Tego filmu na pewno nie powinni oglądać licealiści

Mirosław Maciorowski
09.02.2012 , aktualizacja: 09.02.2012 15:19
A A A Drukuj
Producent filmu "Ukraiński rapsod" o zbrodniach na Wołyniu, który miał premierę we wtorek we Wrocławiu, chce, by pokazywano go w liceach. Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie, bo to obraz nieuczciwy, szkodliwy i prostacki
Kadr z filmu  'Ukraiński rapsod'
Kadr z filmu 'Ukraiński rapsod'
Kadr z filmu  'Ukraiński rapsod'
Kadr z filmu 'Ukraiński rapsod'
Kadr z filmu  'Ukraiński rapsod'
Kadr z filmu 'Ukraiński rapsod'
Kadr z filmu  'Ukraiński rapsod'
Kadr z filmu 'Ukraiński rapsod'
Już idąc na premierę, miałem złe przeczucia. Podczas większości podobnych eventów (prawica określa je zwykle mianem patriotycznych) nie brak bowiem odniesień do bieżącej polityki. I przeczucie mnie nie myliło. Emisję filmu poprzedził występ barda Andrzeja Kołakowskiego, "autora patriotycznych pieśni" - jak go przedstawiła konferansjerka. Jedną z nich był song "Dorzynanie watahy". - Pojęcie to spopularyzował człowiek, którego nie wiem dlaczego nazywają ministrem spraw zagranicznych - skomentował swą patriotyczną pieśń Kołakowski. I dodał: - Przypomnę, że watahy dorzynane były m.in. w Katyniu i wielu innych miejscach.

Jeszcze bardziej obawiałem się jednak samego filmu. Temat jest bowiem trudny. Pisać czy robić film o zbrodniach na Wołyniu i w Galicji Wschodniej nie można bez odpowiedniego warsztatu, wyczucia, a przede wszystkim bez koniecznej w tym wypadku refleksji uwzględniającej kontekst czasów, w jakich do nich doszło. To wymaga nie tylko wybitnego reżyserskiego wzroku i słuchu, ale przede wszystkim otwartej głowy - mądrości i umiejętności analizy faktów historycznych, także tych poprzedzających tragedię.

Dariuszowi Markowi Srzednickiemu, autorowi "Ukraińskiego rapsodu", takie podejście do robienia filmów jest najwyraźniej obce. Jego dzieło to antyukraińska, malowana grubą krechą agitka. Oczywiście, zebrane przez niego opowieści ludzi, którzy 70 lat temu cudem ocaleli z pożogi, są przejmujące. Bo rzezie na Wołyniu to były zbrodnie potworne. Nic ich nie tłumaczy, tak jak nic nie tłumaczy żadnej niewinnej śmierci zadanej z przyczyn ideologicznych czy jakichkolwiek innych. Ale ktoś, kto bierze się za taki temat, musi przynajmniej spróbować rzetelnie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego do nich doszło? W "Ukraińskim rapsodzie" śladu takiego pytania nie ma. Za całą odpowiedź ma chyba służyć jedno zdanie wypowiedziane przez Szczepana Siekierkę, prezesa Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów, który mówi, że winny był ukraiński nacjonalizm.

Z pewnością był, ale wypada też spróbować odpowiedzieć na pytanie, na jakiej glebie wyrósł? Czego był efektem? Czy abyśmy tej gleby przez wieki sami nie uprawiali? Czy polityka wobec narodu bez państwa, jakim byli Ukraińcy, tak w czasach I Rzeczypospolitej, jaki i w dwudziestoleciu międzywojennym, była właściwa, skoro nie nadała im podmiotowości? Reżyser ten problem "opędza" jednym zdaniem wypowiedzianym przez jedną z kobiet występujących w filmie, która przyznaje, że Ukraińcy na terenie, gdzie stanowili przytłaczającą większość, "stali u nas niżej od Polaków".

