Jak przesiedlić kulturę pozostawioną na Kresach

Rozmawiał Mirosław Maciorowski
23.12.2010 , aktualizacja: 22.12.2010 17:56
A A A Drukuj
Adolf Juzwenko podczas kwesty na budowę Pomnika Pomordowanych Profesorów Lwowskich

Adolf Juzwenko podczas kwesty na budowę Pomnika Pomordowanych Profesorów Lwowskich (Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta)

Po 1945 roku z Kresów przesiedlono polskich obywateli, ale nie udało się przywieźć polskiego dziedzictwa narodowego. Dopiero dziś, powoli i nie bez kłopotów, przywracamy je polskiej kulturze. - Dla Ossolineum jest miejsce zarówno we Wrocławiu, jak i we Lwowie - mówi Adolf Juzwenko, dyrektor Zakładu Narodowego im. Ossolińskich
Mirosław Maciorowski: Jakie skarby polskiej kultury zostały na Wschodzie?

Adolf Juzwenko: Można by długo wymieniać. W Wilnie jest na przykład bardzo znana biblioteka Wróblewskich - bogate zbiory - ponad 160 tys. woluminów i ponad 30 tys. rękopisów. Po wojnie przejęły ją władze radzieckiej republiki litewskiej, a dziś jest biblioteką Litewskiej Akademii Nauk.

A we Lwowie oczywiście Ossolineum.

- Wyjeżdżający w 1945 roku ze Lwowa Polacy nie wyobrażali sobie, by zostawić je Sowietom. To był skarb narodowy mający wtedy już ponad 120 lat historii. Dlatego zaraz po wojnie rozpoczęła się ostra kampania w sprawie przewiezienia tych zbiorów do Polski. Walczyły o to elity uniwersyteckie, literackie i dziennikarskie. Komuniści nie bardzo wiedzieli, jak sobie z tym poradzić. Bo dla tych spośród nich, którzy znali polską historię, zbiory ossolińskie też były ważne. Na przykład bardzo zaangażowany w tę akcję był Jerzy Borejsza, sztandarowy komunistyczny intelektualista. Akcja zakończyła się połowicznym sukcesem. Przetransportowano do Wrocławia tylko część zbiorów, głównie księgozbiór. W sumie około 200 tysięcy woluminów, trochę starodruków i bardzo niewiele czasopism, a także w części inne kolekcje. Był to tzw. dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego. W oparciu o to odtworzono Ossolineum we Wrocławiu.

Dlaczego nie udało się uzyskać więcej?

- Ówczesne władze sowieckie były temu przeciwne. We Lwowie zostały niezwykle bogate zbiory sztuki. Ossoliński podpisał w 1823 roku umowę z księciem Henrykiem Lubomirskim, w wyniku której w strukturach Ossolineum powstało muzeum książąt Lubomirskich. Było ono, podobnie jak biblioteka, jedyną wówczas na ziemiach polskich instytucją narodową. Tu płynęły dary od ofiarodawców z całego kraju i od Polaków zamieszkałych za granicą. Przede wszystkim jednak książę Henryk, wybitny kolekcjoner, przekazał dla Ossolineum swoje zbiory. Była też umowa z rodziną Pawlikowskich z Medyki, która w 1921 roku przekazała do Ossolineum swoją bibliotekę, na którą składały się m.in. ogromne zbiory grafiki i rysunków. Dziś, jak tam jeżdżę i oglądam te zbiory, to serce raduje się i płacze. Bo Pawlikowskiego interesowało wszystko, co ma związek z polskością, dokumentował pamięć narodową w sztuce. To jest przepiękna, chwytająca za gardło kolekcja. I w dodatku jest w całkiem przyzwoitym stanie. Bogate są też zbiory malarstwa. Przed wojną żadne polskie miasto nie mogło pochwalić się taką kolekcją. Dzisiaj to bogactwo polskiej sztuki jest rozsiane po wielu muzeach w całym mieście.

Dla Ukraińców te zbiory nie mają chyba wielkiej wartości emocjonalnej?

- Dlatego są trochę pogubieni, to dla nich kłopot. Zdają sobie sprawę, że one są tak naprawdę cenne tylko dla polskiej kultury. Ale jesteśmy w trakcie budowania nowego klimatu w naszych relacjach i wokół zbiorów. Dzisiaj mamy do nich coraz szerszy i łatwiejszy dostęp. Mają przed nami coraz mniej tajemnic - o wszystkim mówią, wszystko pokazują. Współpraca układa się naprawdę dobrze.

A czy można jakoś bez zadrażnień skłonić Ukraińców, by zaczęli dzielić się tymi zbiorami. Oczywiście nie w sensie przekazywania ich nam, tylko udostępniania?

- Taka jest właśnie moja propozycja. Od lat powtarzam, że dla Ossolineum jest miejsce zarówno we Wrocławiu, jak i we Lwowie. Chcę, by zbiory ossolińskie pozostające w Lwowskiej Narodowej Naukowej Bibliotece Wasyla Stefanyka nazwano po prostu: "historycznymi kolekcjami ossolińskimi". Chcę doprowadzić do ich digitalizacji, opracować je, wydać polsko-ukraińskie katalogi i wspólnie z nich korzystać. Nie przewożąc ich, niech tam zostaną, opuszczałyby Lwów tylko w przypadku jakichś wystaw. Chciałbym, aby podobnie stało się także z malarstwem, budując we Wrocławiu muzeum Lubomirskich. Przy głównym gmachu Ossolineum jest działka, na której mam nadzieję w przyszłości powstanie. Gdy mówię o tym pomyśle, pytają mnie często: a gdzie zbiory, przecież nie masz zbiorów? Odpowiadam: magazyny ossolińskich kolekcji są we Lwowie. Trzeba je tu przywozić, tu poddawać konserwacji, opracowywać, brać w długoletnie depozyty i wspólnie eksponować, a potem zawozić z powrotem do Lwowa. Tam natomiast trzeba wybudować suchy magazyn, by nie wracały do piwnic. I to trzeba zrobić szybko i za nasze pieniądze.

Kiedy te plany mogą się ziścić?

- Na razie nie wiem, potrzebujemy 100 mln zł, żeby przystąpić do budowy muzeum. Czas, by o tym zacząć poważnie rozmawiać.

Tam, na Ukrainie?

- Nie, po naszej stronie; Ukraińcy wiedzą, że na tym tylko skorzystają, bo zdobędą pieniądze na poprawę warunków przechowywania swoich zbiorów, a także warunków swojej pracy. Są chętni do współpracy. Gdy mówię im na przykład, że przechowują zbiory w złych warunkach, odpowiadają, że na lepsze ich nie stać. Proszą o pomoc. W ub.r. podpisaliśmy umowę i przekazaliśmy im 60 tys. zł. Wyremontowali za to część magazynowych pomieszczeń. Byli szczęśliwi, w zamian przekazali mi do dyspozycji dwa piękne pomieszczenia na pracownie digitalizacyjne. Wcześniej dyrektor biblioteki Stefanyka narzekał na kłopoty z pozyskaniem pieniędzy na dokończenie remontu budynku biblioteki Baworowskich. Zapytałem, czy przyjąłby pieniądze z Ossolineum. Zgodził się, ale od razu spytał, co chcemy w zamian. Niedużo, odpowiedziałem: proponuję, by jedna z wyremontowanych sal w pałacu nosiła imię Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, poprosiłem, by w bibliotece Stefanyka znalazło się miejsce na biuro pełnomocnika Ossolineum we Lwowie. Wreszcie zaproponowałem, byśmy mogli wspólnie organizować "Ossolińskie spotkania w lwowskiej bibliotece im Stefanyka". Dyrektor zgodził się i wszystko to dziś mamy.

Teraz musi pan zdobyć jeszcze te sto milionów. Są jakieś szanse?

- To nie takie proste. Sto milionów złotych na ratowanie polskiego dziedzictwa na Wschodzie, to - jak się okazuje - wielki problem. Chcę w to wciągnąć jak najszerszą rzeszę ludzi i stworzyć wokół tej propozycji wpływowy lobbing. Rozmawiam m.in. z kancelarią prezydenta Bronisława Komorowskiego, który jest ustawowym patronem Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. Nie możemy z tego pomysłu zrezygnować. To jest instytucja potrzebna nie tylko narodowi, ale także Wrocławiowi. Wrocław odwiedzają turyści z całego świata. Winniśmy podejmować próby pokazywania im nie tylko jego historii, ale także historii dzisiejszych jego mieszkańców. Winniśmy spróbować odpowiedzieć na pytania, kim oni są, skąd do Wrocławia przyjechali, czym w historii Polski były dawne Kresy. Marzę o tym, by w przyszłym muzeum znalazła się wystawiennicza przestrzeń lwowska. W Ossolineum kończymy renowację plastycznej panoramy Lwowa Witwickiego. To makieta miasta sprzed pierwszego rozbioru Polski. Chcemy, by stała się stałym elementem ekspozycji. Wykorzystamy multimedia, by ją profesjonalnie pokazywać. To będzie rarytas; prawdziwy kawałek dawnego Lwowa w dzisiejszym Wrocławiu.

** Chcemy stworzyć rodzinny album wygnanych z Kresów Polaków. Opowiedzieć, jak 65 lat temu startowali w nowe życie tam, gdzie rzucił ich los. Niemal każda rodzina przechowuje opowieści z pierwszych lat na Zachodzie. Właśnie o nie nam chodzi. I zdjęcia - na nich szczególnie nam zależy! Adres: Gazeta Wyborcza Wrocław, plac Solny 2/3, 50-060 Wrocław. E-mail: samiswoi@agora.pl

Najnowsze wiadomości

Sześć miast - tysiące wrażeń

Z wizytą w miejscowościach należących do Górnołużyckiego Związku Sześciu Miast

Znajdź nas na Facebooku