MEN liczy w szkołach dzieci reemigrantów. Ale po co?

Marzena Żuchowicz
10.03.2010 , aktualizacja: 10.03.2010 18:51
A A A Drukuj
Kuratoria liczą, ile dzieci powraca z zagranicy do polskich szkół. Ile z nich nie umie czytać, pisać, a nawet mówić po polsku. Sprawdzają, jak duży jest to problem dla szkół. Ale dane te nie są nikomu potrzebne.
Przedszkolaki
Fot.Maciej Świerczyński / AG
Przedszkolaki
Ministerstwo Edukacji Narodowej poprosiło kuratoria oświaty w całej Polsce o zebranie informacji na temat liczby dzieci, które wróciły do polskich szkół "z obcych systemów oświaty". W czwartek dolnośląskie kuratorium będzie znało skalę problemu i taką informację przekaże resortowi edukacji. Co zrobi z nią MEN? Poda dalej. Bo wielkie liczenie uczniów nieumiejących pisać, czytać, a czasem nawet mówić po polsku, nie jest celem ani inicjatywą resortu edukacji.

Dwa lata temu problem ten dotyczył 2,3 tys. uczniów w kraju. Z danych GUS wynika, że ta liczba z roku na rok wzrasta, bo po otwarciu granic z kraju wyjechało ponad 2 mln Polaków (głównie do Wielkiej Brytanii), z czego połowa po paru latach pracy wraca lub deklaruje powrót do kraju.

Pierwsze lata nauki w przedszkolach i szkołach brytyjskich, irlandzkich czy norweskich robią swoje. Zabiegani emigranci nie mają czasu, żeby zadbać o edukację swoich dzieci. Kiedy wracają do kraju, ich pociechy w polskiej szkole odstają od klasy, niekiedy mają nawet kłopoty z mówieniem po polsku.

MEN problemu reemigranckich dzieci do tej pory nie widział, bo nie widziały go kuratoria. Ich zdaniem wszystko załatwia zapis prawny, który obowiązek finansowania dodatkowych godzin dla polskich dzieci powracających z zagranicy i nieznających języka polskiego (tak samo jak w przypadku dzieci obcokrajowców) nakłada na samorządy. Każdy dyrektor musi wyznaczyć dla takiego dziecka nauczyciela do pomocy (na 12 miesięcy) i za pieniądze, które dostaje od organu prowadzącego zorganizować mu dodatkową, bezpłatną naukę polskiego.

Na tej podstawie resort edukacji zapewnia, że polskie szkoły pomogą dzieciom reemigrantów nadrobić różnice programowe po powrocie do kraju. Jednak doświadczenia tych, którzy zdecydowali się na powrót, pokazują, że to puste deklaracje. Szkoły nie mają pieniędzy na organizowanie zajęć dodatkowych. A nieznajomość języka polskiego pociąga za sobą inne problemy, jak np. nadpobudliwość, agresję.

Dyrektorzy dolnośląskich szkół, wypełniając ankiety dla MEN, naiwnie myśleli, że MEN pochyli się nad problemem. W końcu kazano im podać liczbę uczniów "przybyłych do Polski z obcych systemów oświaty" i - "ewentualne problemy" związane z nauką tych dzieci w polskich szkołach. Ale - jak się dowiedzieliśmy - resort edukacji nie planuje żadnych programów naprawczych, a dane zbiera na prośbę grupy roboczej ds. reemigracji, która działa w kancelarii premiera. Ci z kolei - zapytani o cel całej akcji - twierdzą, że takie dane nie są im potrzebne i że o nie wcale nie prosili. Podczas ostatniego spotkania z przedstawicielami różnych ministerstw rzucili tylko "niezobowiązujące hasło", by ci sprawdzili, jak to u nich wygląda.

I tak para poszła w gwizdek. Dyrektorzy szkół ankiety wypełnili, kuratoria zbadają skalę zjawiska, nauczyciele zostaną z problemem. Ale grupie roboczej ds. reemigracji raport może się jednak przydać. W końcu od dwóch lat zachęcają rodaków do powrotu do kraju. Teraz będą mieć dowód, że wracają.

Podziel się

  • 18 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    11 głosów