Wratislavia Cantans. Muzyka z mroków średniowiecza
04.09.2011
, aktualizacja: 04.09.2011 21:05
Jedna z definicji muzyki mówi, że to "organizacja struktur dźwiękowych w czasie". Zdanie trąci muzykologicznym żargonem, ale zwraca uwagę na najważniejszą być może cechę sztuki dźwięków - istnienie w czasie. Muzyka brzmi, a za chwilę już jej nie słychać.
A co dźwięki potrafią zrobić z czasem? - to już zupełnie inna historia. Niezwykłe doświadczenie zatrzymania czasu przez muzykę było udziałem chyba wszystkich, którzy uczestniczyli w koncertach pierwszych dwóch dni tegorocznej Wratislavii.
Były to koncerty muzyki średniowiecznej, która posiada wielką moc ujarzmiania czasu. Tworzona była przez ludzi, którym czas płynął zupełnie inaczej niż nam. I to wciąż działa! Tak było już podczas otwarcia festiwalu. Wybitny amerykański śpiewak, instrumentalista i charyzmatyczny aktor Benjamin Bagby przez ponad godzinę opowiadał, akompaniując sobie na harfie, anglosaksoński poemat epicki z VI wieku. To krwawa, ale i bardzo wysublimowana opowieść o czynach dzielnego Beowulfa - niemal jak z książek Tolkiena. Utwór fascynujący, choć przyznaję, że przeżywałem rozterki - śledzić tłumaczenie treści eposu czy obserwować fenomenalnego opowiadacza-czarodzieja. To, co najbardziej u niego fascynuje, to właściwie niezauważalne przechodzenie od mowy do śpiewu, od snucia historii do wykonywania dzieła muzycznego. Hipnotyzująca symbioza słowa i muzyki, a właściwie zatarcie granic między tym, co mówione, a tym, co śpiewane.
W świecie opartym na innych zasadach znalazłem się również podczas dwóch sobotnich koncertów festiwalu. Słynny angielski kwartet wokalny Orlando Consort wykonywał w Katedrze Polskokatolickiej pw. św. Marii Magdaleny najwcześniejszą wielogłosową muzykę europejską, czyli organum z paryskiej katedry Notre-Dame. Jak mówił mi Angus Smith, jeden z członków zespołu: - Do paryskiego organum zawsze staramy się podchodzić jak do muzyki współczesnej. To przecież zjawisko niezwykle awangardowe, jedna z najbardziej radykalnych rewolucji w historii muzyki. Śpiew dwu-, trzy-, a nawet czterogłosowy, cała idea struktury rytmicznej organum, jego warstwa harmoniczna - wszystko to było w tamtych czasach szokującą nowością. Rewolucję tę porównałbym do symfonii Beethovena albo „ Święta wiosny” Strawińskiego. Był to moment, w którym kierunek rozwoju muzyki diametralnie się zmienił.
I jeszcze coś ważnego: podczas koncertu chorał wykonywały Chóry Śpiewające Polski, sześć amatorskich dziecięcych zespołów wokalnych. - Chodzi o to, by pokazać, jak ta muzyka mogła być wykonywana w XIII wieku - przekonuje Smith. - Wiadomo przecież, że organum wykonywali profesjonalni śpiewacy, zaś chorał śpiewali wszyscy, którzy znajdowali się w kościele.
Obserwowanie zaangażowania młodych wykonawców włączonych przez angielskich mistrzów do wspólnego śpiewania było przeżyciem wzruszającym.
Późnym wieczorem jeszcze jedną średniowieczną historię - dramat liturgiczny o proroku Danielu - pokazała w kościele św. Doroty Schola Teatru Węgajty. Przy blasku świec można było smakować niezwykłe, hieratyczne, głęboko symboliczne aktorstwo i chorałowy śpiew, w którego wykonaniu członkowie Scholi inspirują się obrządkiem wschodniego chrześcijaństwa, ale także ludowymi tradycjami z różnych zakątków współczesnej Europy. Jak dowodzi Johann Wolfgang Niklaus, szef artystyczny zespołu, "dawne tradycje śpiewów chorałowych przetrwały jeszcze gdzieniegdzie, ale na zupełnych obrzeżach - tak jak u nas na Suwalszczyźnie. W Szypliszkach zetknęliśmy się ze sposobem dwugłosowego śpiewania psalmów, który jest identyczny z tym, jaki kultywuje się na Korsyce czy Sardynii. Podobne zjawisko odkryliśmy w Mołdawii u katolickiej mniejszości węgierskiej".
