Anna Jadowska: Polskie porno jest siermiężno-buraczane, bez glamouru

Magda Piekarska
22.12.2011 , aktualizacja: 21.12.2011 19:59
A A A Drukuj
Kadr z filmu Anny Jadowskiej 'Z miłości' Fot. Lancelot Media Distribution Kadr z filmu Anny Jadowskiej 'Z miłości'
- Kiedy pisałam scenariusz i robiłam zdjęcia, wielu mężczyzn pytało mnie, co kobieta może wiedzieć o porno. Ale porno to przecież nie wiedza tajemna - mówi Anna Jadowska, reżyserka filmu "Z miłości", opowiadającego o kulisach polskiego pornobiznesu.
Reżyserka Anna Jadowska
Fot. Rafał Malko / AG
Reżyserka Anna Jadowska
Kadr z filmu Anny Jadowskiej 'Z miłości'
Fot. Lancelot Media Distribution
Kadr z filmu Anny Jadowskiej 'Z miłości'
Rozmowa z Anną Jadowską

Magda Piekarska: Zatytułowałaś swój film "Z miłości". Czy jest związek między tytułem a motywacją głównych bohaterów, którzy decydują się zagrać w porno?

Anna Jadowska*: Nie do końca. Oni niby robią to z miłości - dla zachowania swojego związku, dla dziecka, ale to tylko pozór. A to wytłumaczenie staje się też pułapką. Tych miłości, różnie pojmowanych, jest zresztą w moim filmie więcej. Jest uzależniające uczucie, które łączy podstarzałą gwiazdę z pornobiznesem, jest znudzone sobą małżeństwo szefa wytwórni tych filmów.

Kim są twoi bohaterowie?

- To młodzi ludzie z małego miasteczka. Mają po dwadzieścia parę lat, małe dziecko. On nie pracuje, mieszkają kątem u rodziców, mają trochę długów, chcieliby się odbić od dna, ale tak naprawdę ich sytuacja nie jest wcale dramatyczna. Decyzja zagrania w porno bierze się raczej z chęci pójścia na łatwiznę, na skróty. Wyobrażają sobie, że oddadzą długi i będzie po wszystkim.

Tak jest w filmie. A w prawdziwym pornobiznesie?

- Tu te motywacje są dużo bardziej złożone, nie mają tak silnej dramaturgicznej konstrukcji. Przykładem jest choćby Marianna Rokita, na której postaci jest luźno wzorowana jedna z moich bohaterek, którą gra Anna Ilczuk. Była dziennikarka, pracownica biura poselskiego, która trafiła do pornobiznesu i po której później ślad zaginął. Moja bohaterka czuje w pewnym momencie, że pętla pornografii zaciska jej się na szyi. Nie chciałam pokazywać przymusu tej sytuacji - to jest jej decyzja, którą sama podjęła. W gonitwie za niecodzienną podnietą, w poszukiwaniu taniej ekscytacji. Jest też starsza od niej kobieta, która doszła do punktu, w którym bez porno nie wyobraża sobie życia.

Rozmawiałaś z kobietami, które grają w tych filmach? Dlaczego to robią?

- Rozmawiałam, ale niewiele z tych rozmów wynikło. Na pewno jest grupa kobiet ofiar, które zostały w pewien sposób do tego zmuszone. Ale w biznesie porno jest to tak naprawdę rzadkość. Za role w tych filmach nie dostaje się wielkich pieniędzy - największa polska firma płaci ok. 2 tys. zł za dzień zdjęciowy, podczas którego powstaje tak naprawdę cały film. Marianna Rokita za seksualny rekord świata miała dostać 15 tys. zł. Nikt nikomu noża do gardła nie przystawia. Oczywiście, szefowie tego biznesu opowiadają, że z werbowanymi kobietami najpierw się długo rozmawia, że są do tego przygotowywane, że zgadzają się z własnej, nieprzymuszonej woli. To jest ich wersja i zakładam, że jest w tym manipulacja, na którą nabierają się dziewczyny z małych miasteczek, marzące o boa, piórach i wysokich obcasach. A potem trafiają na wersalkę w tanim hotelu.

Na ile porno to kobieca sprawa?

