Kresowe życie na walizkach
29.12.2010
, aktualizacja: 23.12.2010 18:50
Kadr z filmu "Sami swoi" Sylwestra Chęcińskiego o polskich wypędzonych. Kazimierz Pawlak (w tej roli Wacław Kowalski) i jego syn Witia (Jerzy Janeczek) w pociągu, który przywiózł ich zza Buga na ziemie zachodnie (Fot. EAST NEWS)
Deportacja Niemców z Dolnego Śląska była błędem. Gdyby zostali, nauczyliby przybyszów, do czego służy kanalizacja i maszyny rolnicze. Polscy wypędzeni z Kresów Wschodnich szybciej odtworzyliby swoją tożsamość
Mirosław Maciorowski: Kim jestem? Ja, wnuk przesiedleńców z Kresów, który Wrocław traktuje jak swoją ojczyznę, ale na święta je potrawy spod Tarnopola i z wielką atencją słucha opowieści mamy o najpiękniejszych ziemiach jej dzieciństwa? Jaka jest moja tożsamość: wschodnia czy zachodnia?
Zdzisław Mach*: Przybycie pana przodków na zachód doprowadziło do styku i wymieszania kultur - niemieckiej i kresowej. Najwyraźniej widać to w antykwariatach w miastach ziem zachodnich, gdzie obok siebie leżą książki z Lwowa i ze Śląska.
Podobnie z kuchnią - na święta znajdzie pan na wrocławskich stołach potrawy z Przemyśla i dania śląskie. Każde z nich jest pana. Bo pan - przedstawiciel trzeciego pokolenia przesiedleńców - konstruuje swoją tożsamość jako jednocześnie narodową, lokalną i europejską. Uwzględnia pan bez zastrzeżeń powojenne przesunięcie nie tylko fizycznych granic, ale też kulturowych.
Moi dziadkowie tak nie myśleli.
- To był ich dramat. O sukcesie migracji można mówić, gdy w społeczności, która została przeniesiona w inne miejsce, nastąpiło odtworzenie tożsamości - gdy nową ziemię zaczyna ono traktować jak własną. Akceptuje i przejmuje symbole kulturowe i obyczaje, zaczyna działać jak społeczeństwo. To się w przypadku dwóch pokoleń polskich repatriantów nie udało. Ponieśli kompletną klęskę.
Dlaczego?
- Po pierwsze, zupełnie inaczej przebiega emigracja, gdy ktoś decyzję o wyjeździe podejmuje sam. Ludzie jadą wtedy w nowe miejsce jak do ziemi obiecanej. Mentalność pionierów jest konstruktywna. Kresowian do emigracji zmuszono.
Po drugie, musieli opuścić ziemię, która dla nich była uświęcona: powstaniami i bohaterami narodowymi. Jechali na zachód ze świadomością, że nie udało im się tej "świętej ziemi" obronić przed komunistami.
Po trzecie, ziemia, na którą przybyli, to była ziemia znienawidzonych Niemców, obca, nieakceptowana.
Do tego doszła przepaść cywilizacyjna między ziemiami opuszczonymi i zachodnimi oraz fakt, że komunistyczny ustrój dusił w zarodku inicjatywy przesiedleńców. Np. przed wojną w Lubomierzu, w którym prowadziłem badania, istniała bardzo bogata sieć usługowa: byli szewcy, krawcy, rzeźnicy i fryzjerzy, nawet dwa hotele.
Nowi mieszkańcy nie zakładali nowych sklepów ani zakładów usługowych, a do lat 90. nie było tam hotelu. W socjalistycznym państwie nie wolno było tego robić. Zabito w nich inicjatywę.
No i ostatnia sprawa - osadnicy nie czuli, że ziemia, na którą trafili, została im przyznana raz na zawsze. Do lat 70. nie było pewności, że ziemie zachodnie zostaną przy Polsce. Ludzie byli straszeni Niemcami - rewanżystami od Adenauera i odwetowcami z Bonn. Władysław Gomułka, który używał tego języka, wyraźnie wierzył w to, co mówił. I działał przeciw tym ziemiom. Nie inwestował w nie, bo w głębi duszy nie był pewien, co z nimi będzie. Wszystko szło więc do centralnej Polski, a ziemie zachodnie traktowano trochę jak łup wojenny i ogałacano z co cenniejszej substancji.
Jak te ziemie mogli więc traktować ludzie, których rzucił na nie los? Nieprzypadkowo na pierwsze pokolenie przesiedleńców mówi się, że żyło na walizkach. Oni nigdy nie poczuli się tu pewnie i bezpiecznie. Nie mieli świadomości, że są prawdziwymi właścicielami i gospodarzami tych ziem. Zmieniło się to trochę dopiero na początku lat 70., po symbolicznym geście Willy'ego Brandta. Nastąpił jednak za późno, by oczekiwać od przesiedleńców zmiany mentalności utrwalonej przez 25 lat.
