Internauci: Każdy inny, ale wszyscy wkurzeni na ACTA
26.01.2012
, aktualizacja: 26.01.2012 19:01
Wrocław może być dumny ze swojej młodzieży. Jej protest przeciwko ACTA pokazał kilka rzeczy. Po pierwsze, że jest porządnie wkurzona. Po drugie, że jest jej tysiące. Po trzecie i najważniejsze: w obliczu ważnej sprawy zapomina o dzielących ją różnicach
ZOBACZ TAKŻE
- Haker z Wrocławia: Nie włamałem się na stronę premiera (28-01-12, 06:00)
- Prof. Czapiński: Swobodny dostęp do internetu dla protestujących jest jak woda (27-01-12, 19:54)
- Czy przez ACTA Zdrojewski przestanie być ministrem? (27-01-12, 12:38)
- Policja złapała hakera, który blokował stronę Tuska. "Dziecinnie łatwe" [WYWIAD] (27-01-12, 10:34)
- Zaatakował premiera w internecie, zdemaskowano go (26-01-12, 20:53)
- Tysiące na ulicach - protest przeciw ACTA [FOTO, FILM] (25-01-12, 17:50)
- Wrocławscy twórcy mówią nie dla ACTA, ale chcą ochrony (24-01-12, 17:49)
- Główny wrocławski protest przeciw ACTA będzie w środę (24-01-12, 15:01)
- Baśka robi karierę. Nawet na stronie premiera
- Internauci pytają, czy w sieci nie będzie wolności (22-01-12, 17:20)
Idąc na środową manifestację, byłem pełen obaw. Wiedziałem już, że protestować przeciwko ACTA zamierzają nie tylko wkurzeni nastolatkowie, studenci i tzw. normalni użytkownicy sieci. Od pewnego czasu wiadome było, że pojawią się również narodowcy z Młodzieży Wszechpolskiej i pozostający z nimi w stanie permanentnej wojny anarchiści i squattersi.
Zaledwie dwa miesiące temu, 11 listopada, potrzeba było poważnych sił policyjnych, by między tymi dwiema grupami nie doszło do mordobicia. Lokalna Antifa postanowiła wówczas zablokować nacjonalistyczny Marsz Patriotów. Doszło do wzajemnych bluzgów, szarpaniny, rzucania petardami. Zatrzymano kilkanaście osób. Kto zagwarantuje - myślałem, wybierając się na protest przeciwko ACTA - że teraz jedna czy druga strona nie będzie chciała wyrównać rachunków?
Moje obawy były bezpodstawne. Nie tylko ja przecierałem oczy ze zdumienia, że narodowcy i lewacy potrafią kroczyć ramię w ramię. Nikt nikogo nie opluł, nikt na nikogo nawet krzywo nie spojrzał. Kiedy zaopatrzeni we flagi z mieczykiem Chrobrego intonowali "Wielka Polska katolicka", stojący kilka metrów obok punkowcy z flagą ze znakiem anarchii odpowiadali "Precz z korporacyjnym totalitaryzmem".
"Widać dzieciaki są już tak wkur..., że na bok poszły subkulturowe niesnaski" - dziwiła się jedna z weteranek wrocławskich manifestacji.
W czasie demonstracji do ludzi zaczęły docierać wiadomości z Kielc. Tam młodzież protest przeciw ACTA wykorzystała do walk z policją i demolowania samochodów. We Wrocławiu nikomu nic takiego nawet nie przyszło do głowy. Tłum poruszał się karnie i w sposób zorganizowany: kiedy ktoś, kto miał akurat megafon w ręku, prosił: "Stajemy", wszyscy stawali. Gdy mówił: "Przyspieszamy, żeby nie blokować zbyt długo ulicy", przyspieszali.
Widać było, że wiedzą, gdzie i po co się zebrali. Nie po to, żeby atakować policjantów, ale by wyrazić swój sprzeciw. "W życiu czegoś takiego nie widziałem" - mówił mi jeden z nielicznych ochraniających marsz policjantów.
Muszę przyznać, że ja też nie. To była największa po 1989 r. wrocławska manifestacja (pomijam ubiegłoroczny protest związkowców, bo był międzynarodowy). Większa niż kroczące tu regularnie marsze równości czy niepodległości liczone razem z ich przeciwnikami. Do wyglądających przez okna zaciekawionych hałasem mieszkańców uczestnicy manifestacji nie wystawiali środkowego palca, ale machali przyjaźnie i zachęcali "Chodźcie z nami". Wiedzieli, że to nie przypadkowi przechodnie są ich wrogiem. To było naprawdę budujące.
