Niewygodny ksiądz z Drezna: Winy w sobie nie noszę
28.01.2012
, aktualizacja: 27.01.2012 19:39
Nie można być ślepo posłusznym władzy. Nie można makabry, jaką jest wojna, otaczać nimbem bohaterstwa, ani wmawiać, że są wojny sprawiedliwe. Ale trzeba wybaczać - uważa ks. Erich Busse, który w niedzielę będzie mówił o pojednaniu
Ksiądz ewangelicki z Drezna jest jednym z animatorów "Akcji Znaków Pokuty", która organizuje wyjazdy młodych Niemców do Polski, aby tu pracą starali się zadośćuczynić za zbrodnie wojenne. W latach 80. brał udział w opozycji w NRD, w stanie wojennym organizował pomoc dla Polski. W ubiegłym roku został laureatem Nagrody im. Brata Alberta za działalność na rzecz pojednania polsko-niemieckiego. O swoim doświadczeniu opowie w niedzielę o godz. 10 w kościele ewangelicko-augsburskim pw. Bożej Opatrzności przy ul. Kazimierza Wielkiego 29.
Aneta Augustyn: Niewygodny - tak o księdzu mówią.
Ks. Erich Busse: Niewygodny albo polityczny. Bo za często wracam do pytania: jak to możliwe, że w Niemczech oba Kościoły, katolicki i ewangelicki, przez dziesiątki lat uczyły bezwzględnego posłuszeństwa wobec władzy, także nazistowskiej.
Pytam też mój Kościół: jak to możliwe, że na zamku Sonnenstein w miasteczku Pirna koło Drezna, gdzie pod opieką Kościoła ewangelickiego działał szpital dla umysłowo chorych, w latach 40. zagazowano 15 tys. chorych Niemców? W ramach akcji T4, która zakładała likwidację jednostek niepełnowartościowych w piwnicach zamku zamontowano komorę gazową i krematorium.
Kościół nie chce odpowiadać na te pytania, uważa, że zasadniczo jesteśmy w porządku. A nie jesteśmy.
Nie wystarczy uznać, że był Hitler i Oświęcim. Trzeba wciąż wracać do pytań - jak sytuacja społeczna sprawiła, że to było możliwe, jaki mamy w tym udział. Kościół nie może się odwracać od tych pytań.
W ubiegłym roku mówiłem o tym po raz kolejny w miejscu pamięci, gdzie była filia obozu Gross-Rosen. Wiele osób sugeruje mi, że nie powinienem mówić o współodpowiedzialności mojego Kościoła za zbrodnie.
Lothar Kreyssig też był niewygodny, też stawiał pytania, z których urodziła się Akcja Znaku Pokuty.
- Był prawnikiem, pracował w latach 40. jako sędzia sądu opiekuńczego. Kiedyś zorientował się, że osierocone upośledzone dzieci znikają. Gdy dowiedział się, że to decyzja Fuhrera, odparł, że wódz nie tworzy nowego prawa. Głośno protestował przeciw eutanazji. Cudem ocalił głowę, ale natychmiast usunięto go ze stanowiska sędziego. Po wojnie zadawał sobie pytanie: "Dlaczego nie zrobiłem więcej?".
W 1958 napisał apel do narodów, które doznały od Niemiec przemocy, aby pozwoliły na gesty pojednania. Tak powstała Akcja Znaku Pokuty, która zaczęła wysyłać młodych Niemców do krajów prześladowanych przez Rzeszę, żeby tam pomagali w budowie szkół, kościołów, szpitali, w pracach w obozach koncentracyjnych. W ten sposób poznałem Polskę, z którą jestem w bliskim związku ponad 40 lat.
Ile miał pan lat, gdy zobaczył Majdanek?
- Osiemnaście. Komorę gazową ze śladami po paznokciach wyrytymi w betonie mam wciąż w pamięci.
Poczucie winy?
- Nie, ja jestem z produkcji powojennej i winy w sobie nie noszę. Wtedy w Majdanku wyrywaliśmy chwasty, a potem szliśmy na spotkania towarzyskie. Były wakacje, słońce, dziewczyny, muzyka Beatlesów. Było życie. Dopiero potem zaczęły kiełkować pytania o to, dlaczego zwykli Niemcy dali się uwieść nazistowskim ideom, i o odpowiedzialność, jaka na nas ciąży.
Niemal 70 lat po wojnie mamy wciąż do nich wracać?
- Einstein mawiał, że są dwie rzeczy nieskończone: kosmos i ludzka głupota, ale co do kosmosu nie ma pewności. W lutym w Dreźnie neonaziści wychodzą na ulicę, twierdząc, że Holocaust jest wyssany z palca.