- Kiedy pisałam scenariusz i robiłam zdjęcia, wielu mężczyzn pytało mnie, co kobieta może wiedzieć o porno. Ale porno to przecież nie wiedza tajemna, mechanizmy, które w nim funkcjonują są proste do odkrycia, pornografia istniała zawsze w różnym wymiarze, teraz jest to o tyle dramatyczne i dotkliwe, że istnieje na skalę przemysłową, i trybiki w tym mechanizmie, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, płacą za funkcjonowanie w pornobiznesie dużą cenę. W sensie materialnym czasem im się to opłaca, w sensie psychicznym dużo musi ich to kosztować. Kobiety najczęściej pokazywane są dość instrumentalnie, rzutuje to, niestety, na to, jak rozkładają się role w prywatnych sypialniach.

Skąd to zainteresowanie polskim pornobiznesem?

- Zainspirował mnie artykuł Cezarego Łazarewicza w "Przekroju" - opisywał polski biznes porno w lekko ironiczny sposób, pokazując szarą rzeczywistość takich wytwórni filmowych. Narzekania aktorów, że na planie nie ma jedzenia, że nie mają opłaconego ZUS-u, że ktoś od kogoś złapał wszy łonowe. W Polsce porno odgrywa ciekawą rolę - z jednej strony samo to hasło jest najpopularniejsze w wyszukiwarkach internetowych, z drugiej nikt się nie przyzna, że takie filmy ogląda. Taka moralna schizofrenia. Wydaje mi się, że pornobiznes w jakiś gorzki sposób odbija i pokazuje stan naszego społecznego morale. Wszyscy mamy jakieś brudy na sumieniu, wszyscy udajemy, że jesteśmy lepsi niż jesteśmy i wszyscy ciemną wstydliwą część nas samych głęboko ukrywamy.

Obejrzałaś tych produkcji całkiem sporo. Jakie są polskie filmy porno?

- Siermiężno-buraczane, kręcone amatorską kamerą. Nie ma tu kompletnie tego elementu glamour, który jest obecny z amerykańskich czy nawet niemieckich produkcjach. Jest tymczasowo, byle jak, ledwie, z byle kim. Ja się skupiałam głównie na cyklu zakrojonym na ogromną skalę, w którym wzięło udział kilkaset par amatorów, zapraszanych do uprawiania seksu przed kamerą. I tam ta bylejakość aż biła w oczy. Te sceny rozgrywały się albo w ich własnych mieszkaniach, albo w hotelach.

Takie filmy powstają, bo polski pornobiznes nie jest w stanie wyprodukować bardziej efektownych, czy może dlatego, że Polacy chcą oglądać siebie samych?

- Raczej podglądać sąsiada przez okno. Na pewno chcą, żeby było prosto, przaśnie, prawdziwie. Często zresztą sami siebie wrzucają do internetu. Istnienie pornografii wynika z pobudek voyerystycznych. I wynika z tego, że bardziej niż mieszkańca Berlina czy Las Vegas interesuje nas, co się dzieje u sąsiada pod kołdrą.

Do jednej ze scen zatrudniłaś prawdziwych aktorów porno. Nie miałaś oporów przed tą decyzją?

- Nie. Nie mogłam zrobić filmu o pornografii, który tej pornografii w jakiś sposób by nie dotknął. Być może w polskich warunkach ta scena może wyda się odważna, ale jeśli spojrzymy na nią w szerszym kontekście, przekonamy się, że podobne obrazy widzieliśmy już w niejednym filmie, bynajmniej nie pornograficznym. Nie chciałam opowiadać o pornografii w jakiś zawoalowany, metaforyczny sposób. Chciałam, żeby to było naturalistyczne, dotkliwe.

Za to początek jest jak z innej bajki - para młodych bohaterów jedzie do ślubu karetą.

- To takie home video z wesela. Chciałam pokazać, że kamera towarzyszy nam dziś w najważniejszych momentach naszego życia. I że te momenty stają się takie ważne właśnie przez obecność kamery. To ona pokazuje nasz ślub, oświadczyny, czasem też noc poślubną. Z drugiej strony to, co rejestruje, nie jest wcale życiem, ale jego ulepszoną wersją. Sfałszowaną, podrasowaną tak, żeby można było się nią pochwalić sąsiadom. Dlatego właśnie musi być karoca, choćby nawet trzeba było na nią zaciągnąć kredyt. Bo trza być w butach na weselu.

Anna Jadowska* - scenarzystka, reżyserka; absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim i reżyserii w łódzkiej "Filmówce"; współautorka (wraz z Ewą Stankiewicz) filmu "Dotknij mnie", reżyserka "Generała" i "Teraz ja"; jej najnowszy film, "Z miłości", od 26 grudnia będzie można oglądać w Dolnośląskim Centrum Filmowym

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 44 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów