Alarm bombowy w szpitalu. To był "głupi żart" pijanego

mich, mż
29.01.2012 , aktualizacja: 30.01.2012 18:23
A A A Drukuj
Zatrzymany przez policję mężczyzna przyznał się w poniedziałek, że to on zadzwonił z informacją o bombie we wrocławskim szpitalu przy ul. Kamieńskiego. Z tego powodu w piątek trzeba było ewakuować prawie 400 pacjentów
Szpital przy ul. Kamieńskiego
Fot. Marcin Biodrowski / Agencja Gazeta
Szpital przy ul. Kamieńskiego
Mężczyzna został zatrzymany w niedzielę. W poniedziałek policjanci go przesłuchali. Noc spędzi w policyjnym areszcie i we wtorek rano zostanie doprowadzony do prokuratury. Za to, co zrobił, może mu grozić nawet do ośmiu lat więzienia oraz zwrot kosztów poniesionych przez służby ratownicze podczas ewakuacji szpitala.

- Alkohol i głupota - komentuje Paweł Petrykowski, rzecznik prasowy dolnośląskiej policji. - Podejrzany w żaden rozsądny sposób nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego tego dnia zaalarmował strażaków o bombie. Zeznał, że był pod wpływem alkoholu, kiedy przyszedł mu do głowy ten "głupi żart".

Wiadomo, że mężczyzna ma 27 lat i mieszka na wrocławskich Krzykach. Został zatrzymany w niedzielę zaraz po godz. 20, prawdopodobnie w swoim mieszkaniu.

Przypomnijmy, że w sobotę o godz. 16.15 do centrali wrocławskiej straży pożarnej zadzwonił mężczyzna z informacją o podłożonej bombie w szpitalu na ul. Kamieńskiego. Z tego powodu szpital dwukrotnie był sprawdzany przez policjantów i saperów. Tyle samo razy zarządzano też ewakuację, a za drugim razem - w środku mroźnej nocy - ze szpitala trzeba było wywieźć prawie 300 pacjentów. Alarm okazał się fałszywy.

Podczas akcji zmarła chora kobieta. Jednak według policji jej śmierć nie miała bezpośredniego związku z alarmem bombowym, bo ta pacjentka nie była ewakuowana.

Zobacz więcej na temat:

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 15 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    5 głosów