Prof. Wiktor o tolerancji na Uniwersytecie Wrocławskim

Prof. Zbigniew Wiktor, Uniwersytet Wrocławski
24.10.2011 , aktualizacja: 24.10.2011 11:56
A A A Drukuj
W "Gazecie Wyborczej" 10 października ukazał się interesujący felieton prof. Klausa Bachmanna, w którym m. in. wyraził opinię, że Uniwersytet Wrocławski "jest ostoją tolerancji i pluralizmu".
Prof. Zbigniew Wiktor. Politolog, wykładowca na Wydziale Nauk Społecznych w Instytucie Politologii UWr. Habilitował się w 1988 r. w NRD z pracy na temat teorii naukowego socjalizmu. Członek  Komunistycznej Partii Polski
Fot. Łukasz Giza/AG
Prof. Zbigniew Wiktor. Politolog, wykładowca na Wydziale Nauk Społecznych w Instytucie Politologii UWr. Habilitował się w 1988 r. w NRD z pracy na temat teorii naukowego socjalizmu. Członek Komunistycznej Partii Polski
Potwierdzeniem tego jest, zdaniem Kalusa Bachmanna, obecność na uniwersytecie m. in. "prof. Zbigniewa Wiktora, komunisty, który pisuje w gazetach skrajnie lewicowych". Jako dalszy argument potwierdzający tezę o tolerancji prof. Bachmann podaje okoliczność, że nikt nie stawia wniosku, "aby ich zwolnić z pracy".

Zwolnienie z pracy profesora uniwersytetu jest trudnym zadaniem. Jego pozycję zawodowo-pracowniczą stabilizują normy ustawy o szkolnictwie wyższym i Statut Uniwersytetu Wrocławskiego. Taka osoba musiałaby się dopuścić deliktów kryminalnych lub ciężkiego naruszenia norm i zwyczajów administracyjno-dyscyplinarnych, by pozbawić ją pracy. Jest to jedna z ważnych gwarancji prawno-instytucjonalnych nieskrępowanego rozwoju nauki, poszukiwania prawdy i wykonywania zadań dydaktycznych i społecznych. Pod tym względem w Polsce jest lepiej niż w Niemczech, gdzie wobec ludzi radykalnej lewicy stosuje się tzw. Berufsverbot, a w landach wschodnich po 1990 roku dąży się konsekwentnie do marginalizacji i likwidacji inteligencji z dawnej NRD.

Ale nie oznacza to, że nie stosuje się lub nie stosowano innych form dyskryminacji. Oczywiście, nie pali się na stosie, jak to bywało do późnego średniowiecza, ale po 1989 roku w trybie administracyjnym zlikwidowano katedry filozofii marksistowskiej i innych dyscyplin opartych na teorii i metodologii marksistowskiej oraz zwolniono z pracy zatrudnioną w nich kadrę, szczególnie młodych doktorów i magistrów. Część z nich wybrała emigrację, niektórzy musieli rozstać się z zawodem, lepsza była sytuacja profesorów i docentów.

Po 1989 roku zwalniano wszystkich tych, którzy przyznawali się do marksizmu-leninizmu i nie chcieli się go wyrzec. Ujawniły się wtedy kuriozalne postawy: dotychczasowi uczeni, często dawni działacze aparatu PZPR, deklarowali się jako antymarksiści i antykomuniści, którzy często z gorliwością przeprowadzali czystki na uczelniach zgodnie z duchem nowych czasów. Odbywało się to pod hasłami krytyki dotychczasowej teorii i praktyki, definiowanych jako "nienaukowa", "ideologiczna" i "rodem z XIX wieku", a więc niepasująca do współczesności. Zadziwiające było, że często z zapałem neofitów robili to ci, którzy zawdzięczali całą swoją karierę naukową w służbie w szeregach i aparacie PZPR.

Był to ciekawy przyczynek do stosunków, tolerancji i trwałości poglądów naukowych w ówczesnych środowiskach uniwersyteckich. Można je zdefiniować jako zachowania typowo polityczne, ale czy były one kompatybilne z dotychczasowym dorobkiem naukowym, z tolerancją wobec innych teorii i poglądów? Można wątpić. Zmieniał się ustrój, zmieniano "chorągiewki naukowe", powtarzano powiedzenia, że "tylko krowa nie zmienia poglądów", że "ornitolog nie musi umieć fruwać", z dnia na dzień zmieniano dyscypliny naukowe, przekreślając poprzednie. Za cenę utrzymania stanowiska wyrzekano się dotychczasowego dorobku i osiągnięć naukowych, a często je dezawuowano rzeczywistym czy też rzekomym przymusem poprzedniego reżimu.