Opowiadać o zbrodniach na Wołyniu bez wzięcia pod uwagę szerokiego aspektu historycznego to nieuczciwość. Opinie historyków, którzy w filmie występują (m.in. Ewy Siemaszko, współautorki monografii o zbrodniach na Wołyniu), sprowadzają się do opisów mechaniki zbrodni, ale nie ma w nich refleksji nad jej korzeniami. Nie ma też ani jednego głosu ukraińskiego. Po tamtej stronie są oczywiście ludzie, z którymi dyskusja na temat Wołynia nie ma sensu, bo nacjonalizm ukraiński, tak silny i podsycany przez Niemców w czasie wojny, jest i dziś na Ukrainie obecny. Najczęściej lansują oni absurdalną tezę, że UPA mordowała Polaków w samoobronie. Ale nie brak też ukraińskich historyków, którzy potrafią zło nazwać złem, nie kwestionują ukraińskiej winy sprzed 70 lat, potrafią o tamtych wydarzeniach mówić bez zacietrzewienia. Ale próbują też wytłumaczyć, co legło u podstaw tej makabry.

Rozumiem ból ofiar zbrodni i ich oburzenie na to, co się stało. Ale dziś bardziej powinniśmy dążyć do pojednania, a nie do podsycania nienawiści. Ono nie jest niemożliwe bez dialogu, słuchania siebie nawzajem. A twórcy "Ukraińskiego rapsodu" z góry założyli, że nie będą rozmawiać z nikim, kto zaburzy jednostronne przesłanie filmu.

Na pewno więc się on spodoba w kręgach radykalnych Kresowiaków. Poziom emocji, jaki wywołuje u nich temat wołyńskich zbrodni, powoduje, że nie da się z nimi racjonalnie o nich rozmawiać. Ale o ile w ich przypadku to jest jakoś zrozumiałe, to w przypadku historyka, jakim z zawodu jest reżyser "Ukraińskiego Rapsodu...", takie traktowanie tematu jest niedopuszczalne.

Jest coś jeszcze, co absolutnie dyskwalifikuje ten film, a wynika z braków warsztatowych autorów. To wplecione w niego sceny fabularyzowane. We wszystkich Ukraińcy ubrani w białe przewiewne ludowe koszule albo w czarne mundury schutzmannów (notabene prawdziwe uniformy ukraińskiej policji wyglądały trochę inaczej) bestialsko mordują Polaków. Jest na przykład obrazek bawiących się polskich dzieci, które sąsiad, Ukrainiec, woła, obiecując, że pokaże im kaczuszki. Dzieci idą do niego, a po chwili widzimy je zamordowane. W innej scenie ciężarna kobieta niesie wodę na nosidłach. Jest Polką, ale ma męża Ukraińca. Krzyczy do niego, żeby jej pomógł. On rozmawia właśnie z kolegami i na ten krzyk wstaje, przewraca kobietę i sierpem rozpruwa jej brzemienny brzuch.

Sceny są prostacko wymyślone i beznadziejnie wyreżyserowane. Dariusz Marek Srzednicki Spielbergiem nie jest. Aktorzy recytują kwestie jak bohaterowie wenezuelskich seriali. Sztuczność i amatorszczyzna bije z każdej sekundy tych obrazków. Efekt jest taki, że widz najpierw słucha przejmujących opowieści świadków historii, a po chwili czuje się zażenowany prostactwem fabularnego przekazu.

Nie wiem też, w jakim celu film został zrealizowany w technologii 3D, skoro jakieś 70 procent obrazu to gadające głowy i archiwalne fotografie. Przedstawiciel producenta tłumaczył, że "daje to możliwość uzyskania ciekawej głębi, pozwala bardziej wczuć się w sytuację bohaterów".

Myli się, bo czego jak czego, ale głębię w tym filmie dostrzec najtrudniej.

Czekamy na Wasze opinie Piszcie do nas



Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 92 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    38 głosów

  • Tego filmu na pewno nie powinni oglądać licealiści szpileczki_eu 09.02.12, 13:16

    Witam ,Moja opinia jest taka ze kazdy powinnien ogladnać , żeby wyrazić sam swoje zdanie. A nie jak jest teraz , że każdy za każdego decyduje .Pozdrawiamszpileczki.eu»

  • .. bo licealiści mają się uczyć o holocauście! antypopis 09.02.12, 17:10

    Holocaust, Jedwabne, Auschwitz! Holocaust, Jedwabne, Auschwitz! Wbijać do polskich tępych łbów! Żaden Wołyń, żaden Berman, Wolińska ani Humer ! To Polacy zabijali i Polacy mają bulić 63 mld »

  • Tego filmu na pewno nie powinni oglądać licealiści jabir 10.02.12, 08:36

    Kto sieje deszcz - zbiera burzę . Prawda to mało popularna pośród siejących deszcz. Dla uspokojenia można zrobić badania genetyczne ofiar i oprawców . Zapewne wyjdzie , że była to klasyczna »