Kolejna szansa zobaczenia i posłuchania Scholi dziś w Bardzie, tym razem z koncertem zatytułowanym "Joculatores Dei - Trubadurzy Chrystusa Pana". To najwcześniejszy repertuar niełaciński - pieśni wyrosłe z tradycji trubadurów, które wędrowały po ówczesnej Europie wraz z zakonnikami: włoskie laudy franciszkańskie, pieśni niemieckich Minnesingerów, a także pieśni polskie, które przetrwały jeszcze do niedawna w żywej tradycji dziadowskiej i lirnickiej. Warto sprawdzić nie tylko, jak pięknie śpiewają je Wolfgang Niklaus, Jacek Hałas, Maciej Kaziński i Serhii Petrychenko, lecz także, jak brzmią instrumenty, na których grają: lira korbowa, fidel, kemancze, rebek czy szałamaja.
We wtorek zaś we wrocławskim kościele ewangelicko-augsburskim koncert muzyki dużo późniejszej, choć równie kontemplacyjnej. "Membra Jesu Nostri" to cykl kantat Dietricha Buxtehudego będących medytacjami nad każdą z siedmiu ran ciała cierpiącego na krzyżu Chrystusa. Wiele w tej muzyce jeszcze z renesansowej polifonii, również dużo z barokowej ekspresji. Wśród wykonawców soliści - uczestnicy Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej oraz dobrze znany we Wrocławiu Zespół Instrumentów Dawnych, całość pod kierunkiem Andrzeja Kosendiaka.
Czas znów na chwilę przestanie płynąć.
Były to koncerty muzyki średniowiecznej, która posiada wielką moc ujarzmiania czasu. Tworzona była przez ludzi, którym czas płynął zupełnie inaczej niż nam. I to wciąż działa! Tak było już podczas otwarcia festiwalu. Wybitny amerykański śpiewak, instrumentalista i charyzmatyczny aktor Benjamin Bagby przez ponad godzinę opowiadał, akompaniując sobie na harfie, anglosaksoński poemat epicki z VI wieku. To krwawa, ale i bardzo wysublimowana opowieść o czynach dzielnego Beowulfa - niemal jak z książek Tolkiena. Utwór fascynujący, choć przyznaję, że przeżywałem rozterki - śledzić tłumaczenie treści eposu czy obserwować fenomenalnego opowiadacza-czarodzieja. To, co najbardziej u niego fascynuje, to właściwie niezauważalne przechodzenie od mowy do śpiewu, od snucia historii do wykonywania dzieła muzycznego. Hipnotyzująca symbioza słowa i muzyki, a właściwie zatarcie granic między tym, co mówione, a tym, co śpiewane.
W świecie opartym na innych zasadach znalazłem się również podczas dwóch sobotnich koncertów festiwalu. Słynny angielski kwartet wokalny Orlando Consort wykonywał w Katedrze Polskokatolickiej pw. św. Marii Magdaleny najwcześniejszą wielogłosową muzykę europejską, czyli organum z paryskiej katedry Notre-Dame. Jak mówił mi Angus Smith, jeden z członków zespołu: - Do paryskiego organum zawsze staramy się podchodzić jak do muzyki współczesnej. To przecież zjawisko niezwykle awangardowe, jedna z najbardziej radykalnych rewolucji w historii muzyki. Śpiew dwu-, trzy-, a nawet czterogłosowy, cała idea struktury rytmicznej organum, jego warstwa harmoniczna - wszystko to było w tamtych czasach szokującą nowością. Rewolucję tę porównałbym do symfonii Beethovena albo „ Święta wiosny” Strawińskiego. Był to moment, w którym kierunek rozwoju muzyki diametralnie się zmienił.