Również w nauce stosowano zasadę "grubej kreski", ale nie brano pod uwagę, że przecież w bibliotekach zalegały poprzednie książki, artykuły i inne prace, żywa była pamięć w dydaktyce, wśród doktorantów i studentów. Pozostawiam ocenie Czytelników, czy byli to uczeni na miarę Kopernika, Giordano Bruno, Róży Luksemburg czy Einsteina?

Na naukach społecznych, szczególnie na politologii, wykształciły się różne formy dyskryminacji. Nawet jeśli nie jest to zwolnienie z pracy, to stawia pod znakiem zapytania głoszoną przez prof. Bachmanna tolerancję. Mogą to być nieustanne szykany organizacyjne, np. jeden z poprzednich dziekanów systematycznie nie zapraszał na posiedzenie Rady Naukowej Wydziału doktora habilitowanego, który z faktu bycia tzw. samodzielnym pracownikiem naukowym jest obligatoryjnie jej członkiem. Sytuacja zmieniła się dopiero po bezpośredniej interwencji rektora.

Pojawia się ostracyzm i marginalizacja, np. nie zaprasza się na posiedzenia zakładu, o przydzielonych zajęciach pracownik dowiaduje się z sekretariatu. Skutkuje to marginalizacją w dyskusji naukowej, nie ma możliwości publikowania, w konsekwencji następuje obniżanie autorytetu pracownika wobec jego studentów, seminarzystów, doktorantów. Jednym słowem mobbing.

Przybiera to także postać krytyki, a właściwie pomówienia, że prof. Wiktor nie przynosi chwały uniwersytetowi, gdyż w dalszym ciągu stoi na gruncie marksizmu, a więc w rzeczywistości zajmuje się nie nauką, tylko "ideologią" i "indoktrynacją", co jest niedopuszczalne. Doświadczałem tego boleśnie wiele razy, a brutalne ataki potęgowały się wtedy, gdy do dyskusji włączali się politycy, umocowani nie tak dawno wysoko w hierarchii organów państwowych, np. wicemarszałek Sejmu Janusz Dobrosz. Ta dyskryminacja znajduje wyraz w kwestionowaniu moich wartości moralnych i postawy jako nauczyciela akademickiego, ponieważ rzekomo jako członek KPP mam zły wpływ na studentów, a ponadto miałem się dopuścić także tzw. kłamstwa katyńskiego, co publicznie zarzucił mi dr hab. K. Dziubka.

Ta nieustanna dyskryminacja znalazła ostatnio wyraz w odrzuceniu przez Radę Wydziału Nauk Społecznych UWr. mojego wniosku o tzw. profesurę tytularną. Mój dorobek naukowy, nie licząc licznych publikacji publicystycznych, także w działalności na rzecz uniwersytetu, wymiany międzynarodowej i kształceniu studentów nie jest gorszy niż innych moich koleżanek i kolegów, może nawet lepszy, ale wniosek został 1 lipca odrzucony większością głosów, gdyż, jako to sformułowała Komisja w składzie prof. J. Sroka, prof. R. Herbut, prof. A. Jabłoński, w moich pracach występują "braki metodologiczne większości publikacji", "powtórzenia treści", "umiarkowany dorobek ilościowy po uzyskaniu stopnia doktora habilitowanego", moje prace rzekomo "mają charakter polityczny, a nie politologiczny i zostały opublikowane w periodykach niemających statusu naukowego". Oto główne "argumenty" Komisji, które nijak się mają do rzeczywistości. Jest to przykład dobitnie potwierdzający brak tolerancji i obiektywności oceny, jednocześnie inną tezę prof. Bachmanna, że na uniwersytecie "nikt za nic nie odpowiada", ale nie najlepiej świadczy to o kompetencjach i odpowiedzialności członków Komisji, której stwierdzenia i wnioski bardziej przypominają sąd kapturowy niż naukowy dyskurs. Oczywiście złożyłem odwołanie do Centralnej Komisji d. s. tytułów i stopni naukowych i, jak uczy doświadczenie, sprawa będzie trwała.

Pozostawiam ocenie Czytelników, jak takie postępowanie i procedowanie mają wpływ na wyniki naukowo-badawcze, na klimat i stosunki międzyludzkie, na dalszą chęć do pracy, mające sprzyjać nieskrępowanemu uprawianiu i rozwojowi nauki. Jak wpływa to na kształcenie opinii w środowisku naukowym i studenckim. Oto typowy przykład "tolerancji" na Uniwersytecie Wrocławskim, na Wydziale Nauk Społecznych i w Instytucie Politologii. Powstaje głębszy problem, nie tylko naukowy. Czy marksizm jest na Uniwersytecie Wrocławskim urzędowo zabroniony? Czy posługiwanie się takimi kategoriami, jak klasa społeczna, walka klasowa, dyktatura burżuazyjna, lud pracujący nie mogą być używane w języku i argumentacji naukowej? Jeśli tak, to pod tym względem uniwersytet znajdzie się w okowach obskurantyzmu i nietolerancji niezgodnych z zasadami wolności nauki i pluralizmu, oficjalnie głoszonych w art. 73 Konstytucji RP, w ustawie o szkolnictwie wyższym i Statucie Uniwersytetu Wrocławskiego.

Inny przykład nietolerancji. W trakcie obrad Rady Naukowej Instytutu Politologii UWr. prorektor naszego uniwersytetu prof. Teresa Łoś-Nowak wyraziła opinię, że "prof. Wiktor nie przynosi chluby uniwersytetowi, ponieważ wysłał życzenia dla Kim Ir Sena". Owszem, miało to miejsce 15 lat temu, kiedy pełniłem funkcję przewodniczącego Związku Komunistów Polskich "Proletariat" - partii legalnie w Polsce działającej i wpisanej do rejestru sądowego. Wysłałem także pozdrowienia i życzenia dla Fidela Castro i do licznych innych przywódców ruchu komunistycznego na świecie i w Europie. Brałem także często udział w międzynarodowych spotkaniach politycznych i naukowych, ale dokumentów oficjalnych nie podpisywałem jako pracownik Instytutu i uniwersytetu. Moja działalność polityczna w żadnym stopniu nie kolidowała z moimi obowiązkami jako nauczyciela szkoły wyższej. Czy nie jest to nowa forma presji i dyskryminacji ze strony pani prorektor? Pani prorektor nie rozdziela funkcji uniwersyteckich od praw politycznych przysługujących jako obywatelowi RP, w tym prawa do uczestniczenia w działalności partii politycznej. Jeśli wziąć poważnie wypowiedź pani prorektor, to jest to rażące naruszenie i ograniczenie ważnego prawa obywatelskiego, gwarantowanego przez Konstytucje RP (art. 11), a także narusza to normę konstytucyjną określoną w art. 32 Konstytucji, która stanowi, że "wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny".

Oto kolejny przykład "tolerancji" na Uniwersytecie Wrocławskim. Jesteś dobrze oceniany, jeśli mieścisz się w panującym obecnie nurcie naukowym i politycznym, np. wyjaśniasz i rozwijasz naukę społeczną Kościoła i Papieża, ale jeśli ktoś pisze o socjalistycznej modernizacji Chin, to jego prace wykazują "braki metodologiczne" i mają charakter "ideologiczny" . Gdzie zasada równości? Czy nie jest to praktykowaniem (odpowiednio do naszych czasów) feudalnej zasady "cuius regio, eius religio".

Tchórzostwo środowiska naukowego, o którym pisał prof. K. Bachmann, do którego trzeba dodać oportunizm i konformizm, znane są nie od dziś, świecą triumfy nowe formy dostosowania się do sytuacji, pozostawania w mainstreamie naukowo-politycznym, są to nowe barwy ochronne, które przybiera środowisko inteligenckie z powodów ekonomicznych (finansowanie). Powstaje jednak pytanie, czy takie cechy i postawy są zgodne z epoką wiedzy, z coraz większą liczbą ludzi wykształconych i pytań badawczych, na które powinni odpowiadać ludzie zajmujący się profesjonalnie nauką.

Oto kilka refleksji i spostrzeżeń o mitycznej "tolerancji" uniwersyteckiej i faktycznej dyskryminacji stosowanej wobec inaczej myślących i dążących do prawdy innymi drogami w oparciu o teorię i metodologię dziś w Polsce rzekomo "niemodną", "nie na czasie". Ale czy nie jest ona przydatna dla diagnozy i zrozumienia tych głębokich sprzeczności (także klasowych) charakterystycznych dla współczesnego świata, integrującej się i rozrywanej sprzecznościami Europy, a także dla Polski? W dalszym ciągu aktualna jest ważna dla uczonych paremia: "Filozofowie dotąd opisywali świat, chodzi o to, by go zmieniać", na lepsze.

Zobacz więcej na temat:

Najnowsze wiadomości

Podziel się

  • 93 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    23 głosy