Czemu bronię rektora wrocławskiej Akademii Medycznej?
01.11.2010
, aktualizacja: 01.11.2010 19:50
Wszyscy atakują rektora Akademii Medycznej we Wrocławiu za popełnienie plagiatu. Kiedy wszyscy kogoś atakują, to ja muszę go bronić, bo instynktownie wyczuwam, że coś jest tu nie tak.
ZOBACZ TAKŻE
- Apel wrocławskich naukowców w sprawie prof. Andrzejaka (03-11-10, 07:00)
SERWISY
Tu rzeczywiście coś jest nie tak. Bo jeśli ktoś z tytułem profesorskim, zajmujący wysoką pozycję, miałby popełnić tego typu czyn, to nie byłaby jego wina, tylko nasza, bo to my wszyscy stworzyliśmy sytuację, w której on mógł dojść do wniosku, że tak wolno.
Dziś w naszych szkołach uczymy dzieci, że mają się uczyć na pamięć z podręczników i nie pisać opracowań na podstawie własnego widzimisię, tylko tego, co mówi nieomylny nauczyciel i autorytety, jakimi są autorzy podręczników.
Własna inwencja, pomysły? Dwója, siadać! Nasze dzieci przerabiają to przez 12 lat, potem opuszczają szkołę i stają się studentami. I z dnia na dzień mają się pozbyć tych nawyków, krytykować podręczniki, zamiast traktować je jak prawdę objawioną, dyskutować z wykładowcą, zamiast spijać mądrość z jego ust? To musi być szok.
Pewnie Huntington to miał na myśli, kiedy napisał książkę o zderzeniu cywilizacji. Szczególnie ciężkie jest to zderzenie u studentów wyjeżdżających za granicę. Nie wolno odpisać, kopiować, kompilować? Nikt ich nie nauczył, jak przelać własne pomysły na papier. Nikt ich nie nauczył, że można bezkarnie mieć własny pomysł.
Na szczęście są naukowcy, których to bolesne i traumatyczne doświadczenie ominęło. Uczyli się w kraju, w czasach, kiedy nie było punktów ksero, a drukować można było tylko za specjalnym pozwoleniem. Musieli po prostu przepisać, kopiować ręcznie. Nie wiem, czy to dotyczy też rektora AM, ale jestem pewien, że jeśli jest plagiatorem, to uczciwym, bo kopiował uczciwie, z otwartą przyłbicą. Inaczej nie wyszłoby to na jaw.
Są bowiem bardziej chytre zabiegi pisania prac naukowych: można kopiować obce prace całymi rozdziałami - wystarczy dodać odpowiednie przypisy. Można na papierze przeprowadzić jeszcze raz krok po kroku badania kolegi z odległego kraju i potem dojść do wniosku, że "własne" badania w pełni potwierdzają to, do czego on doszedł. Można kompilować na setkach stron oficjalne dokumenty, do których nikt nie ma praw autorskich. Można cytować obce badania i udawać, że się je samemu robiło.
Kiedy piszę ten felieton, przede mną leży książka polecona przez szanowane (dotąd też przeze mnie) autorytety naukowe. Jest to niekończąca się kompilacja dokumentów, ustaw, przemówień sejmowych i raportów rządowych na temat lustracji w Polsce. Autor przekopiował pół zawartości serwera sejmowego i wydrukował to jako książkę autorską. Cytat za cytatem, nie ma żadnej oryginalnej myśli. To legalne. To nie plagiat. To jest poważna część czyjegoś dorobku naukowego, za który jego instytut dostaje punkty i co za tym idzie, pieniądze z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a on kiedyś może dostanie za to tytuł naukowy i posadę na uczelni.
Potem pewnego dnia będzie musiał ocenić dorobek innego naukowca - dajmy na to rektora jakiejś AM. W tym miejscu brakuje mi słów i resztę każdy może sam sobie dopisać. Czy napisze, że rektor popełnił plagiat? Czy napisze tak zwaną "negatywną recenzję z pozytywną konkluzją"? Czy może zadzwoni do autora i zasugeruje mu, aby ten wybrał sobie innego recenzenta?
To jest felieton, a nie film hollywoodzki - dlatego nie ma happy endu.
Dlatego rektor Akademii Medycznej nie jest problemem. Problemem są wszyscy pozostali, my wszyscy. Bo to my budowaliśmy i utrzymywaliśmy takie akwarium, w którym te ryby mogą pływać.
PS Dla wszystkich tych, którzy w ostatnich tygodniach uwierzyli w to, że naprawdę chcę wykopać tunel do Kłajpedy i przywiązać prezydenta Dutkiewicza do Pręgierza, mam ważną informację. Nie tylko w felietonie "Niech żyje litewski Wrocław" umieściłem elementy ironii i sarkazmu.
