowej wartości artystycznej, naukowej lub historycznej. Nikt nie wspomina o tym obiekcie w opracowaniach dotyczących osiągnięć światowej architektury, żadne światowej miary osiągnięcie naukowe nie miało w nim miejsca i nie zdarzyło się tam żadne wydarzenie mające wpływ na historię chociażby miasta.
To po prostu zwykły obiekt budowlany użytkowany w celu, w jakim został zbudowany. Nawet za 200 lat nie będzie miał wartości zabytkowej. Sam wiek budynku nie świadczy bowiem o jego wyjątkowości, o jego "zabytkowości".
Z zawodu jestem architektem i widzę, jak bardzo jeszcze wielu urzędników myśli w stylu PRL. Urzędnicy wciąż nie są partnerami dla inwestorów i projektantów, wciąż uważają się za instancję nadrzędną, posiadającą mandat społeczny do oceniania, co jest dobre, a co nie. Zapominając przy tym, że to dzięki inwestorom ten cały interes się kręci.
Najnowsze wiadomości
-
Pękła magistrala. Problemy z wodą w całym mieście
-
Idzie Euro: Zabierajcie rowery, bo demontują stojaki
-
A ja wolę jeździć po jezdni niż po ścieżkach rowerowych
-
Zwycięzca Planete Doc: Filmem chcę zmieniać świat
-
"Szmaty" na scenie Ad Spectatores wyszły na piątkę
-
Schron przy dworcu mogą wyburzyć. Każdy może go kupić
-
Jak stworzyć wideo popularne w internecie? Oni to wiedzą
- 154 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
49 głosów
-
Konserwator zabytków ma decydować o czyjejś wła...
zgrozazgroza
12.02.12, 21:30
Jak w tytule.Dzisiejszy właściciel obiektu posiada pełne prawo własności ograniczone prawem lokalnym i właśnie decyzjami konserwatorskimi. Właściciel przejął konkretny obiekt, część »
-
Konserwator zabytków ma decydować o czyjejś wła...
ahoy2
13.02.12, 09:12
Artykuł jest logiczny, pogląd wyważony. Można tylko poprzeć.»
-
Konserwator zabytków ma decydować o czyjejś wła...
sympatiaplus
13.02.12, 10:01
Wpisanie obiektu do rejestru zabytków, to powód do dumy. Nie do podnoszenia larum! Jeśli właściciel jest ignorantem (UWR), trzeba mu ze wszech miar pomóc w zrozumieniu, że obiekt dotychczas »
Najczęściej czytane24 htydzień




