Oto sceny z życia rodzinnego w nietypowym albumie
02.01.2012
, aktualizacja: 02.01.2012 18:06
W fotograficznej książce zatytułowanej "Drewniane gody" Filip Zawada opowiada o piątym roku swojego małżeństwa. Biała okładka z wytłoczonym tytułem to zmyłka - zamiast baśniowej, kolorowej fikcji albumów weselnych mamy tu prozę życia portretowaną bez retuszu, za to z ogromną wrażliwością
Filipa Zawadę trudno zdefiniować jako artystę jednym słowem. Fotografuje od lat, pisywał wiersze, dwa lata temu wyróżniliśmy go (jako połówkę duetu Indigo Tree) nagrodą WARTO dla najciekawszego zjawiska w muzyce, chwilę później zadebiutował jako prozaik. Część zdjęć z "Drewnianych godów" znają ci, którzy śledzą w sieci jego stronęwww.filipitoito.com gdzie obrazkom z życia autora towarzyszą autorskie wpisy. I wydaje się, że ten wachlarz artystycznych zainteresowań jest w tym albumie widoczny.
Można tu dostrzec i potrzebę rejestrowania, łapania życia na bieżąco, właściwą internetowym pamiętnikom, i balladowy rytm, i talent do opisu, snucia sennych, hipnotyzujących opowieści. A choć ten zestaw nie ma nic wspólnego z pretensjonalnymi próbami przekładania poezji na język fotografii, to zdarza się, że ta poezja błyśnie gdzieś tu nagle, nienachalnie, pojawiając się na styku tego, co banalne i wzniosłe, czasem z ironicznym nawiasem. Za to proza jest serwowana surowo, bez żadnej pozy, makijażu i strojonych do aparatu min.
"Dom, dziecko i drzewo i podobno wszystko się w życiu osiągnęło" - napisał niedawno Zawada w swoim blogu. - "Nikt tylko nie wspomina, że w domu trzeba robić wieczny remont, że dziecko jest osiągnięciem, które codziennie stawia wyżej poprzeczkę, a drzewo rośnie i w sumie do momentu, kiedy się mieszka w jednym domu i nie chce się go zabrać do drugiego, to jeszcze jest OK. Jednak jeżeli chce się je zawsze mieć obok dziecka i domu, to trzeba pamiętać, żeby było ono niewielkich rozmiarów i zawsze mogło się zmieścić do osobówki. Jeżeli się o tym nie pamięta, to zawsze można posadzić drugie, ale czy dwa drzewa to już nie za dużo obowiązków?".
W albumie pojawiają się wszystkie trzy elementy portretowane z czułością. Fotografie układają się w spójną opowieść o tym, co wydarzyło się w ciągu roku. Przychodzi na świat dziecko, zdarzają się ciche dni, myśli się o wyprowadzce na wieś, remontuje stary dom.
Cieszą popołudniowe plamy słońca na murze, ciepłe miodowozłote światło lampy nad stołem, promienie przebijające się rankiem przez ciemne zasłony. Jest się razem, czule, intymnie, a mimo to czasem boleśnie osobno.
Siła tej opowieści bierze się stąd, że choć pozornie nie dzieje się tu nic zaskakującego, to oglądając te zdjęcia, przeczuwamy całe to pulsujące podskórnie życie, jakie tam się toczy, zwyczajnie, bez rozgłosu, ze swoimi codziennymi dylematami, dramatami, radościami i wahaniami nastrojów.
"Życie rzadko wygląda tak jak na filmach Walta Disneya, w których nikt nie wyrzuca śmieci, nikt nie umiera, nikt nie pierze i nikt nie zamyka się w łazience, żeby uciec na chwilę od codziennych problemów" - pisze Zawada. "Ja staram się opowiadać głównie o takich rzeczach, bo moje życie składa się głównie z pozornie prozaicznych spraw. Więc gotując obiad, mogę tylko pozazdrościć disnejowskim postaciom".
Zawadzie też jest czego zazdrościć - na pewno wrażliwości, wyczulenia na szczegół, nastrój, chwilę. Dzięki temu właśnie ta ostentacyjna zwyczajność, codzienność, serwowana tu bez retuszu, jest tak ujmująca.
Bohaterami zdjęć są jego najbliżsi, choć i on sam miga w kilku ujęciach.