Dziś w naszych szkołach uczymy dzieci, że mają się uczyć na pamięć z podręczników i nie pisać opracowań na podstawie własnego widzimisię, tylko tego, co mówi nieomylny nauczyciel i autorytety, jakimi są autorzy podręczników.
Własna inwencja, pomysły? Dwója, siadać! Nasze dzieci przerabiają to przez 12 lat, potem opuszczają szkołę i stają się studentami. I z dnia na dzień mają się pozbyć tych nawyków, krytykować podręczniki, zamiast traktować je jak prawdę objawioną, dyskutować z wykładowcą, zamiast spijać mądrość z jego ust? To musi być szok.
Pewnie Huntington to miał na myśli, kiedy napisał książkę o zderzeniu cywilizacji. Szczególnie ciężkie jest to zderzenie u studentów wyjeżdżających za granicę. Nie wolno odpisać, kopiować, kompilować? Nikt ich nie nauczył, jak przelać własne pomysły na papier. Nikt ich nie nauczył, że można bezkarnie mieć własny pomysł.
Na szczęście są naukowcy, których to bolesne i traumatyczne doświadczenie ominęło. Uczyli się w kraju, w czasach, kiedy nie było punktów ksero, a drukować można było tylko za specjalnym pozwoleniem. Musieli po prostu przepisać, kopiować ręcznie. Nie wiem, czy to dotyczy też rektora AM, ale jestem pewien, że jeśli jest plagiatorem, to uczciwym, bo kopiował uczciwie, z otwartą przyłbicą. Inaczej nie wyszłoby to na jaw.
Są bowiem bardziej chytre zabiegi pisania prac naukowych: można kopiować obce prace całymi rozdziałami - wystarczy dodać odpowiednie przypisy. Można na papierze przeprowadzić jeszcze raz krok po kroku badania kolegi z odległego kraju i potem dojść do wniosku, że "własne" badania w pełni potwierdzają to, do czego on doszedł. Można kompilować na setkach stron oficjalne dokumenty, do których nikt nie ma praw autorskich. Można cytować obce badania i udawać, że się je samemu robiło.
Kiedy piszę ten felieton, przede mną leży książka polecona przez szanowane (dotąd też przeze mnie) autorytety naukowe. Jest to niekończąca się kompilacja dokumentów, ustaw, przemówień sejmowych i raportów rządowych na temat lustracji w Polsce. Autor przekopiował pół zawartości serwera sejmowego i wydrukował to jako książkę autorską. Cytat za cytatem, nie ma żadnej oryginalnej myśli. To legalne. To nie plagiat. To jest poważna część czyjegoś dorobku naukowego, za który jego instytut dostaje punkty i co za tym idzie, pieniądze z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a on kiedyś może dostanie za to tytuł naukowy i posadę na uczelni.
Potem pewnego dnia będzie musiał ocenić dorobek innego naukowca - dajmy na to rektora jakiejś AM. W tym miejscu brakuje mi słów i resztę każdy może sam sobie dopisać. Czy napisze, że rektor popełnił plagiat? Czy napisze tak zwaną "negatywną recenzję z pozytywną konkluzją"? Czy może zadzwoni do autora i zasugeruje mu, aby ten wybrał sobie innego recenzenta?
To jest felieton, a nie film hollywoodzki - dlatego nie ma happy endu.
Dlatego rektor Akademii Medycznej nie jest problemem. Problemem są wszyscy pozostali, my wszyscy. Bo to my budowaliśmy i utrzymywaliśmy takie akwarium, w którym te ryby mogą pływać.
PS Dla wszystkich tych, którzy w ostatnich tygodniach uwierzyli w to, że naprawdę chcę wykopać tunel do Kłajpedy i przywiązać prezydenta Dutkiewicza do Pręgierza, mam ważną informację. Nie tylko w felietonie "Niech żyje litewski Wrocław" umieściłem elementy ironii i sarkazmu.
- 69 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
66 głosów
-
Czemu bronię rektora wrocławskiej Akademii Medy...
korcia2000
02.11.10, 08:27
Skrzypce 1Profesor Bachman niestety ma rację. Nie powołujmy się na nawyki sprzed 20 lat, bo wówczas zarówno poziom prac naukowych jak i etyka środowiska naukowego stały znacznie wyżej niż »
-
Czemu bronię rektora wrocławskiej Akademii Medy...
tentutaj
02.11.10, 09:59
Czytam, czytam i co raz bardziej jestem przekonany, że większość tekstów na tym forum zostało napisane przez "efekty" bezmyślnego stosowania opracowanej przez króliki procedury.»
-
Ofiara systemu ? Piepszenie w bambus !!!
maciejkozlowski
02.11.10, 10:37
Bidulka nie wiedział, że zrzynać cudzych prac nie wolno. Padł ofiara złego kształcenia. Co ten idiota stara sie wykazac ? Że Profesor A.M. jest debilem i nie wie, że żyje w kraju w którym »
Najczęściej czytane24 htydzień




