W czwartek prezes koszykarskiego Śląska Piotr Waśniewski wręczył trzymiesięczne wymówienia wszystkim piłkarzom i trenerom wrocławskiego zespołu. Waśniewski mówił wówczas, że najprawdopodobniej oznacza to zakończenie współpracy koszykarskiego i piłkarskiego Śląska. Dziś wiemy już na pewno, że poseł Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna, będący właścicielem klubu koszykarskiego, definitywnie żegna się z futbolem.
- Takie rozstanie to ewenement w polskim sporcie - tłumaczy Schetyna. Robimy to w cywilizowany sposób. Do końca sezonu będziemy utrzymywać zespół, płacić piłkarzom i wierzę, że na pewno wprowadzimy Śląsk do drugiej ligi. Tym samym zostawimy klub w komfortowej sytuacji dla przyszłego inwestora, który może wejść w piłkarski biznes - podkreśla.
Schetyna przejął zarządzanie piłkarskim Śląskiem latem 2003 roku. Podpisał wówczas umowę z właścicielami klubu Januszem Cymankiem i Ryszardem Sobiesiakiem, na podstawie której miał zarządzać zespołem piłkarskim przez 15 lat. Tak się nie stanie. Rezygnuje niespełna dwa lata po tym, jak przejął klub.
- Chyba wszyscy kibice pamiętają, w jakim momencie przejmowałem ten zespół - przypomina Schetyna. - Drużyna zdegradowana została wówczas do trzeciej ligi, a jej właściciele z powodu ogromnych problemów finansowych nie zamierzali zgłaszać zespołu do rozgrywek. Mówiłem, że przychodzę tu, aby uratować ten kultowy dla Wrocławia klub. I tak się stało. Drużyna przetrwała i jest bliska awansu do drugiej ligi, a więc zostawiam ją w znacznie lepszej sytuacji, niż obejmowałem w połowie 2003 roku - zaznacza.
Fakt wycofania się Schetyny z piłki nożnej jest jednak sporym zaskoczeniem, a może nawet sensacją. Nie jest tajemnicą, że poseł Platformy Obywatelskiej od dawna miał ambicje i marzenia, aby zaistnieć w futbolu. Przecież jeszcze kilka miesięcy temu bardzo poważnie rozważał możliwość kandydowania na prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej.
Snuł również plany stworzenia silnego piłkarskiego Śląska, który w ciągu dwóch, trzech lat miał wrócić do ekstraklasy. Tak się jednak nie stanie, przynajmniej nie z Grzegorzem Schetyną. Na pewno jest to jego sportowa porażka.
- Sportowa na pewno nie - oponuje Schetyna. - Powtarzam, że klub zostawiam w znacznie lepszej sytuacji, niż go przejąłem. Niestety, nie byłem w stanie poradzić sobie z garbem zobowiązań finansowych, jaki ciąży na tym klubie. Stare długi to ogromny, największy problem Śląska - zauważa.
Dług Śląska powstał, gdy klub ten grał w pierwszej i drugiej lidze. Oficjalnie nikt nie chce przyznać, jaką sumę Śląsk winny jest różnym wierzycielom. Nieoficjalnie podaje się, że zadłużenie oscyluje wokół 3-4 milionów złotych. Schetyna nie chce rozmawiać na ten temat. - To nie jest pytanie do mnie, ale do właścicieli klubu. Panowie Cymanek i Sobiesiak muszą mieć pomysł, jak wyjść z tego zadłużenia i czy w ogóle chcą klub oddłużyć - tłumaczy Schetyna.
Teoretycznie właściciele wrocławskiego zespołu mają na znalezienie inwestora trzy miesiące. Jeżeli nie znajdzie się nikt, kto spłaci dług i zainwestuje pieniądze w utrzymywanie drużyny, przyszłość Śląska będzie zagrożona. Na klubie ciąży obowiązek wpłacania rat do Urzędu Skarbowego, ZUS-u oraz dla swoich byłych piłkarzy. Jeżeli właściciele Śląska w terminie nie spłacą zadłużenia wobec "skarbówki", wówczas odwieszone zostanie półtora miliona złotych zrestrukturyzowanego niegdyś zobowiązania. Mówiąc prościej - jesienią 2003 roku właściciele klubu wpłacili ponad 700 tysięcy złotych do ZUS i Urzędu Skarbowego, ale była to tylko część kwoty zadłużenia. Jednak dzięki temu Skarb Państwa "darował" Śląskowi półtora miliona złotych. Jeśli kolejne raty nie zostaną wpłacone terminowo, wówczas ta kwota wraz z odsetkami znów stanie się długiem wrocławskiego klubu. - Takie niebezpieczeństwo istnieje. Ten dług to bomba z opóźnionym zapłonem - mówi Schetyna.
Istnieje groźba, że nawet po awansie do drugiej ligi Śląsk w niej nie zagra, gdyż nie otrzyma licencji uprawniającej do występów w tej klasie rozgrywkowej.
Szansą na uratowanie klubu jest pojawienie się inwestora z dużymi pieniędzmi. Miał być nim wrocławski biznesmen Józef Pilch, który jednak kilkanaście dni temu niespodziewanie zrezygnował z inwestycji. Pojawiły się wówczas opinie, że Pilch wycofał się ze swojego zamiaru, gdyż nie mógł dojść do porozumienia z Grzegorzem Schetyną w kwestii zarządzania Śląskiem. Schetyna twierdzi, że to bzdura.
- To przykre i nieprawdziwe insynuacje. Przecież to ja przez pół roku namawiałem go do wejścia w Śląsk. A że tak się nie stało, to już naprawdę nie moja wina. Jeśli byłem przeszkodą dla Pilcha, to w dzień po mojej rezygnacji on powinien pojawić się w Śląsku. Na razie tak się nie stało. Ale mam nadzieję, że może w przyszłości Józef Pilch zdecyduje się na taki krok. On jest dobrą, właściwą osobą do poprowadzenia tego klubu. Problem w tym, że na razie się nie zdecydował - kończy Schetyna.