Ale są też tu codzienne pejzaże - zabałaganione domowe wnętrza, w których liście doniczkowych kwiatów sypią się na parapet, widok z zachlapanego deszczem i śniegiem okna na szare blokowisko, pusty parking z osamotnionym wózkiem pod osiedlowym samem, figura Chrystusa stojąca na tle odrapanego żeliwnego kaloryfera i ginekologiczny fotel, z którego ktoś wstał przed chwilą.
Oglądając te zdjęcia, ma się wrażenie, jakbyśmy zostali zaproszeni przez autora do domu i przez jakąś pomyłkę zjawiliśmy się w nim grubo przed czasem, zaskakując gospodarzy zamkniętych przed światem w ciepłym, intymnym, rodzinnym kokonie.
A oni nas wcale nie zauważają i trwają nieprzerwanie w uścisku. Kobieta zastyga w zamyśleniu, mydli ciało pod prysznicem, naga siedzi na łóżku i pije wodę z plastikowej butelki, odsłania brzuch. A my mamy ją na wyciągnięcie ręki, bo oto nieoczekiwanie wkroczyliśmy w cudzą intymność i podglądamy sceny z życia rodziny, wystawionej na nasze spojrzenie bez ochronnego filtra.
"Drewniane gody", tak samo zresztą jak fotograficzny blog Zawady, jest przykładem takiego działania na przekór współczesnemu imperatywowi, który każe produkować ulepszone wersje własnego życia, niezbędne do rywalizacji w portalach społecznościowych. To nie są zdjęcia, które dałyby ich bohaterom setkę nowych znajomych na Facebooku. Więcej - są takich obrazków zaprzeczeniem. Filip Zawada eksperymentuje, próbując pokazać codzienność w stanie czystym, zdrapując z niej pracowicie wszelką stylizację i próbę upiększeń.
Nie będzie to instrukcja obsługi życia nadająca się do powielenia. Nie ma tu prawd objawionych, jest za to pełne spokoju spojrzenie, obejmujące i akceptujące każdy element tego oswojonego, wspólnego świata - plątaninę kabli pod przyszłą podłogą, ścianę z zapisaną na niej pamięcią obrazu, który tu przed chwilą jeszcze wisiał, twarze najbliższych, którzy nauczyli się żyć z obiektywem wymierzonego w nich aparatu.
* Filip Zawada, "Drewniane gody", Ośrodek Postaw Twórczych, Wrocław 2010
Można tu dostrzec i potrzebę rejestrowania, łapania życia na bieżąco, właściwą internetowym pamiętnikom, i balladowy rytm, i talent do opisu, snucia sennych, hipnotyzujących opowieści. A choć ten zestaw nie ma nic wspólnego z pretensjonalnymi próbami przekładania poezji na język fotografii, to zdarza się, że ta poezja błyśnie gdzieś tu nagle, nienachalnie, pojawiając się na styku tego, co banalne i wzniosłe, czasem z ironicznym nawiasem. Za to proza jest serwowana surowo, bez żadnej pozy, makijażu i strojonych do aparatu min.
"Dom, dziecko i drzewo i podobno wszystko się w życiu osiągnęło" - napisał niedawno Zawada w swoim blogu. - "Nikt tylko nie wspomina, że w domu trzeba robić wieczny remont, że dziecko jest osiągnięciem, które codziennie stawia wyżej poprzeczkę, a drzewo rośnie i w sumie do momentu, kiedy się mieszka w jednym domu i nie chce się go zabrać do drugiego, to jeszcze jest OK. Jednak jeżeli chce się je zawsze mieć obok dziecka i domu, to trzeba pamiętać, żeby było ono niewielkich rozmiarów i zawsze mogło się zmieścić do osobówki. Jeżeli się o tym nie pamięta, to zawsze można posadzić drugie, ale czy dwa drzewa to już nie za dużo obowiązków?".
W albumie pojawiają się wszystkie trzy elementy portretowane z czułością. Fotografie układają się w spójną opowieść o tym, co wydarzyło się w ciągu roku. Przychodzi na świat dziecko, zdarzają się ciche dni, myśli się o wyprowadzce na wieś, remontuje stary dom.
Cieszą popołudniowe plamy słońca na murze, ciepłe miodowozłote światło lampy nad stołem, promienie przebijające się rankiem przez ciemne zasłony. Jest się razem, czule, intymnie, a mimo to czasem boleśnie osobno.
