Kto powinien się wstydzić za sprawę rektora Andrzejaka

Tomasz Wysocki
18.11.2011 , aktualizacja: 18.11.2011 21:12
A A A Drukuj
Prof. Ryszard Andrzejak już się wstydu najadł. Teraz powinni się wstydzić wszyscy ci, którzy w imię źle pojętej solidarności ze swoim szefem i uczelnią udawali, że sprawy plagiatu nie ma.
4 października 2010 roku, gdy Ryszard Andrzejak otwierał rok akademicki na Akademii Medycznej, dr hab. Jerzy Heimrath głośno powiedział: - Obecność tu rektora kompromituje uczelnię, kompromituje nas wszystkich. Winę za ten stan rzeczy ponoszą władze uczelni oraz wszyscy ci, którzy nie protestowali, którzy milczeli, którzy wspomagali. To czas żałoby, a nie świętowania
Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta
4 października 2010 roku, gdy Ryszard Andrzejak otwierał rok akademicki na Akademii Medycznej, dr hab. Jerzy Heimrath głośno powiedział: - Obecność tu rektora kompromituje uczelnię, kompromituje nas wszystkich. Winę za ten stan rzeczy ponoszą władze uczelni oraz wszyscy ci, którzy nie protestowali, którzy milczeli, którzy wspomagali. To czas żałoby, a nie świętowania
Profesorowie z Uniwersytetu Jagiellońskiego wbili gwóźdź do naukowej trumny byłego rektora Akademii Medycznej we Wrocławiu. Stosunkiem głosów 74 do 18 uznali, że prof. Ryszard Andrzejak popełnił plagiat. I tak zakończyła się ta trzyletnia - momentami bardzo żenująca - historia.

Ryszard Andrzejak w roku 2008 pewnie wygrał wybory na drugą swoją kadencję rektorską. W maju 2011 roku w atmosferze skandalu ustąpił ze stanowiska. To przypadek bez precedensu w polskiej nauce: rektor wielkiej uczelni podaje się do dymisji z powodu oszustwa naukowego. Wkrótce jego następca, prof. Marek Ziętek, zdecyduje najpewniej o dyscyplinarnym zwolnieniu Andrzejaka, dziś szefa Katedry i Kliniki Chorób Wewnętrznych, Zawodowych i Nadciśnienia Tętniczego. To będzie najbardziej dotkliwy przejaw degradacji naukowej i zawodowej byłego rektora.

Sprawa prof. Andrzejaka mocno zaszkodziła wrocławskiej Akademii Medycznej. I formalnie, i wizerunkowo. Efektem przeciągania procedur nakazanych przez Centralną Komisję ds. Stopni i Tytułów była utrata uprawnień do nadawania habilitacji i prowadzenia profesur przez Wydział Lekarski. A to najważniejszy wydział na uczelni. Teraz uczeni z Polski szerokim łukiem omijają wrocławską akademię. Pełnię praw Wydział Lekarski ma szanse wywalczyć w najlepszym układzie w rok, ale na odzyskanie dobrego imienia trzeba będzie pracować długie lata.

Z kryzysem wywołanym przez sprawę plagiatową prof. Andrzejaka nie poradziło sobie Ministerstwo Zdrowia. Wprawdzie błyskawicznie wszczęło postępowanie wyjaśniające, ale jego efekty były żałosne. Opinię prof. Czesława Stankiewicza z Gdańska, który badał zarzuty wobec rektora, ministerstwo utajniło. Ale jednocześnie na jej podstawie zakończyło dochodzenie. Kiedy sąd odtajnił dokument, okazało się, że powołany przez resort zdrowia na rzecznika dyscyplinarnego prof. Stankiewicz wcale nie przesądził, czy był plagiat w habilitacji, czy go nie było. Swoją drogą jego orzeczenie było kuriozalne - Stankiewicz analizował, czy związek zawodowy ma prawo zarzucać plagiat naukowcowi, zamiast zająć się meritum sprawy.

Generalnie poległo wrocławskie środowisko akademickie. Ale na jego usprawiedliwienie trzeba powiedzieć, że w tak delikatnej sprawie trudno jednoznacznie się wypowiadać, nie znając szczegółów. Jednak był taki moment, w którym wszystkie pozawrocławskie gremia badawcze orzekły, że praca habilitacyjna prof. Andrzejaka nie spełnia standardów naukowej przyzwoitości, i w tym momencie można było - a nawet należało - zabrać głos. Akademickie środowisko lekarskie w dużej mierze - albo w imię źle pojętej solidarności ze swoim szefem, albo z osobistej kalkulacji, czy też z błędnego, od lat pokutującego na uczelni przekonania, że takich spraw nie wolno wywlekać na światło dzienne - skompromitowało się. Nie chciało rzetelnie zbadać oskarżeń, grało na czas, oskarżało prasę o medialną nagonkę.

Na szczęście znalazł się jeden odważny - spoza środowiska lekarskiego - który nazwał sprawę po imieniu, gdy tylko wszystko było już nader jasne. Prof. Leszek Pacholski, były rektor Uniwersytetu Wrocławskiego, powiedział wprost, że Andrzejak powinien ustąpić, bo utracił zdolność honorową. Skrytykował też przy okazji kolegów profesorów, którzy od wydarzeń na Akademii Medycznej trzymali jak najbezpieczniejszy dystans.

Ale nie byłoby końca tej sprawy, gdyby nie niezłomność dr. Marka Wrońskiego z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Wroński, publicysta "Forum Akademickiego", od lat tropi przypadki nieuczciwości naukowej. To on w chwili, gdy Ministerstwo Zdrowia utajniło orzeczenie Stankiewicza, pokazał siłę charakteru. Podał resort do sądu, wygrał, treść opinii ujawnił. To był prawdziwy przełom w tej historii.

O Andrzejaku wszyscy zapomną, ale smród po jego sprawie długo jeszcze będzie unosił się na korytarzach Akademii Medycznej. Tym, którzy do dziś go nie czują i nawet teraz negują werdykty niezależnych ekspertów, nic już nie pomoże. Żeby przyznać się do obecności tego brzydkiego zapachu, trzeba mieć odwagę cywilną i poczucie wstydu.

Zobacz więcej na temat:

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 33 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    30 głosów