Dopiero kilka lat temu w Niemczech oficjalnie unieważniono wyroki dezercji z czasu drugiej wojny, gdzie 30 tys. niemieckich żołnierzy odmówiło służby i zostało rozstrzelanych.
Pytania o wojnę nie tracą na aktualności, bo mechanizmy nadużyć są uniwersalne. Człowiek powinien zastanawiać się, do jakiego stopnia jest nadużywany przez innych, na jakie zło przyzwala, gdzie są granice przyzwoitości w traktowaniu innych.
Ciągle mówię o tym na kazaniach. O tym, że nie można być ślepo posłusznym władzy, że nie można makabry, jaką jest wojna, otaczać nimbem bohaterstwa ani wmawiać, że są wojny sprawiedliwe. Wojny zawsze prowadzą ci, którzy chcą na nich zarobić. Mówię też o pojednaniu, które dotyczy i jednostek, i narodów.
Co jest do niego konieczne?
- Bezwzględna rzetelność wobec historii, wola i uszanowanie drugiej strony. Tak jak w 1965, gdy biskupi polscy napisali do niemieckich "Przebaczamy i prosimy o wybaczenie".
Wojnę można narzucić, ale pojednania nie. Nie można go nakazać ani wymusić. Musi wyjść od człowieka. Jak w przypadku pewnej Cyganki, która jako dziecko trafiła w ręce doktora Mengele. Po wojnie spotkała się z lekarzem, który asystował Mengele. "Czy pan pamięta?", zapytała go. Odparł, że dzień i noc nie myśli o niczym innym: "Najpierw uważałem, że te badania to mój obowiązek, potem zrozumiałem, że stałem się częścią obłędnej machinerii". Pojechali razem do Oświęcimia. Tam wręczyła mu list ze słowami przebaczenia. On przyznał, że brał udział w zbrodni. Tych dwoje ludzi miało odwagę wyjść poza uprzedzenia i otworzyć sobie nawzajem drzwi do duchowego uzdrowienia i spokoju. Opowiem o tej historii na niedzielnym kazaniu.
Aneta Augustyn: Niewygodny - tak o księdzu mówią.
Ks. Erich Busse: Niewygodny albo polityczny. Bo za często wracam do pytania: jak to możliwe, że w Niemczech oba Kościoły, katolicki i ewangelicki, przez dziesiątki lat uczyły bezwzględnego posłuszeństwa wobec władzy, także nazistowskiej.
Pytam też mój Kościół: jak to możliwe, że na zamku Sonnenstein w miasteczku Pirna koło Drezna, gdzie pod opieką Kościoła ewangelickiego działał szpital dla umysłowo chorych, w latach 40. zagazowano 15 tys. chorych Niemców? W ramach akcji T4, która zakładała likwidację jednostek niepełnowartościowych w piwnicach zamku zamontowano komorę gazową i krematorium.
Kościół nie chce odpowiadać na te pytania, uważa, że zasadniczo jesteśmy w porządku. A nie jesteśmy.
Nie wystarczy uznać, że był Hitler i Oświęcim. Trzeba wciąż wracać do pytań - jak sytuacja społeczna sprawiła, że to było możliwe, jaki mamy w tym udział. Kościół nie może się odwracać od tych pytań.
W ubiegłym roku mówiłem o tym po raz kolejny w miejscu pamięci, gdzie była filia obozu Gross-Rosen. Wiele osób sugeruje mi, że nie powinienem mówić o współodpowiedzialności mojego Kościoła za zbrodnie.
Lothar Kreyssig też był niewygodny, też stawiał pytania, z których urodziła się Akcja Znaku Pokuty.
- Był prawnikiem, pracował w latach 40. jako sędzia sądu opiekuńczego. Kiedyś zorientował się, że osierocone upośledzone dzieci znikają. Gdy dowiedział się, że to decyzja Fuhrera, odparł, że wódz nie tworzy nowego prawa. Głośno protestował przeciw eutanazji. Cudem ocalił głowę, ale natychmiast usunięto go ze stanowiska sędziego. Po wojnie zadawał sobie pytanie: "Dlaczego nie zrobiłem więcej?".
W 1958 napisał apel do narodów, które doznały od Niemiec przemocy, aby pozwoliły na gesty pojednania. Tak powstała Akcja Znaku Pokuty, która zaczęła wysyłać młodych Niemców do krajów prześladowanych przez Rzeszę, żeby tam pomagali w budowie szkół, kościołów, szpitali, w pracach w obozach koncentracyjnych. W ten sposób poznałem Polskę, z którą jestem w bliskim związku ponad 40 lat.
Ile miał pan lat, gdy zobaczył Majdanek?