Kiedy trauma zaczęła ustępować?
- W trzecim pokoleniu. Drugie, czyli ludzie, którzy przyjechali z Kresów jako dzieci, żyli na psychologicznym pograniczu. Z jednej strony byli pod presją rodziców, którzy nie zaakceptowali nowego miejsca i tkwili w swoim dawnym świecie. Z drugiej obcowali z nową, zupełnie inną i lepiej rozwiniętą cywilizacją. Oni zachowywali się dwojako: albo uciekali z tych wsi i miasteczek do dużych miast, albo, niestety, ulegali postawie rodziców. To kompletnie stracone pokolenie, którego los był dramatyczny. Tkwili w czymś, co można by nazwać wewnętrzną emigracją - popadali w apatię, a z czasem w patologie, głównie alkoholizm.
A trzecie pokolenie urodziło się już na zachodzie i te ziemie, a nie mityczne Kresy, raj utracony rodziców i dziadków, potraktowało jak swoje.
W 1959 roku Niemcy pisali, że Polacy kompletnie zrujnowali Dolny Śląsk. Dlaczego przesiedleńcy z takim zapałem niszczyli poniemieckie budynki, sprzęty i maszyny?
- Dla przesiedleńców cenne były te rzeczy, które przywieźli z utraconego domu, ze wschodu. Tego, co dostali na zachodzie, ani nie cenili, ani nie rozumieli. I jeszcze w dodatku były to przedmioty wroga. Niszcząc je, mścili się na Niemcach.
Człowiek w trudnej chwili myśli, jak poprawić swoją sytuację, wykorzystując wszystko, co dostępne. Dlaczego ten mechanizm nie zadziałał w przypadku wypędzonych ze wschodu?
- Przypomnę panu scenę z serialu o czterech pancernych. Tomuś, prosty chłop ze wsi, którego gra Wiesław Gołas, znajduje w poniemieckim domu kupkę książek przewiązanych sznurkiem. Wyciąga kozik, rozcina sznurek i gdy widz sądzi, że mężczyzna rzuci się na książki, on bierze tylko sznurek. Książki zostają na ziemi. Tylko sznurek jest dla niego ważny, bo tylko z nim wie, co zrobić.
Zdzisław Mach*: Przybycie pana przodków na zachód doprowadziło do styku i wymieszania kultur - niemieckiej i kresowej. Najwyraźniej widać to w antykwariatach w miastach ziem zachodnich, gdzie obok siebie leżą książki z Lwowa i ze Śląska.
Podobnie z kuchnią - na święta znajdzie pan na wrocławskich stołach potrawy z Przemyśla i dania śląskie. Każde z nich jest pana. Bo pan - przedstawiciel trzeciego pokolenia przesiedleńców - konstruuje swoją tożsamość jako jednocześnie narodową, lokalną i europejską. Uwzględnia pan bez zastrzeżeń powojenne przesunięcie nie tylko fizycznych granic, ale też kulturowych.
Moi dziadkowie tak nie myśleli.
- To był ich dramat. O sukcesie migracji można mówić, gdy w społeczności, która została przeniesiona w inne miejsce, nastąpiło odtworzenie tożsamości - gdy nową ziemię zaczyna ono traktować jak własną. Akceptuje i przejmuje symbole kulturowe i obyczaje, zaczyna działać jak społeczeństwo. To się w przypadku dwóch pokoleń polskich repatriantów nie udało. Ponieśli kompletną klęskę.
Dlaczego?
- Po pierwsze, zupełnie inaczej przebiega emigracja, gdy ktoś decyzję o wyjeździe podejmuje sam. Ludzie jadą wtedy w nowe miejsce jak do ziemi obiecanej. Mentalność pionierów jest konstruktywna. Kresowian do emigracji zmuszono.
Po drugie, musieli opuścić ziemię, która dla nich była uświęcona: powstaniami i bohaterami narodowymi. Jechali na zachód ze świadomością, że nie udało im się tej "świętej ziemi" obronić przed komunistami.
Po trzecie, ziemia, na którą przybyli, to była ziemia znienawidzonych Niemców, obca, nieakceptowana.
Do tego doszła przepaść cywilizacyjna między ziemiami opuszczonymi i zachodnimi oraz fakt, że komunistyczny ustrój dusił w zarodku inicjatywy przesiedleńców. Np. przed wojną w Lubomierzu, w którym prowadziłem badania, istniała bardzo bogata sieć usługowa: byli szewcy, krawcy, rzeźnicy i fryzjerzy, nawet dwa hotele.
Nowi mieszkańcy nie zakładali nowych sklepów ani zakładów usługowych, a do lat 90. nie było tam hotelu. W socjalistycznym państwie nie wolno było tego robić. Zabito w nich inicjatywę.
No i ostatnia sprawa - osadnicy nie czuli, że ziemia, na którą trafili, została im przyznana raz na zawsze. Do lat 70. nie było pewności, że ziemie zachodnie zostaną przy Polsce. Ludzie byli straszeni Niemcami - rewanżystami od Adenauera i odwetowcami z Bonn. Władysław Gomułka, który używał tego języka, wyraźnie wierzył w to, co mówił. I działał przeciw tym ziemiom. Nie inwestował w nie, bo w głębi duszy nie był pewien, co z nimi będzie. Wszystko szło więc do centralnej Polski, a ziemie zachodnie traktowano trochę jak łup wojenny i ogałacano z co cenniejszej substancji.
Jak te ziemie mogli więc traktować ludzie, których rzucił na nie los? Nieprzypadkowo na pierwsze pokolenie przesiedleńców mówi się, że żyło na walizkach. Oni nigdy nie poczuli się tu pewnie i bezpiecznie. Nie mieli świadomości, że są prawdziwymi właścicielami i gospodarzami tych ziem. Zmieniło się to trochę dopiero na początku lat 70., po symbolicznym geście Willy'ego Brandta. Nastąpił jednak za późno, by oczekiwać od przesiedleńców zmiany mentalności utrwalonej przez 25 lat.
Kiedy trauma zaczęła ustępować?
- W trzecim pokoleniu. Drugie, czyli ludzie, którzy przyjechali z Kresów jako dzieci, żyli na psychologicznym pograniczu. Z jednej strony byli pod presją rodziców, którzy nie zaakceptowali nowego miejsca i tkwili w swoim dawnym świecie. Z drugiej obcowali z nową, zupełnie inną i lepiej rozwiniętą cywilizacją. Oni zachowywali się dwojako: albo uciekali z tych wsi i miasteczek do dużych miast, albo, niestety, ulegali postawie rodziców. To kompletnie stracone pokolenie, którego los był dramatyczny. Tkwili w czymś, co można by nazwać wewnętrzną emigracją - popadali w apatię, a z czasem w patologie, głównie alkoholizm.
A trzecie pokolenie urodziło się już na zachodzie i te ziemie, a nie mityczne Kresy, raj utracony rodziców i dziadków, potraktowało jak swoje.
W 1959 roku Niemcy pisali, że Polacy kompletnie zrujnowali Dolny Śląsk. Dlaczego przesiedleńcy z takim zapałem niszczyli poniemieckie budynki, sprzęty i maszyny?
- Dla przesiedleńców cenne były te rzeczy, które przywieźli z utraconego domu, ze wschodu. Tego, co dostali na zachodzie, ani nie cenili, ani nie rozumieli. I jeszcze w dodatku były to przedmioty wroga. Niszcząc je, mścili się na Niemcach.
Człowiek w trudnej chwili myśli, jak poprawić swoją sytuację, wykorzystując wszystko, co dostępne. Dlaczego ten mechanizm nie zadziałał w przypadku wypędzonych ze wschodu?
- Przypomnę panu scenę z serialu o czterech pancernych. Tomuś, prosty chłop ze wsi, którego gra Wiesław Gołas, znajduje w poniemieckim domu kupkę książek przewiązanych sznurkiem. Wyciąga kozik, rozcina sznurek i gdy widz sądzi, że mężczyzna rzuci się na książki, on bierze tylko sznurek. Książki zostają na ziemi. Tylko sznurek jest dla niego ważny, bo tylko z nim wie, co zrobić.
-
Kresowe życie na walizkach
arnold19
03.01.11, 20:37
A tutaj mozna przeczytac komentarz kogos ze srodowiska wyrzuconych z Kresow. Jak widac, idiotyzmy pana pfrosrosera zmusily go do wypowiedzi. »
-
Kresowe życie na walizkach
nutka57
17.06.11, 12:27
Pomysłodawcą Festiwalu w Lubomierzu był człowiek, urodzony na Wschodzie (a zatem drugie pokolenie uchodźców) - Olgierd Poniźnik, jeden z najlepszych samorządowców w Polsce. Co prawda, został»

Huta Miedzi Cedynia - największy zakład przetwórstwa miedzi w Polsce
Czytaj 3 odcinek cyklu "Hutniczy Maj"





