Na tej płycie bywa lirycznie, irytująco, ale nie nudno

Adam Domagała
01.01.2012 , aktualizacja: 01.01.2012 22:39
A A A Drukuj
Płyta

Płyta "Hadrons"

"Hadrons" wrocławskiego trębacza i kompozytora Piotra Damasiewicza to przykład artystycznej odwagi graniczącej z samobójczą brawurą: na sukces komercyjny nie ma szansy, snobistyczni koneserzy też mogą kręcić nosem, że "to już było". Jednak płyta jest niebywałym sukcesem
"Hadrons" jest dowodem na to, że jeśli we właściwym czasie trafi się na właściwych ludzi, pomysły mocno odklejone od rzeczywistości rynku muzycznego można jednak zrealizować.

Piotr Damasiewicz studiował na akademiach muzycznych we Wrocławiu, Bydgoszczy i Katowicach, powołał do życia kilka efemerycznych, awangardowych przedsięwzięć wiążących ze sobą światy muzyczny i sztuk plastycznych oraz wizualnych. Kilka lat temu przytrafiła mu się okazja, jakiej pozazdrościć może niejeden stary wyjadacz. Piotr Turkiewicz, szef (wówczas nowo powołany) festiwalu Jazztopad, zamówił u niego utwór na zespół improwizujących jazzmanów i orkiestrę kameralną. Wyzwanie tyleż ambitne, co piekielnie trudne, nawet dla kogoś tak przebojowego i charyzmatycznego jak "Damas". Pograć w klubie z kolegami ze studiów nawet najbardziej awangardowy repertuar i ewentualnie zdobyć uznanie środowiska to jedno, a poddać się ocenie festiwalowej publiczności jako kompozytor panujący nad skomplikowaną formą to drugie.

Premiera kompozycji "Hadrons" miała miejsce w jeden z pochmurnych listopadowych weekendów 2008 r., frekwencja w Filharmonii Wrocławskiej była taka sobie, publiczność większych emocji nie okazała, a sam autor ewidentnie nie był zadowolony z tego, co udało mu się zaprezentować. Po czym projekt zaczął dojrzewać, przyjacielskie słowa zachęty, przekonanie, że cały wysiłek nie może się skończyć na jednym wieczorze, i menedżerska żyłka, którą odkrył w sobie kompozytor, doprowadziły do optymistycznego finału.

Damasiewicz po raz kolejny zebrał doborowy zespół z najjaśniejszymi gwiazdami młodego polskiego jazzu, saksofonistą altowym Maciejem Obarą i kontrabasistą Maciejem Garbowskim na czele; stać go też było na zaangażowanie najlepszej orkiestry kameralnej w kraju - tyskiej AUKSO kierowanej przez Marka Mosia, a także wynajęcie studia, w którym niemal wszyscy chcą teraz nagrywać - podkrakowskiej Alvernii. Płyta ukazała się kilka tygodni temu, na zakończenie tegorocznego Jazztopadu, niemal w trzecią rocznicę koncertowego prawykonania, i stała się pierwszym fonograficznym dokumentem - następne w planach - umacniającej się pozycji wrocławskiego festiwalu.

Czym są tytułowe hadrony? To termin z zakresu fizyki cząstek elementarnych oznaczający cząstki materii składające się z jeszcze mniejszych cząstek - kwarków. Tytuł jest programowy i ma naprowadzić słuchacza na trop muzycznego i filozoficznego sensu kompozycji. "Im bliżej siebie znajdują się kwarki, tym mniejsze oddziaływanie między nimi. Kiedy odległość się zwiększa - oddziaływanie wzrasta. Doszukując się analogii między zachowaniem kwarków a zachowaniem improwizujących ze sobą muzyków, nawiązałem do osiągnięć freejazzowych mistrzów lat 60. Odchodząc od stałych struktur tonalno-rytmicznych, zwiększali oni stopień ekspresyjności do maksimum" - streszcza Damasiewicz swój zamysł w książeczce dołączonej do płyty. Zawsze gdy kompozytor (a w tym wypadku także jeden z wykonawców) kleci zawiłe teorie na temat dzieła, robię się nieufny, bo muzyka powinna działać raczej na zmysły, niż być łamigłówką do rozwiązania.

Tutaj autorski opis akurat nie rozmija się z prawdą i gdy muzyki Damasiewicza posłucha się w miarę uważnie, to akceptuje się ją zaskakująco łatwo: toż to tak naprawdę nic innego jak skrzyżowanie popularnej i eleganckiej formuły "jazz with strings" z awangardowymi, bynajmniej nie chuligańskimi ekscesami, dosyć zwarte (utwór ma cztery części, w sumie niewiele ponad 40 minut). Jest tu miejsce i na całkiem przyjemne melodie, i na schizofreniczne solowe odjazdy, i na orkiestrowe partie jak z filmowego horroru, i zespołowe partie dęciaków, przywołujące klimat nagrań Komedy sprzed kilku dekad. Bywa lirycznie i obłędnie ekspresyjnie, czasem irytująco, ale nigdy nudno.

Nie byłoby tej płyty - podobnie jak nie byłoby festiwalu Jazztopad ani wielu mniejszych i większych przedsięwzięć artystycznych - gdyby nie finansowy fundament, jaki dla kultury spoza nurtu pop zbudowało miasto Wrocław. Ktoś może pytać o sens pompowania pieniędzy w artystyczne nisze i wspierania rzeczy, które najczęściej nie mają szans, żeby przebić się do tzw. powszechnej świadomości - takich jak "Hadrons". Ale czy ktoś zaprzeczy, że Europejskiej Stolicy Kultury po prostu nie wypada takiej szalonej misji nie pełnić?

Piotr Damasiewicz "Hadrons", Ars Cameralis Records, 2011

Autor prowadzi blog www.zdzezemlzej.blogspot.com

Najnowsze wiadomości