I jeszcze coś ważnego: podczas koncertu chorał wykonywały Chóry Śpiewające Polski, sześć amatorskich dziecięcych zespołów wokalnych. - Chodzi o to, by pokazać, jak ta muzyka mogła być wykonywana w XIII wieku - przekonuje Smith. - Wiadomo przecież, że organum wykonywali profesjonalni śpiewacy, zaś chorał śpiewali wszyscy, którzy znajdowali się w kościele.
Obserwowanie zaangażowania młodych wykonawców włączonych przez angielskich mistrzów do wspólnego śpiewania było przeżyciem wzruszającym.
Późnym wieczorem jeszcze jedną średniowieczną historię - dramat liturgiczny o proroku Danielu - pokazała w kościele św. Doroty Schola Teatru Węgajty. Przy blasku świec można było smakować niezwykłe, hieratyczne, głęboko symboliczne aktorstwo i chorałowy śpiew, w którego wykonaniu członkowie Scholi inspirują się obrządkiem wschodniego chrześcijaństwa, ale także ludowymi tradycjami z różnych zakątków współczesnej Europy. Jak dowodzi Johann Wolfgang Niklaus, szef artystyczny zespołu, "dawne tradycje śpiewów chorałowych przetrwały jeszcze gdzieniegdzie, ale na zupełnych obrzeżach - tak jak u nas na Suwalszczyźnie. W Szypliszkach zetknęliśmy się ze sposobem dwugłosowego śpiewania psalmów, który jest identyczny z tym, jaki kultywuje się na Korsyce czy Sardynii. Podobne zjawisko odkryliśmy w Mołdawii u katolickiej mniejszości węgierskiej".
Kolejna szansa zobaczenia i posłuchania Scholi dziś w Bardzie, tym razem z koncertem zatytułowanym "Joculatores Dei - Trubadurzy Chrystusa Pana". To najwcześniejszy repertuar niełaciński - pieśni wyrosłe z tradycji trubadurów, które wędrowały po ówczesnej Europie wraz z zakonnikami: włoskie laudy franciszkańskie, pieśni niemieckich Minnesingerów, a także pieśni polskie, które przetrwały jeszcze do niedawna w żywej tradycji dziadowskiej i lirnickiej. Warto sprawdzić nie tylko, jak pięknie śpiewają je Wolfgang Niklaus, Jacek Hałas, Maciej Kaziński i Serhii Petrychenko, lecz także, jak brzmią instrumenty, na których grają: lira korbowa, fidel, kemancze, rebek czy szałamaja.
We wtorek zaś we wrocławskim kościele ewangelicko-augsburskim koncert muzyki dużo późniejszej, choć równie kontemplacyjnej. "Membra Jesu Nostri" to cykl kantat Dietricha Buxtehudego będących medytacjami nad każdą z siedmiu ran ciała cierpiącego na krzyżu Chrystusa. Wiele w tej muzyce jeszcze z renesansowej polifonii, również dużo z barokowej ekspresji. Wśród wykonawców soliści - uczestnicy Kursu Interpretacji Muzyki Oratoryjnej i Kantatowej oraz dobrze znany we Wrocławiu Zespół Instrumentów Dawnych, całość pod kierunkiem Andrzeja Kosendiaka.
Czas znów na chwilę przestanie płynąć.
Najnowsze wiadomości
-
Prokurator stawia zarzuty za śmierć w przepompowni
-
Legendarna polska tancerka przyjedzie do Wrocławia
-
Była dolnośląska posłanka Beata Sawicka skazana na 3 lata
-
Napad na sortownię pieniędzy. Policja szuka sprawcy
-
Bardzo długie czekanie na tramwaj w deszczu i chłodzie
-
Skarga w sprawie trawy na Stadionie Miejskim odrzucona
-
Wybierz się na niedzielną Wielką Majówkę ornitologów
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
Najczęściej czytane24 htydzień