Był na przełomie lat 70. i 80. taki zespół jak Sham 69, którego wokalista Jimmy Pursey, uważając się za orędownika mas, wzywał do pojednania i zjednoczenia załóg punków, skinheadów i popularnych wówczas w Anglii modsów. W swoim największym przeboju "If the kids are united" Pursey przekonywał, że jeśli dzieciaki się zjednoczą, to nic nie będzie w stanie ich podzielić. I choć Shamem fascynowałem się wiele lat temu, to w środę po raz chyba pierwszy w życiu poczułem, o co chodzi w tym kawałku.
Zaledwie dwa miesiące temu, 11 listopada, potrzeba było poważnych sił policyjnych, by między tymi dwiema grupami nie doszło do mordobicia. Lokalna Antifa postanowiła wówczas zablokować nacjonalistyczny Marsz Patriotów. Doszło do wzajemnych bluzgów, szarpaniny, rzucania petardami. Zatrzymano kilkanaście osób. Kto zagwarantuje - myślałem, wybierając się na protest przeciwko ACTA - że teraz jedna czy druga strona nie będzie chciała wyrównać rachunków?
Moje obawy były bezpodstawne. Nie tylko ja przecierałem oczy ze zdumienia, że narodowcy i lewacy potrafią kroczyć ramię w ramię. Nikt nikogo nie opluł, nikt na nikogo nawet krzywo nie spojrzał. Kiedy zaopatrzeni we flagi z mieczykiem Chrobrego intonowali "Wielka Polska katolicka", stojący kilka metrów obok punkowcy z flagą ze znakiem anarchii odpowiadali "Precz z korporacyjnym totalitaryzmem".
"Widać dzieciaki są już tak wkur..., że na bok poszły subkulturowe niesnaski" - dziwiła się jedna z weteranek wrocławskich manifestacji.
W czasie demonstracji do ludzi zaczęły docierać wiadomości z Kielc. Tam młodzież protest przeciw ACTA wykorzystała do walk z policją i demolowania samochodów. We Wrocławiu nikomu nic takiego nawet nie przyszło do głowy. Tłum poruszał się karnie i w sposób zorganizowany: kiedy ktoś, kto miał akurat megafon w ręku, prosił: "Stajemy", wszyscy stawali. Gdy mówił: "Przyspieszamy, żeby nie blokować zbyt długo ulicy", przyspieszali.
Widać było, że wiedzą, gdzie i po co się zebrali. Nie po to, żeby atakować policjantów, ale by wyrazić swój sprzeciw. "W życiu czegoś takiego nie widziałem" - mówił mi jeden z nielicznych ochraniających marsz policjantów.
Muszę przyznać, że ja też nie. To była największa po 1989 r. wrocławska manifestacja (pomijam ubiegłoroczny protest związkowców, bo był międzynarodowy). Większa niż kroczące tu regularnie marsze równości czy niepodległości liczone razem z ich przeciwnikami. Do wyglądających przez okna zaciekawionych hałasem mieszkańców uczestnicy manifestacji nie wystawiali środkowego palca, ale machali przyjaźnie i zachęcali "Chodźcie z nami". Wiedzieli, że to nie przypadkowi przechodnie są ich wrogiem. To było naprawdę budujące.
Był na przełomie lat 70. i 80. taki zespół jak Sham 69, którego wokalista Jimmy Pursey, uważając się za orędownika mas, wzywał do pojednania i zjednoczenia załóg punków, skinheadów i popularnych wówczas w Anglii modsów. W swoim największym przeboju "If the kids are united" Pursey przekonywał, że jeśli dzieciaki się zjednoczą, to nic nie będzie w stanie ich podzielić. I choć Shamem fascynowałem się wiele lat temu, to w środę po raz chyba pierwszy w życiu poczułem, o co chodzi w tym kawałku.
Najnowsze wiadomości
-
Czekają nas dwie premiery na wrocławskich scenach
-
Zobacz nowy dziecięcy szpital przy Koszarowej [FOTO]
-
Polscy projektanci w Sky Tower. Warto pooglądać
-
Dziecięcy szpital we wtorek przenosi się na Koszarową
-
Posłowie żądają dekomunizacji miast, a w Bogatyni...
-
Lotus, Lexus, Porsche - takie samochody zobaczysz w Hali Stulecia
-
Nie przegap! Masa imprez w weekend. Zobacz, co polecamy
- 8 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
36 głosów
-
Internauci: Każdy inny, ale wszyscy wkurzeni na...
kocur_chichot
26.01.12, 20:03
Wiadomość usunięta ze względu na podejrzenie naruszenia ACTA. Użytkownik został zgłoszony organom ścigania.»
Najczęściej czytane24 htydzień







więcej zdjęć