Siła tej opowieści bierze się stąd, że choć pozornie nie dzieje się tu nic zaskakującego, to oglądając te zdjęcia, przeczuwamy całe to pulsujące podskórnie życie, jakie tam się toczy, zwyczajnie, bez rozgłosu, ze swoimi codziennymi dylematami, dramatami, radościami i wahaniami nastrojów.
"Życie rzadko wygląda tak jak na filmach Walta Disneya, w których nikt nie wyrzuca śmieci, nikt nie umiera, nikt nie pierze i nikt nie zamyka się w łazience, żeby uciec na chwilę od codziennych problemów" - pisze Zawada. "Ja staram się opowiadać głównie o takich rzeczach, bo moje życie składa się głównie z pozornie prozaicznych spraw. Więc gotując obiad, mogę tylko pozazdrościć disnejowskim postaciom".
Zawadzie też jest czego zazdrościć - na pewno wrażliwości, wyczulenia na szczegół, nastrój, chwilę. Dzięki temu właśnie ta ostentacyjna zwyczajność, codzienność, serwowana tu bez retuszu, jest tak ujmująca.
Bohaterami zdjęć są jego najbliżsi, choć i on sam miga w kilku ujęciach.
Ale są też tu codzienne pejzaże - zabałaganione domowe wnętrza, w których liście doniczkowych kwiatów sypią się na parapet, widok z zachlapanego deszczem i śniegiem okna na szare blokowisko, pusty parking z osamotnionym wózkiem pod osiedlowym samem, figura Chrystusa stojąca na tle odrapanego żeliwnego kaloryfera i ginekologiczny fotel, z którego ktoś wstał przed chwilą.
Oglądając te zdjęcia, ma się wrażenie, jakbyśmy zostali zaproszeni przez autora do domu i przez jakąś pomyłkę zjawiliśmy się w nim grubo przed czasem, zaskakując gospodarzy zamkniętych przed światem w ciepłym, intymnym, rodzinnym kokonie.
A oni nas wcale nie zauważają i trwają nieprzerwanie w uścisku. Kobieta zastyga w zamyśleniu, mydli ciało pod prysznicem, naga siedzi na łóżku i pije wodę z plastikowej butelki, odsłania brzuch. A my mamy ją na wyciągnięcie ręki, bo oto nieoczekiwanie wkroczyliśmy w cudzą intymność i podglądamy sceny z życia rodziny, wystawionej na nasze spojrzenie bez ochronnego filtra.
"Drewniane gody", tak samo zresztą jak fotograficzny blog Zawady, jest przykładem takiego działania na przekór współczesnemu imperatywowi, który każe produkować ulepszone wersje własnego życia, niezbędne do rywalizacji w portalach społecznościowych. To nie są zdjęcia, które dałyby ich bohaterom setkę nowych znajomych na Facebooku. Więcej - są takich obrazków zaprzeczeniem. Filip Zawada eksperymentuje, próbując pokazać codzienność w stanie czystym, zdrapując z niej pracowicie wszelką stylizację i próbę upiększeń.
Nie będzie to instrukcja obsługi życia nadająca się do powielenia. Nie ma tu prawd objawionych, jest za to pełne spokoju spojrzenie, obejmujące i akceptujące każdy element tego oswojonego, wspólnego świata - plątaninę kabli pod przyszłą podłogą, ścianę z zapisaną na niej pamięcią obrazu, który tu przed chwilą jeszcze wisiał, twarze najbliższych, którzy nauczyli się żyć z obiektywem wymierzonego w nich aparatu.
* Filip Zawada, "Drewniane gody", Ośrodek Postaw Twórczych, Wrocław 2010
Najnowsze wiadomości
-
W DSW studenci mogą się już bawić dźwiękami [FOTO]
-
Wydłużą zielone światła dla przechodniów w centrum
-
Budowa torowiska zagrażała pieszym. Ma być lepiej
-
Te samoloty mają wygrać w Ameryce. Zrobili je studenci
-
Leszek Czarnecki dopiero 4. w rankingu najbogatszych
-
Tramwaj może i plus, ale za to autobusy na minusie
-
Za czwórką jedzie czwórka. Logika w MPK na jedynkę
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień







