Wrocławscy genealodzy poszukują przodków
2006-05-24
, aktualizacja: 24.05.2006 00:00
Szukają swoich korzeni jak detektywi. Sięgają odległej przeszłości, odkrywają historię i tajemnice swoich rodzin. Mówią, że genealogia, czyli poszukiwanie przodków, to nałóg, który wciąga bez reszty.
- Zajrzyj do poczty - zadzwonił do mnie któregoś dnia Paweł Peter (informatyk, we Wrocławiu od 40 lat) - przesłałem ci zdjęcie z 1939 roku. Mała dziewczynka po lewej stronie to twoja mama, a obok twoja babcia Agnieszka, na kolanach trzyma siostrę mamy - Teresę.
Stare zdjęcie koloru sepii z rodzinnego wesela przywróciło przeszłość. Dla mnie odległą i niestety nieznaną. Wokół młodej pary krewniacy w staromodnych ubraniach, w pierwszym rzędzie dzieciaki, wśród nich moja mama z zadziorną grzywką, dalej dziadkowie, wujkowie, kuzyni. Znam tylko kilka nazwisk, a pozostałe?
Szkoda, że nigdy nie słyszałam opowieści o weselisku we wsi Świba, niedaleko Kępna. Że dotąd nikt u nas nie budował drzew genealogicznych. Tak żyje do dzisiaj wiele rodzin: daleko od siebie, na osobności, w biegu. Nie ma czasu na szukanie korzeni, więc babcie, dziadowie, pradziadowie i czasy zachowane na starych fotografiach odchodzą w zapomnienie.
Odkrywanie tajemnicy
Jednak czasem w rodzinie pojawia się genealog amator i rozpoczyna poszukiwania przodków. Krąży po cmentarzach, parafiach, archiwach, urzędach stanu cywilnego, zagląda do Biblioteki Historii Rodziny Kościoła mormonów, gromadzi zdjęcia, przeprowadza wywiady z najstarszymi członkami rodziny. Studiuje kroniki, podręczniki historii, atlasy, żeby wiedzieć jak najwięcej o czasach i świecie dziadów: kim byli, jak potoczyły się ich losy. Przeżywa emocje, które trudno opisać.
"Gdy po raz pierwszy uda się wam odnaleźć i udokumentować powiązanie z osobą z przeszłości, doznacie uczucia magicznej, prawie fizycznej bliskości" - pisze Małgorzata Nowaczyk, autorka "Poszukiwania przodków. Genealogii dla każdego". - (...) "Przodkowie dotychczas bezimienni i nieznani stają jak żywi przed oczami (...) Genealogia jest odkrywaniem tajemnicy, pełnym magii, zbliżeniem do tych, którzy choć odeszli, nadal w nas żyją"
Jak w zakonie
Niespodziewanie Pawła też wciągnęła genealogia. Jakieś pół roku temu poszedł na spotkanie członków Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego, które od 1992 roku istnieje we Wrocławiu, i wsiąknął. Teraz mówi, że czuje się jak zakonnik, który ma do spełnienia ważną misję życiową.
- Zrozumiałem, że prawie nie znam swoich korzeni i rodziny, jak wielu ludzi - opowiada. - Pamiętam dzieciństwo w Zawadzie koło Sycowa. Miałem przy sobie babcię, dziadka, rodziców, czytałem różne książki, ale nie zajmowałem się własną historią.
Paweł dokopał się już ponad 800 krewnych i powinowatych. Ich nazwiska zgromadził w swojej bazie danych i na pewno wkrótce zbuduje drzewo genealogiczne Peterów. Niespokojny, ciekawy przeszłości, wydzwania do różnych parafii, gromadzi zdjęcia. Szuka przodków po mieczu i po kądzieli, czyli ze strony ojca i mamy. Mama jest z rodziny Cebratów, więc wydzwania do Cebratów we Wrocławiu. - Miałem szczęście, pan Stanisław Cebrat, genealog rodziny, przysłał mi dwa drzewa ze strony praprababci i prapradziadka. Rozwinąłem z podziwem, miały ponad trzy metry długości. Benedyktyńska praca.
Silny impuls gna go do miejsc, gdzie urodzili się dziadowie. Późną jesienią ubiegłego roku był na cmentarzu w Olszowej niedaleko Kępna. Aleje cyprysowe, pierwszy śnieg pokrył groby, ale przez dwie godziny krążył od jednego do drugiego, szukając Peterów. - Obok stoi wspaniały kościół - wspomina. - W wyobraźni widziałem, jak przychodzą tu mój ojciec, dziadek i babcia. To niezwykłe uczucia, genealogia wyzwala emocje, które trudno opisać.
To mój konik
Andrzej Lazar, okulista, gnał kilkaset kilometrów do Wrocławia, żeby spotkać się z genealogami. Do Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego należą nie tylko wrocławianie, także poszukiwacze przodków z innych miast, a nawet z zagranicy. Spotykają się raz w miesiącu, w czwartki, w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego. W sali na parterze gwar jak podczas naukowej konferencji. Do późnego wieczora opowiadają o swoich poszukiwaniach i odkryciach. Niektórzy podekscytowani jak młodzi chłopcy. Dzisiaj główny temat brzmi: "Jak tworzyć bazę danych", bo internet i programy komputerowe dają teraz genealogom nieograniczone możliwości.
Doktor Lazar referuje z pasją, przerzucając z laptopa na ekran swoje komputerowe archiwum. Na studenckich ławkach rozłożył książki, które pisze o Lazarach. Rodzinnych przodków szuka od czterech lat na całym świecie. W swojej bazie danych ma już 3800 nazwisk, aż trudno uwierzyć - sześć pokoleń Lazarów!
- I na tym chyba się nie skończy - opowiada. - Bo genealogia to mój konik.
Dzięki zapalonemu okuliście Lazarowie spotykają się na rodzinnych zjazdach, w internecie można znaleźć ich stronę: "To ród prawdziwie europejski - pisze pan Andrzej (...) - jego kolebką był Siedmiogród zwany Transylwanią. (...) Lazarowie w przeszłości nękani przed Turków emigrowali na północ i dzisiaj dwie linie i gałęzie tego rodu żyją na Węgrzech, w Słowacji, Słowenii, Chorwacji, Czechach i Serbii, we Francji i Niemczech, a także za oceanem".
W Polsce najwięcej Lazarów mieszka na Górnym Śląsku. Pan Andrzej przyjeżdża do Wrocławia z Gródka.
Detektywistyczna robota
Lewandowscy - Zofia (farmaceutka) i Mieczysław (zawsze był dyrektorem jakiegoś banku, wysoki, barczysty, włosy związane w kitkę) - przysiedli koło drzwi i słuchają wykładów. Nie dają się długo prosić na pogawędkę o genealogii. Legendy?
- Owszem, wiele ich krąży w rodzinie Lewandowskich, np. że król Kazimierz Wielki przyszedł na świat w Kowalu (Kujawy), ale nie na zamku, tylko w chacie praszczura Lewandowskiego - opowiada z humorem Mieczysław. - Ale prawdziwy genealog dopóki nie ma dowodów, w bajki nie wierzy.
Stare zdjęcie koloru sepii z rodzinnego wesela przywróciło przeszłość. Dla mnie odległą i niestety nieznaną. Wokół młodej pary krewniacy w staromodnych ubraniach, w pierwszym rzędzie dzieciaki, wśród nich moja mama z zadziorną grzywką, dalej dziadkowie, wujkowie, kuzyni. Znam tylko kilka nazwisk, a pozostałe?
Szkoda, że nigdy nie słyszałam opowieści o weselisku we wsi Świba, niedaleko Kępna. Że dotąd nikt u nas nie budował drzew genealogicznych. Tak żyje do dzisiaj wiele rodzin: daleko od siebie, na osobności, w biegu. Nie ma czasu na szukanie korzeni, więc babcie, dziadowie, pradziadowie i czasy zachowane na starych fotografiach odchodzą w zapomnienie.
Odkrywanie tajemnicy
Jednak czasem w rodzinie pojawia się genealog amator i rozpoczyna poszukiwania przodków. Krąży po cmentarzach, parafiach, archiwach, urzędach stanu cywilnego, zagląda do Biblioteki Historii Rodziny Kościoła mormonów, gromadzi zdjęcia, przeprowadza wywiady z najstarszymi członkami rodziny. Studiuje kroniki, podręczniki historii, atlasy, żeby wiedzieć jak najwięcej o czasach i świecie dziadów: kim byli, jak potoczyły się ich losy. Przeżywa emocje, które trudno opisać.
"Gdy po raz pierwszy uda się wam odnaleźć i udokumentować powiązanie z osobą z przeszłości, doznacie uczucia magicznej, prawie fizycznej bliskości" - pisze Małgorzata Nowaczyk, autorka "Poszukiwania przodków. Genealogii dla każdego". - (...) "Przodkowie dotychczas bezimienni i nieznani stają jak żywi przed oczami (...) Genealogia jest odkrywaniem tajemnicy, pełnym magii, zbliżeniem do tych, którzy choć odeszli, nadal w nas żyją"
Jak w zakonie
Niespodziewanie Pawła też wciągnęła genealogia. Jakieś pół roku temu poszedł na spotkanie członków Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego, które od 1992 roku istnieje we Wrocławiu, i wsiąknął. Teraz mówi, że czuje się jak zakonnik, który ma do spełnienia ważną misję życiową.
- Zrozumiałem, że prawie nie znam swoich korzeni i rodziny, jak wielu ludzi - opowiada. - Pamiętam dzieciństwo w Zawadzie koło Sycowa. Miałem przy sobie babcię, dziadka, rodziców, czytałem różne książki, ale nie zajmowałem się własną historią.
Paweł dokopał się już ponad 800 krewnych i powinowatych. Ich nazwiska zgromadził w swojej bazie danych i na pewno wkrótce zbuduje drzewo genealogiczne Peterów. Niespokojny, ciekawy przeszłości, wydzwania do różnych parafii, gromadzi zdjęcia. Szuka przodków po mieczu i po kądzieli, czyli ze strony ojca i mamy. Mama jest z rodziny Cebratów, więc wydzwania do Cebratów we Wrocławiu. - Miałem szczęście, pan Stanisław Cebrat, genealog rodziny, przysłał mi dwa drzewa ze strony praprababci i prapradziadka. Rozwinąłem z podziwem, miały ponad trzy metry długości. Benedyktyńska praca.
Silny impuls gna go do miejsc, gdzie urodzili się dziadowie. Późną jesienią ubiegłego roku był na cmentarzu w Olszowej niedaleko Kępna. Aleje cyprysowe, pierwszy śnieg pokrył groby, ale przez dwie godziny krążył od jednego do drugiego, szukając Peterów. - Obok stoi wspaniały kościół - wspomina. - W wyobraźni widziałem, jak przychodzą tu mój ojciec, dziadek i babcia. To niezwykłe uczucia, genealogia wyzwala emocje, które trudno opisać.
To mój konik
Andrzej Lazar, okulista, gnał kilkaset kilometrów do Wrocławia, żeby spotkać się z genealogami. Do Śląskiego Towarzystwa Genealogicznego należą nie tylko wrocławianie, także poszukiwacze przodków z innych miast, a nawet z zagranicy. Spotykają się raz w miesiącu, w czwartki, w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Wrocławskiego. W sali na parterze gwar jak podczas naukowej konferencji. Do późnego wieczora opowiadają o swoich poszukiwaniach i odkryciach. Niektórzy podekscytowani jak młodzi chłopcy. Dzisiaj główny temat brzmi: "Jak tworzyć bazę danych", bo internet i programy komputerowe dają teraz genealogom nieograniczone możliwości.
Doktor Lazar referuje z pasją, przerzucając z laptopa na ekran swoje komputerowe archiwum. Na studenckich ławkach rozłożył książki, które pisze o Lazarach. Rodzinnych przodków szuka od czterech lat na całym świecie. W swojej bazie danych ma już 3800 nazwisk, aż trudno uwierzyć - sześć pokoleń Lazarów!
- I na tym chyba się nie skończy - opowiada. - Bo genealogia to mój konik.
Dzięki zapalonemu okuliście Lazarowie spotykają się na rodzinnych zjazdach, w internecie można znaleźć ich stronę: "To ród prawdziwie europejski - pisze pan Andrzej (...) - jego kolebką był Siedmiogród zwany Transylwanią. (...) Lazarowie w przeszłości nękani przed Turków emigrowali na północ i dzisiaj dwie linie i gałęzie tego rodu żyją na Węgrzech, w Słowacji, Słowenii, Chorwacji, Czechach i Serbii, we Francji i Niemczech, a także za oceanem".
W Polsce najwięcej Lazarów mieszka na Górnym Śląsku. Pan Andrzej przyjeżdża do Wrocławia z Gródka.
Detektywistyczna robota
Lewandowscy - Zofia (farmaceutka) i Mieczysław (zawsze był dyrektorem jakiegoś banku, wysoki, barczysty, włosy związane w kitkę) - przysiedli koło drzwi i słuchają wykładów. Nie dają się długo prosić na pogawędkę o genealogii. Legendy?
- Owszem, wiele ich krąży w rodzinie Lewandowskich, np. że król Kazimierz Wielki przyszedł na świat w Kowalu (Kujawy), ale nie na zamku, tylko w chacie praszczura Lewandowskiego - opowiada z humorem Mieczysław. - Ale prawdziwy genealog dopóki nie ma dowodów, w bajki nie wierzy.
Takich niezwykłych opowieści jest więcej, np. o przodku, który ożenił się z Niemką, podobno urodziła mu kilkanaścioro dzieci, on był bogaty, miał ogromny dom (2400 metrów kw.) , który do dzisiaj stoi w Częstochowie.
- Znaleźliśmy jego grobowiec z czarnego marmuru - ciągnie pan Mieczysław - i uratowaliśmy go przed zniszczeniem. Genealogia to nie tylko poszukiwanie pokrewieństwa, korzeni, ale i historii rodziny. Człowiek czuje się jak policjant. To taka detektywistyczna robota: przerzucasz dokumenty, krążysz z miejsca na miejsce, żeby dociec prawdy. Czasem odkrywasz niezwykłe tajemnice, tematy tabu. W każdej rodzinie zdarzały się przecież jakieś mezalianse, zdrady, zabójstwa, nieślubne dzieci itd., ale to nie znaczy, że trzeba o tym mówić.
W ubiegłym roku Zofia i Mieczysław Lewandowscy wybrali się do USA, żeby w Ellis Island koło Nowego Jorku, gdzie docierali emigranci, znaleźć ślady swoich przodków.
- Polskę objechaliśmy prawie wzdłuż i wszerz, któregoś roku byliśmy w terenie aż 40 razy. Już w młodości chciałem zająć się poszukiwaniem przodków, ale nie było czasu: praca, dom, rodzina. Dopiero jak przeszedłem na emeryturę, wziąłem się za genealogię. Tak mnie wciągnęła, że czasem o wszystkim zapominam. Prowadzę już 16 drzew, cofnąłem się do 1775 roku, i to nie koniec. Pyta pani, po co ta wędrówka? Naród, który nie dba o przeszłość, jest nic niewart.
Łączy pokolenia
Pokoleniowe zjazdy to już tradycja w wielu rodzinach poszukujących korzeni. Spotykają się Lazarowie. Co dwa lata na Kujawy gnają Lewandowscy. - Na pierwszym zjeździe moje drzewo genealogiczne miało siedem metrów długości, zrobiliśmy specjalną konstrukcję wokół sali, żeby pokazać je krewniakom - wspomina pan Mieczysław. - Przyjeżdżają jak na weselisko, za stołem sto osób, czasem trochę mniej. Ja jestem kustoszem Genealogicznego Rodzinnego Archiwum Lewandowskich, które niedawno założyłem.
Paweł Peter dopiero szuka dróg do swoich przodków. - Wiosną jadę do Świby - zapowiada. - Tyle spraw mam do załatwienie, czeka mnie praca na kilka lat.
Ramka
Historia genealogii
"Słowo genealogia pochodzi z greki. Genea to znaczy rasa lub ród, a logos - słowo. Stąd nauka o rodzinie, czyli genealogia, historia rodzinna, bądź potocznie - poszukiwanie przodków".
Dzieje historii rodzinnych rozpoczęły się od przekazów ustnych, które przez wieki wędrowały z pokolenia na pokolenie. Gdy wynaleziono pismo, zaczęto zapisywać rody królewskie, szlacheckie lub kapłanów. Po synodzie trydenckim (po 1500 roku) w księgach parafialnych notowano daty urodzin, ślubów, śmierci. Do dzisiaj zapiski te w formie mikrofilmów gromadzi w swojej Bibliotece Historii Rodziny Kościół mormonów. Współcześnie fascynację genealogią zapoczątkowała książka "Korzenie" Aleksa Haleya.
„W Polsce komunistycznej - pisze Małgorzata Nowaczyk - genealogia z powodu konotacji klasowych nie była mile widziana. Prace genealogiczne w zakresie nauk pomocniczych historii kontynuował prof. Włodzimierz Dworzaczek, autor »Genealogii « , jedynej książki poświęconej tej tematyce, wydanej przed rokiem 1989”. Nie było towarzystw genealogicznych, genealogia amatorska oficjalnie nie istniała. Wielkie poszukiwania przodków rozpoczęły się w naszym kraju po 1989 roku, wtedy właśnie powstało Śląskie Towarzystwo Genealogiczne, które zajmuje się przede wszystkim genealogią rodów mieszczańskich i włościańskich.
To zaledwie kropla w morzu - pisze pani Nowaczyk - w porównaniu z zainteresowaniem, jakim cieszy się genealogia na Zachodzie, a zwłaszcza w Ameryce, gdzie pierwsze towarzystwo genealogiczne powstało w 1845 roku.
Co tak wciąga ludzi do poszukiwania korzeni i przodków? Zdaniem socjologów - przekonuje Nowaczyk - w ten sposób próbują odnaleźć się w historii i w świecie, bo brakuje im poczucia wspólnoty rodzinnej i społecznej. Chcą należeć "do czegoś", więc genealogią rekompensują sobie braki i niedobory.
Małgorzata Nowaczyk: Poszukiwanie przodków. Genealogia dla każdego, PIW, W-wa 2005
Genealodzy spotykają się w Instytucie Historycznym UWr przy ul. Szewskiej 49 w każdy drugi czwartek miesiąca o godz. 18.
- Znaleźliśmy jego grobowiec z czarnego marmuru - ciągnie pan Mieczysław - i uratowaliśmy go przed zniszczeniem. Genealogia to nie tylko poszukiwanie pokrewieństwa, korzeni, ale i historii rodziny. Człowiek czuje się jak policjant. To taka detektywistyczna robota: przerzucasz dokumenty, krążysz z miejsca na miejsce, żeby dociec prawdy. Czasem odkrywasz niezwykłe tajemnice, tematy tabu. W każdej rodzinie zdarzały się przecież jakieś mezalianse, zdrady, zabójstwa, nieślubne dzieci itd., ale to nie znaczy, że trzeba o tym mówić.
W ubiegłym roku Zofia i Mieczysław Lewandowscy wybrali się do USA, żeby w Ellis Island koło Nowego Jorku, gdzie docierali emigranci, znaleźć ślady swoich przodków.
- Polskę objechaliśmy prawie wzdłuż i wszerz, któregoś roku byliśmy w terenie aż 40 razy. Już w młodości chciałem zająć się poszukiwaniem przodków, ale nie było czasu: praca, dom, rodzina. Dopiero jak przeszedłem na emeryturę, wziąłem się za genealogię. Tak mnie wciągnęła, że czasem o wszystkim zapominam. Prowadzę już 16 drzew, cofnąłem się do 1775 roku, i to nie koniec. Pyta pani, po co ta wędrówka? Naród, który nie dba o przeszłość, jest nic niewart.
Łączy pokolenia
Pokoleniowe zjazdy to już tradycja w wielu rodzinach poszukujących korzeni. Spotykają się Lazarowie. Co dwa lata na Kujawy gnają Lewandowscy. - Na pierwszym zjeździe moje drzewo genealogiczne miało siedem metrów długości, zrobiliśmy specjalną konstrukcję wokół sali, żeby pokazać je krewniakom - wspomina pan Mieczysław. - Przyjeżdżają jak na weselisko, za stołem sto osób, czasem trochę mniej. Ja jestem kustoszem Genealogicznego Rodzinnego Archiwum Lewandowskich, które niedawno założyłem.
Paweł Peter dopiero szuka dróg do swoich przodków. - Wiosną jadę do Świby - zapowiada. - Tyle spraw mam do załatwienie, czeka mnie praca na kilka lat.
Ramka
Historia genealogii
"Słowo genealogia pochodzi z greki. Genea to znaczy rasa lub ród, a logos - słowo. Stąd nauka o rodzinie, czyli genealogia, historia rodzinna, bądź potocznie - poszukiwanie przodków".
Dzieje historii rodzinnych rozpoczęły się od przekazów ustnych, które przez wieki wędrowały z pokolenia na pokolenie. Gdy wynaleziono pismo, zaczęto zapisywać rody królewskie, szlacheckie lub kapłanów. Po synodzie trydenckim (po 1500 roku) w księgach parafialnych notowano daty urodzin, ślubów, śmierci. Do dzisiaj zapiski te w formie mikrofilmów gromadzi w swojej Bibliotece Historii Rodziny Kościół mormonów. Współcześnie fascynację genealogią zapoczątkowała książka "Korzenie" Aleksa Haleya.
„W Polsce komunistycznej - pisze Małgorzata Nowaczyk - genealogia z powodu konotacji klasowych nie była mile widziana. Prace genealogiczne w zakresie nauk pomocniczych historii kontynuował prof. Włodzimierz Dworzaczek, autor »Genealogii « , jedynej książki poświęconej tej tematyce, wydanej przed rokiem 1989”. Nie było towarzystw genealogicznych, genealogia amatorska oficjalnie nie istniała. Wielkie poszukiwania przodków rozpoczęły się w naszym kraju po 1989 roku, wtedy właśnie powstało Śląskie Towarzystwo Genealogiczne, które zajmuje się przede wszystkim genealogią rodów mieszczańskich i włościańskich.
To zaledwie kropla w morzu - pisze pani Nowaczyk - w porównaniu z zainteresowaniem, jakim cieszy się genealogia na Zachodzie, a zwłaszcza w Ameryce, gdzie pierwsze towarzystwo genealogiczne powstało w 1845 roku.
Co tak wciąga ludzi do poszukiwania korzeni i przodków? Zdaniem socjologów - przekonuje Nowaczyk - w ten sposób próbują odnaleźć się w historii i w świecie, bo brakuje im poczucia wspólnoty rodzinnej i społecznej. Chcą należeć "do czegoś", więc genealogią rekompensują sobie braki i niedobory.
Małgorzata Nowaczyk: Poszukiwanie przodków. Genealogia dla każdego, PIW, W-wa 2005
Genealodzy spotykają się w Instytucie Historycznym UWr przy ul. Szewskiej 49 w każdy drugi czwartek miesiąca o godz. 18.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień


