Małgorzata Matuszewska: Panie Henryku, czytał Pan książki Adama Bahdaja?
Henryk Gołębiewski: A jakże, czytałem. Najbardziej lubię "Wakacje z duchami", a z filmów - "Podróż za jeden uśmiech".
Granie w filmach zaczął Pan od roli Balona w "Abel, twój brat" Janusza Nasfetera. Jak tam Pan trafił?
- Pan Nasfeter mieszkał na tym samym podwórku, co my. Widział nas, rozrabiaków, jak się bawimy. To na starym Mokotowie było, mieszkam tu dziś. On mnie wykreował. Wtedy jeszcze nie było castingów, nazywało się to eliminacje. Poszliśmy na te eliminacje z kolegami; ja je przeszedłem, miałem wtedy 12 lat i sepleniłem.
A co na to koledzy, którzy się nie dostali do filmu?
- Nie dawali po sobie poznać. Z perspektywy czasu patrzę na to tak - skoro nie wszystkim się udało, to może mi trochę zazdrościli. A ja lubiłem i lubię grać. To były bardzo pracowite lata. Co rok, to prorok w tamtych czasach.
Miał Pan choć trochę wakacji - takich prawdziwych - z chodzeniem po górach i kąpaniem się w rzece?
- "Wakacje z duchami" kręciliśmy koło Czorsztyna, na zamku w Niedzicy. W niedzielę przecież nie graliśmy, to mieliśmy czas dla siebie. Chodziłem troszkę w góry i płynąłem tratwą po Dunajcu.
Jeździł Pan po Polsce autostopem, jak Poldek i Duduś?
- Sporadycznie.
Jak się dogadywaliście? W filmie byliście przecież zupełnie różni.
- Nawet już po kręceniu tego filmu spotykaliśmy się. On przychodził do mnie, ja do niego. Przyjaźniliśmy się. Potem się kontakt urwał, ale teraz znowu się czasem spotykamy.
Lubił Pan grać?
- Lubiłem i ciągle lubię.