- Osiemnaście. Komorę gazową ze śladami po paznokciach wyrytymi w betonie mam wciąż w pamięci.
Poczucie winy?
- Nie, ja jestem z produkcji powojennej i winy w sobie nie noszę. Wtedy w Majdanku wyrywaliśmy chwasty, a potem szliśmy na spotkania towarzyskie. Były wakacje, słońce, dziewczyny, muzyka Beatlesów. Było życie. Dopiero potem zaczęły kiełkować pytania o to, dlaczego zwykli Niemcy dali się uwieść nazistowskim ideom, i o odpowiedzialność, jaka na nas ciąży.
Niemal 70 lat po wojnie mamy wciąż do nich wracać?
- Einstein mawiał, że są dwie rzeczy nieskończone: kosmos i ludzka głupota, ale co do kosmosu nie ma pewności. W lutym w Dreźnie neonaziści wychodzą na ulicę, twierdząc, że Holocaust jest wyssany z palca.
Dopiero kilka lat temu w Niemczech oficjalnie unieważniono wyroki dezercji z czasu drugiej wojny, gdzie 30 tys. niemieckich żołnierzy odmówiło służby i zostało rozstrzelanych.
Pytania o wojnę nie tracą na aktualności, bo mechanizmy nadużyć są uniwersalne. Człowiek powinien zastanawiać się, do jakiego stopnia jest nadużywany przez innych, na jakie zło przyzwala, gdzie są granice przyzwoitości w traktowaniu innych.
Ciągle mówię o tym na kazaniach. O tym, że nie można być ślepo posłusznym władzy, że nie można makabry, jaką jest wojna, otaczać nimbem bohaterstwa ani wmawiać, że są wojny sprawiedliwe. Wojny zawsze prowadzą ci, którzy chcą na nich zarobić. Mówię też o pojednaniu, które dotyczy i jednostek, i narodów.
Co jest do niego konieczne?
- Bezwzględna rzetelność wobec historii, wola i uszanowanie drugiej strony. Tak jak w 1965, gdy biskupi polscy napisali do niemieckich "Przebaczamy i prosimy o wybaczenie".
Wojnę można narzucić, ale pojednania nie. Nie można go nakazać ani wymusić. Musi wyjść od człowieka. Jak w przypadku pewnej Cyganki, która jako dziecko trafiła w ręce doktora Mengele. Po wojnie spotkała się z lekarzem, który asystował Mengele. "Czy pan pamięta?", zapytała go. Odparł, że dzień i noc nie myśli o niczym innym: "Najpierw uważałem, że te badania to mój obowiązek, potem zrozumiałem, że stałem się częścią obłędnej machinerii". Pojechali razem do Oświęcimia. Tam wręczyła mu list ze słowami przebaczenia. On przyznał, że brał udział w zbrodni. Tych dwoje ludzi miało odwagę wyjść poza uprzedzenia i otworzyć sobie nawzajem drzwi do duchowego uzdrowienia i spokoju. Opowiem o tej historii na niedzielnym kazaniu.
Najnowsze wiadomości
-
W DSW studenci mogą się już bawić dźwiękami [FOTO]
-
Wydłużą zielone światła dla przechodniów w centrum
-
Budowa torowiska zagrażała pieszym. Ma być lepiej
-
Te samoloty mają wygrać w Ameryce. Zrobili je studenci
-
Leszek Czarnecki dopiero 4. w rankingu najbogatszych
-
Tramwaj może i plus, ale za to autobusy na minusie
-
Za czwórką jedzie czwórka. Logika w MPK na jedynkę
- 13 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
39 głosów
-
Niewygodny ksiądz z Drezna: Winy w sobie nie noszę
maura4
28.01.12, 20:41
Kościół od tego był, aby uczyć bezwzględnego posłuszeństwa wobec władzy nie tylko w Niemczech. Miał za to gratyfikacje finansowe czy w nieruchomościach. Nie na darmo władza pochodziła od »
-
Niewygodny ksiądz z Drezna: Winy w sobie nie noszę
hazibula
29.01.12, 13:22
Kościół może. Ks. Erich Busse nie może nie zadawać bardzo trudnych pytań i twierdzi, że cały Kościół nie może od nich uciekać. Ale Kościół może. Kościół może nie odpowiadać kim jest Bóg »
-
Niewygodny ksiądz z Drezna: Winy w sobie nie noszę
giles
30.01.12, 01:01
dziekuje youngcontrarian za cytaty z wyszynskiego z1938 r. myslalem dotad, ze to kardynal hlond byl w przedwojennym episkopacie glownym oredownikiem "rozwiazania" sprawy zydowskiej. »
Najczęściej czytane24 htydzień





