Klaus Bachmann o wolności słowa na uniwersytecie
10.10.2011
, aktualizacja: 09.10.2011 22:08
Każdy na Uniwersytecie Wrocławskim może otwarcie i bez obaw powiedzieć swoje zdanie. Musi się liczyć z ripostą, ale nie grożą mu żadne dyscyplinarne lub finansowe konsekwencje, z jakimi musi się liczyć pracownik korporacji, który krytykuje publicznie swego szefa, swój departament albo całą firmę
ZOBACZ TAKŻE
- Dlaczego studenci nie chcą współrządzić na uczelni? (08-10-11, 11:00)
- Studenci Uniwersytetu Wrocławskiego zlekceważyli senat (04-10-11, 19:15)
Samorząd na Uniwersytecie Wrocławskim nie żyje, bo studenci przestali uczestniczyć w obradach senatu. Nie chcą współdecydować o losach swojej Alma Mater? Obnażają fakt, że i tak tam nic nie mają do powiedzenia? Mandat w samorządzie służy im tylko do przygotowania kariery politycznej? Boją się wyrazić zdanie?
Na pewno bardzo nieprzejrzysty sposób, w jaki na państwowych uniwersytetach są podejmowane decyzje, sprzyja frustracji tych, którzy zasiadają w oficjalnych gremiach. Nie znam obrad senatu, ale im wyżej w hierarchii znajduje się jakieś gremium, tym bardziej rytualne są obrady i tym więcej decyduje się za kulisami. Dlatego wielu profesorów uczestniczy w tych naradach tylko, jeśli mogą tam ubić interes.
Jeśli przedstawiciele studentów nie chcieli uczestniczyć w senackich rytuałach, to ich rozumiem. Ale o świadomym bojkocie senatu albo o wykorzystaniu mandatu do kariery politycznej mówiłbym jedynie wtedy, gdyby studenci mieli jakiekolwiek zainteresowania polityczne, nie mówiąc o zaangażowaniu. To mają bardzo nieliczni, resztę cechują totalna niechęć do polityki i brak myślenia politycznego, nawet na takich kierunkach jak politologia, europeistyka i stosunki międzynarodowe.
Napisałem na tych łamach już sporo krytycznych uwag o szkolnictwie wyższym i Uniwersytecie Wrocławskim. Pod jednym względem jednak muszę go bronić. Uniwersytet jest ostoją tolerancji i pluralizmu. Na Uniwersytecie Wrocławskim (i jak sądzę na innych uczelniach tak samo) nikomu włos z głowy nie spadnie z powodu plagiatów, odwołania zajęć, zaniedbania obowiązków służbowych albo nawet malwersacji finansowych. Wynika to z niejasnej hierarchii, w której prawie każdy jest i podwładnym, i szefem swojego szefa i nikt za nic nie jest odpowiedzialny. Ale z tego samego powodu każdy też może tam otwarcie i bez obaw powiedzieć swoje zdanie. Musi się liczyć z ripostą, ale nie grożą mu żadne dyscyplinarne lub finansowe konsekwencje, z jakimi musi się liczyć pracownik korporacji, który krytykuje publicznie swego szefa, swój departament albo całą firmę.
Wiem, o czym mówię, bo poza paroma ksenofobicznymi uwagami pod moim adresem nie spotkały mnie żadne konsekwencje za moją krytykę wydziału i uczelni. Andrzej Dybczyński, który napisał wielki i emocjonalny rozrachunek z UWr, nadal jest adiunktem i zastępcą dyrektora Instytutu Politologii.
Dzięki tej instytucjonalnej tolerancji na UWr mamy, przykładowo, z jednej strony prof. Tadeusza Marczaka, narodowca, który pisze w "Naszym Dzienniku", a z drugiej prof. Zbigniewa Wiktora, komunistę, który pisze w różnych gazetach skrajnie lewicowych w Polsce i na świecie. Nie pamiętam, aby ktokolwiek kiedykolwiek postawił wniosek, aby ich zwolnić z pracy. Wniosek tak czy owak byłby bez szans. Uniwersytet za nic nie karze, więc za poglądy też nie.
Faktem jest jednak - i to mnie zdziwiło odkąd pracuje na polskich uczelniach - że bardzo wielu ludzi na uczelniach boi się powiedzieć swoje zdanie i zamiast dyskutować z otwartą przyłbicą, woli pisać anonimy, rozrzucać (anonimowe) ulotki, słać anonimowe donosy do urzędów skarbowych, prokuratury, Inspekcji Pracy, NIK-u i do ministerstw - albo obsmarowywać swoich kolegów i zwierzchników na forach internetowych.
Dlatego sądzę, że jeden powód, dlaczego przedstawiciele samorządu studenckiego nie uczestniczyli w obradach senatu, na pewno odpada - to, że nie mogli tam powiedzieć swojego zdania. Być może, doszli do wniosku, że to nic nie da. To całkiem możliwe. Ale jeśli się bali konsekwencji, to byli w błędzie. Na uniwersytecie można mówić wszystko i obojętnie jak. Tylko prawie nikt z tego nie korzysta.
Dla mnie to największa zagadka moich siedmiu lat na polskich uczelniach: skąd się bierze to tchórzostwo w miejscach, gdzie naprawdę nie trzeba być bohaterem, aby wypowiadać własne zdanie?
Na pewno bardzo nieprzejrzysty sposób, w jaki na państwowych uniwersytetach są podejmowane decyzje, sprzyja frustracji tych, którzy zasiadają w oficjalnych gremiach. Nie znam obrad senatu, ale im wyżej w hierarchii znajduje się jakieś gremium, tym bardziej rytualne są obrady i tym więcej decyduje się za kulisami. Dlatego wielu profesorów uczestniczy w tych naradach tylko, jeśli mogą tam ubić interes.
Jeśli przedstawiciele studentów nie chcieli uczestniczyć w senackich rytuałach, to ich rozumiem. Ale o świadomym bojkocie senatu albo o wykorzystaniu mandatu do kariery politycznej mówiłbym jedynie wtedy, gdyby studenci mieli jakiekolwiek zainteresowania polityczne, nie mówiąc o zaangażowaniu. To mają bardzo nieliczni, resztę cechują totalna niechęć do polityki i brak myślenia politycznego, nawet na takich kierunkach jak politologia, europeistyka i stosunki międzynarodowe.
Napisałem na tych łamach już sporo krytycznych uwag o szkolnictwie wyższym i Uniwersytecie Wrocławskim. Pod jednym względem jednak muszę go bronić. Uniwersytet jest ostoją tolerancji i pluralizmu. Na Uniwersytecie Wrocławskim (i jak sądzę na innych uczelniach tak samo) nikomu włos z głowy nie spadnie z powodu plagiatów, odwołania zajęć, zaniedbania obowiązków służbowych albo nawet malwersacji finansowych. Wynika to z niejasnej hierarchii, w której prawie każdy jest i podwładnym, i szefem swojego szefa i nikt za nic nie jest odpowiedzialny. Ale z tego samego powodu każdy też może tam otwarcie i bez obaw powiedzieć swoje zdanie. Musi się liczyć z ripostą, ale nie grożą mu żadne dyscyplinarne lub finansowe konsekwencje, z jakimi musi się liczyć pracownik korporacji, który krytykuje publicznie swego szefa, swój departament albo całą firmę.
Wiem, o czym mówię, bo poza paroma ksenofobicznymi uwagami pod moim adresem nie spotkały mnie żadne konsekwencje za moją krytykę wydziału i uczelni. Andrzej Dybczyński, który napisał wielki i emocjonalny rozrachunek z UWr, nadal jest adiunktem i zastępcą dyrektora Instytutu Politologii.
Dzięki tej instytucjonalnej tolerancji na UWr mamy, przykładowo, z jednej strony prof. Tadeusza Marczaka, narodowca, który pisze w "Naszym Dzienniku", a z drugiej prof. Zbigniewa Wiktora, komunistę, który pisze w różnych gazetach skrajnie lewicowych w Polsce i na świecie. Nie pamiętam, aby ktokolwiek kiedykolwiek postawił wniosek, aby ich zwolnić z pracy. Wniosek tak czy owak byłby bez szans. Uniwersytet za nic nie karze, więc za poglądy też nie.
Faktem jest jednak - i to mnie zdziwiło odkąd pracuje na polskich uczelniach - że bardzo wielu ludzi na uczelniach boi się powiedzieć swoje zdanie i zamiast dyskutować z otwartą przyłbicą, woli pisać anonimy, rozrzucać (anonimowe) ulotki, słać anonimowe donosy do urzędów skarbowych, prokuratury, Inspekcji Pracy, NIK-u i do ministerstw - albo obsmarowywać swoich kolegów i zwierzchników na forach internetowych.
Dlatego sądzę, że jeden powód, dlaczego przedstawiciele samorządu studenckiego nie uczestniczyli w obradach senatu, na pewno odpada - to, że nie mogli tam powiedzieć swojego zdania. Być może, doszli do wniosku, że to nic nie da. To całkiem możliwe. Ale jeśli się bali konsekwencji, to byli w błędzie. Na uniwersytecie można mówić wszystko i obojętnie jak. Tylko prawie nikt z tego nie korzysta.
Dla mnie to największa zagadka moich siedmiu lat na polskich uczelniach: skąd się bierze to tchórzostwo w miejscach, gdzie naprawdę nie trzeba być bohaterem, aby wypowiadać własne zdanie?
Najnowsze wiadomości
-
Czekają nas dwie premiery na wrocławskich scenach
-
Zobacz nowy dziecięcy szpital przy Koszarowej [FOTO]
-
Polscy projektanci w Sky Tower. Warto pooglądać
-
Dziecięcy szpital we wtorek przenosi się na Koszarową
-
Posłowie żądają dekomunizacji miast, a w Bogatyni...
-
Lotus, Lexus, Porsche - takie samochody zobaczysz w Hali Stulecia
-
Nie przegap! Masa imprez w weekend. Zobacz, co polecamy
- 21 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
22 głosy
-
Klaus Bachmann o wolności słowa na uniwersytecie
zorroonline
10.10.11, 08:55
Na Uniwersytecie można mówić wszystko, np. o pogodzie. Jednak obecność mobbingu np. w Bibliotece Uniwersyteckiej czy na wydziale prof. Bachmanna świadczy o nadużyciach władzy, a nie o »
-
Klaus Bachmann o wolności słowa na uniwersytecie
sympatiaplus
10.10.11, 09:54
To Gazeta Wyborcza jest gwarantem dla "szurających" uczonych. Uniwersytet Wrocławski nie chce mieć medialnych kłopotów. Liczy się z tym medium. Młodzi ludzie są wyczuleni na fałsz, grę »
Najczęściej czytane24 htydzień




