Awangardycy kontra prawdziwi mistrzowie - rozmowa z Pawłem Huellem
2007-02-27
, aktualizacja: 27.02.2007 00:00
Znany pisarz przyjedzie w środę do Wrocławia promować swoją najnowszą książkę ?Ostatnia wieczerza?
Agnieszka Kołodyńska: Pana najnowsza powieść ma niewiele wspólnego ze światem dawnego Gdańska. Miasto paraliżują zamachy bombowe, samochody stoją w korkach na alei Kaczyńskich, w centrum wybudowano meczet Lubi Pan, jako pisarz, prowokować?
Paweł Huelle: Ta powieść nie jest zamierzoną prowokacją. Powiedzenie kilku gorzkich słów prawdy, nie wiedzieć dlaczego, odbierane jest w ten sposób.
"Ostatnia wieczerza" odwołuje się do wzorców modernistycznych, to powieść z życia artystów. Na tym polu nasza literatura ma duże doświadczenie. Wspomnę tylko "622 upadki Bunga" Witkacego, czy prozę Berenta. W porównaniu z nimi moja powieść jest stosunkowo łagodna.
Nawiązuje Pan w powieści bezpośrednio do obrazu Macieja Świeszewskiego pod tym samym tytułem, do którego Pan pozował. Ta praca wywołała dyskusje w prasie. Uznano ją za kicz, za nieudaną próbę zmierzenia się z klasyką. Gdzie według Pana przebiega granica między kiczem a sztuką?
- Współczesna awangarda jest bezpiecznym akademizmem, powtarza gesty już znane, nie przynosi niczego nowego. Ci, którzy krytykują Świeszewskiego nie wiedzą wiele o dawnej sztuce. Dla mnie awangardowa jest właśnie próba powrotu do treści dzieł dawnych mistrzów. Instalacje wideo, nowoczesne media - to już się wypaliło. Inspiracji trzeba szukać gdzie indziej. To jest dla mnie prawdziwy akt odwagi, na który odważył się Świeszewski. Dziś recenzje sztuki załatwia się w zdawkową, krótką formułą typu hit - kit. Czego z tego można się o artyście i jego pracy dowiedzieć? Taką metodą „Ostatnia wieczerza” została okrzyknięta kiczem. A kto tak zawyrokował? Kilka osób ze środowiska awangardyków. Nikt nie spytał - dla przykładu - historyków sztuki, co o tym sądzą. A niektórzy sądzą bardzo dobrze
Uważa Pan, że współczesna sztuka jest w kryzysie?
- Oczywiście, ale nie dlatego, że nie ma artystów na miarę starych mistrzów. Chodzi mi raczej o sposób, w jaki mówi się o sztuce. Nie trzeba od razu wrzeszczeć, że coś jest kiczem, ale warto spróbować zrozumieć o co chodziło artyście. Co w tym złego, że ktoś nie małpuje sztuki awangardowej, nie ustawia piramid pudełek po butach - jak w gdańskiej Galerii Wyspa - tylko maluje przez 10 lat jeden obraz? Że jest on niepoprawny politycznie? Oczywiście, ponieważ nie odwołuje się do tego, co jest dzisiaj cool i trendy. Na szczęście publiczność "głosuje nogami". Ludzie chodzą na wystawę Donalda Kuspita "Nowi Dawni Mistrzowie" w Oliwie. Chcą to oglądać, choć według awangardyków to kicz. Nie ma porozumienia między zwykłymi widzami a progresywnymi krytykami. Nowoczesność to dzisiaj mantra, pod którą podpinają się ludzie, którzy o sztuce nie mają żadnego pojęcia. Wystarczy - jak Manzoni - zapakować własną kupę w puszkę i sprzedać to prestiżowej galerii, a już się jest artystą. Ja oczekuję od artysty czegoś, czego sam nie mogę osiągnąć i co mogę autentycznie podziwiać. Niech mi Pani wybaczy - własną kupę mogę zapakować do puszki, a o podziw dla takiego dzieła powinienem zabiegać u kuratorów, krytyków i dziennikarzy. Rzecz w tym, że wszyscy będą zachwyceni. Ja - nie.
Ma Pan opinię osoby ostrej w sądach. Prowadzi Pan głośne spory m.in. z prałatem Jankowskim. Pana niechęć do jego osoby znalazła ponownie ujście w najnowszej książce. Monsignore nie jest godzien być nawet Judaszem na obrazie. Chce Pan w ten sposób sprowokować czytelników do dyskusji o polskim katolicyzmie?
- Ewangelia mówi: "Bodaj byś był zimny, albo gorący, ale dlatego że jesteś letni, pocznę cię wyrzucać z ust moich". Rolą pisarza jest wchodzić w spór ze światem. Nie chcę prowokować, bo prowokację uważam za tandetę. Ale spór jest ważnym elementem demokracji.. Prałat Jankowski reprezentuje polski nurt dziś tryumfującego katolicyzmu, tak samo jak o. Rydzyk. Kościół w ich wydaniu jest ksenofobiczny, antyeuropejski, ludowy. Intelektualny katolicyzm Lasek, "Więzi", "Tygodnika Powszechnego", "Znaku", który był polską specjalnością dziś stracił swoje znaczenie.Przynajmniej w tym sensie, że co najmniej połowa episkopatu uważa go za podejrzany, nieskuteczny, masoński, przesiąknięty żydostwem. Głównym strumieniem jest właśnie strona ojca Ryzyka. Inteligenci i intelektualiści są w odwrocie. W polskim kościele dominuje bardzo płytka hasłowość .Jakiś rodzaj PRL-u. Dla wielu ludzi ważniejsze jest zdanie ojca Rydzyka od zdania papieża! Co ja mówię - przecież oni w ogóle słów papieża nie słuchają! Ten folklor jest chory, dlatego obowiązkiem pisarza jest postawienie pytań . Oczywiście mogę się mylić. Ale myślę, że ten "sarmatyzm bis" wart jest co najmniej zastanowienia.
Kim jest Polak-katolik? To ten, który podczas Pana procesu z prałatem Jankowskim krzyczał na Pana widok "Treblinka"?
- Tłum krzyczał, że jestem Żydem, że powinienem wyjechać z Polski, najlepiej przez kominTreblinki. Na szczęście Polacy mają różne twarze. Wciąż dziwi mnie, że takie ruchy znajdują wsparcie w Kościele, zwłaszcza po nauczaniu papieża Wojtyły. Proszę sobie wyobrazić - czy Jan Paweł II wysyłałby kogokolwiek do Treblinki ? Dla mnie chrześcijaństwo to osobista relacja człowieka z osobą Mesjasza. A ekstremalne ruchy próbują nam wmówić, że ta relacja zależy od Ojca Dyrektora, czy od innego urzędnika. Nie im oceniać jakość tej relacji.Mesjasz przyszedł dla wszystkich, nie tylko dla zwolenników księdza Monsignore, czy ojca dyrektora. Zupełnie im się w głowach poprzewracało. Są bezczelni i aroganncy. Jak typowi policjanci Pana Boga. Myślę, że ani święty Jan od krzyża, ani Tomas Merton - moi osobiści nauczyciele chrześcijaństwa - nie stanęliby po stronie ludzi, którzy chcą kogoś wpakować do komory gazowej. Ostatecznie tę właśnie formę rozwiązywania problemów wprowadzili ludzie, którzy byli największymi wrogami chrześcijaństwa. I którzy bez zmrużenia oka mordowali także tysiące zakonnic, księży, chrześcijan.
W świecie Pana powieści w centrum miasta znajduje się meczet. Uważa Pan, ze także u nas pojawi się niebawem, tak jak w Europie Zachodniej, wielu muzułmanów? To przestroga przed islamskimi fundamentalistami? Słychać tu echa poglądów Oriany Falacci.
- Europa jest w stanie rozkładu. Bezsiły. Impotencji. Nie ma żadnej zwartej polityki wobec wojującego islamu. Politycy są niepoważni, sparaliżowani poprawnością polityczną. Za 15, 20 lat będziemy mieć w Polsce takie problemy, jak ma Francja. Nie da się tego załatwić wyłącznie poprawnością. W państwach demokratycznych integralni islamiści będą wygrywać wybory i w ogóle nie będą liczyć się z naszym zdaniem. Oni nie szanują naszego pojmowania wolności, tolerancji, wielokulturowości. Trzeba wymusić na politykach stanowczą odpowiedź w tej kwestii. Nie mówię o agresji, ostatnią rzeczą, jaką bym chciał widzieć to wojna chrześcijańsko-islamska w Europie. Problem agresywnej części społeczeństwa islamu jednak sam się nie rozwiąże. Zamachy terrorystyczne są realnością, spory o chusty w szkołach też. Większość Europejczyków nie chce być wyznawcami żadnej religii. Musimy się jednak zastanowić, co w takim razie możemy przeciwstawić sile islamu, tej ofensywie. Nie możemy być stroną zawsze przepraszającą, wycofującą się w tym dialogu, bo oznaczać to będzie wprowadzenie nowej dyktatury islamo-faszyzmu. Czy łączy nas tylko kwestia wzrostu PKB, oraz ustalanych cen oliwek ? Jeśli tak, to powinniśmy od razu powiedzieć: Europa, wspólnota europejska - jest już tylko mitem.
Wiele w Pana powieści odniesień do rysunków Jerozolimy Dawida Robertsa. Dlaczego tak Pana zainspirował?
- W ogóle nie znałem jego twórczości, dopóki nie pojechałem do Jerozolimy. W sklepikach z pamiątkami znalazłem przepiękną reprodukcję panoramy Jerozolimy jego autorstwa z roku 1839, po drugiej stronie znajduje się współczesny widok miasta. Spodobał mi się na tyle, że poszukałem książek z jego rysunkami. Znalazłem m.in. album wydany po polsku z jego podróży po Egipcie. Także reprinty jego prac wydane w Londynie i Jerozolimie. Postanowiłem wykorzystać jego akwarele jako kontrapunkt w mojej powieści. A także jego przemyślenia o Mesjaszach, Żydach, chrześcijaństwie i Jezusie. Należał do pokolenia, które - jak Chateubriand - poszukiwało głębokiej formuły wiary. I nie wstydziło się poszukiwania swoich europejskich, chrześcijańskich korzeni. Ponadto jest dla mnie David Roberts artystą, który - poza wszystkim - ceni staranność, doskonały warsztat, najgłębszy szacunek dla odbiorcy. To dzisiaj w sztuce zupełnie nie ma znaczenia, wystarczy kamerka ustawiona na ulicy, albo w toalecie - i już jest wspaniale. Otóż naprawdę wspaniałe są rysunki Robertsa wykonane podczas jego podróży. Szkoda, że minął się ze Słowackim o parę miesięcy podczas tej wyprawy. I dlatego jedną ze scen apokryficznych w mojej powieści, jest spotkanie Robertsa z Juliuszem Słowackim, który - warto o tym przypomnieć - miał ogromny talent plastyczny, świetnie rysował. Podobnie jak Zbigniew Herbert. Kogo to jednak dzisiaj zajmuje?
Paweł Huelle spotka się z czytelnikami w środę w Sali Mieszczańskiej wrocławskiego ratusza. Wieczór poprowadzi Leszek Budrewicz. Początek o godz. 18. Wstęp wolny
Paweł Huelle: Ta powieść nie jest zamierzoną prowokacją. Powiedzenie kilku gorzkich słów prawdy, nie wiedzieć dlaczego, odbierane jest w ten sposób.
"Ostatnia wieczerza" odwołuje się do wzorców modernistycznych, to powieść z życia artystów. Na tym polu nasza literatura ma duże doświadczenie. Wspomnę tylko "622 upadki Bunga" Witkacego, czy prozę Berenta. W porównaniu z nimi moja powieść jest stosunkowo łagodna.
Nawiązuje Pan w powieści bezpośrednio do obrazu Macieja Świeszewskiego pod tym samym tytułem, do którego Pan pozował. Ta praca wywołała dyskusje w prasie. Uznano ją za kicz, za nieudaną próbę zmierzenia się z klasyką. Gdzie według Pana przebiega granica między kiczem a sztuką?
- Współczesna awangarda jest bezpiecznym akademizmem, powtarza gesty już znane, nie przynosi niczego nowego. Ci, którzy krytykują Świeszewskiego nie wiedzą wiele o dawnej sztuce. Dla mnie awangardowa jest właśnie próba powrotu do treści dzieł dawnych mistrzów. Instalacje wideo, nowoczesne media - to już się wypaliło. Inspiracji trzeba szukać gdzie indziej. To jest dla mnie prawdziwy akt odwagi, na który odważył się Świeszewski. Dziś recenzje sztuki załatwia się w zdawkową, krótką formułą typu hit - kit. Czego z tego można się o artyście i jego pracy dowiedzieć? Taką metodą „Ostatnia wieczerza” została okrzyknięta kiczem. A kto tak zawyrokował? Kilka osób ze środowiska awangardyków. Nikt nie spytał - dla przykładu - historyków sztuki, co o tym sądzą. A niektórzy sądzą bardzo dobrze
Uważa Pan, że współczesna sztuka jest w kryzysie?
- Oczywiście, ale nie dlatego, że nie ma artystów na miarę starych mistrzów. Chodzi mi raczej o sposób, w jaki mówi się o sztuce. Nie trzeba od razu wrzeszczeć, że coś jest kiczem, ale warto spróbować zrozumieć o co chodziło artyście. Co w tym złego, że ktoś nie małpuje sztuki awangardowej, nie ustawia piramid pudełek po butach - jak w gdańskiej Galerii Wyspa - tylko maluje przez 10 lat jeden obraz? Że jest on niepoprawny politycznie? Oczywiście, ponieważ nie odwołuje się do tego, co jest dzisiaj cool i trendy. Na szczęście publiczność "głosuje nogami". Ludzie chodzą na wystawę Donalda Kuspita "Nowi Dawni Mistrzowie" w Oliwie. Chcą to oglądać, choć według awangardyków to kicz. Nie ma porozumienia między zwykłymi widzami a progresywnymi krytykami. Nowoczesność to dzisiaj mantra, pod którą podpinają się ludzie, którzy o sztuce nie mają żadnego pojęcia. Wystarczy - jak Manzoni - zapakować własną kupę w puszkę i sprzedać to prestiżowej galerii, a już się jest artystą. Ja oczekuję od artysty czegoś, czego sam nie mogę osiągnąć i co mogę autentycznie podziwiać. Niech mi Pani wybaczy - własną kupę mogę zapakować do puszki, a o podziw dla takiego dzieła powinienem zabiegać u kuratorów, krytyków i dziennikarzy. Rzecz w tym, że wszyscy będą zachwyceni. Ja - nie.
Ma Pan opinię osoby ostrej w sądach. Prowadzi Pan głośne spory m.in. z prałatem Jankowskim. Pana niechęć do jego osoby znalazła ponownie ujście w najnowszej książce. Monsignore nie jest godzien być nawet Judaszem na obrazie. Chce Pan w ten sposób sprowokować czytelników do dyskusji o polskim katolicyzmie?
- Ewangelia mówi: "Bodaj byś był zimny, albo gorący, ale dlatego że jesteś letni, pocznę cię wyrzucać z ust moich". Rolą pisarza jest wchodzić w spór ze światem. Nie chcę prowokować, bo prowokację uważam za tandetę. Ale spór jest ważnym elementem demokracji.. Prałat Jankowski reprezentuje polski nurt dziś tryumfującego katolicyzmu, tak samo jak o. Rydzyk. Kościół w ich wydaniu jest ksenofobiczny, antyeuropejski, ludowy. Intelektualny katolicyzm Lasek, "Więzi", "Tygodnika Powszechnego", "Znaku", który był polską specjalnością dziś stracił swoje znaczenie.Przynajmniej w tym sensie, że co najmniej połowa episkopatu uważa go za podejrzany, nieskuteczny, masoński, przesiąknięty żydostwem. Głównym strumieniem jest właśnie strona ojca Ryzyka. Inteligenci i intelektualiści są w odwrocie. W polskim kościele dominuje bardzo płytka hasłowość .Jakiś rodzaj PRL-u. Dla wielu ludzi ważniejsze jest zdanie ojca Rydzyka od zdania papieża! Co ja mówię - przecież oni w ogóle słów papieża nie słuchają! Ten folklor jest chory, dlatego obowiązkiem pisarza jest postawienie pytań . Oczywiście mogę się mylić. Ale myślę, że ten "sarmatyzm bis" wart jest co najmniej zastanowienia.
Kim jest Polak-katolik? To ten, który podczas Pana procesu z prałatem Jankowskim krzyczał na Pana widok "Treblinka"?
- Tłum krzyczał, że jestem Żydem, że powinienem wyjechać z Polski, najlepiej przez kominTreblinki. Na szczęście Polacy mają różne twarze. Wciąż dziwi mnie, że takie ruchy znajdują wsparcie w Kościele, zwłaszcza po nauczaniu papieża Wojtyły. Proszę sobie wyobrazić - czy Jan Paweł II wysyłałby kogokolwiek do Treblinki ? Dla mnie chrześcijaństwo to osobista relacja człowieka z osobą Mesjasza. A ekstremalne ruchy próbują nam wmówić, że ta relacja zależy od Ojca Dyrektora, czy od innego urzędnika. Nie im oceniać jakość tej relacji.Mesjasz przyszedł dla wszystkich, nie tylko dla zwolenników księdza Monsignore, czy ojca dyrektora. Zupełnie im się w głowach poprzewracało. Są bezczelni i aroganncy. Jak typowi policjanci Pana Boga. Myślę, że ani święty Jan od krzyża, ani Tomas Merton - moi osobiści nauczyciele chrześcijaństwa - nie stanęliby po stronie ludzi, którzy chcą kogoś wpakować do komory gazowej. Ostatecznie tę właśnie formę rozwiązywania problemów wprowadzili ludzie, którzy byli największymi wrogami chrześcijaństwa. I którzy bez zmrużenia oka mordowali także tysiące zakonnic, księży, chrześcijan.
W świecie Pana powieści w centrum miasta znajduje się meczet. Uważa Pan, ze także u nas pojawi się niebawem, tak jak w Europie Zachodniej, wielu muzułmanów? To przestroga przed islamskimi fundamentalistami? Słychać tu echa poglądów Oriany Falacci.
- Europa jest w stanie rozkładu. Bezsiły. Impotencji. Nie ma żadnej zwartej polityki wobec wojującego islamu. Politycy są niepoważni, sparaliżowani poprawnością polityczną. Za 15, 20 lat będziemy mieć w Polsce takie problemy, jak ma Francja. Nie da się tego załatwić wyłącznie poprawnością. W państwach demokratycznych integralni islamiści będą wygrywać wybory i w ogóle nie będą liczyć się z naszym zdaniem. Oni nie szanują naszego pojmowania wolności, tolerancji, wielokulturowości. Trzeba wymusić na politykach stanowczą odpowiedź w tej kwestii. Nie mówię o agresji, ostatnią rzeczą, jaką bym chciał widzieć to wojna chrześcijańsko-islamska w Europie. Problem agresywnej części społeczeństwa islamu jednak sam się nie rozwiąże. Zamachy terrorystyczne są realnością, spory o chusty w szkołach też. Większość Europejczyków nie chce być wyznawcami żadnej religii. Musimy się jednak zastanowić, co w takim razie możemy przeciwstawić sile islamu, tej ofensywie. Nie możemy być stroną zawsze przepraszającą, wycofującą się w tym dialogu, bo oznaczać to będzie wprowadzenie nowej dyktatury islamo-faszyzmu. Czy łączy nas tylko kwestia wzrostu PKB, oraz ustalanych cen oliwek ? Jeśli tak, to powinniśmy od razu powiedzieć: Europa, wspólnota europejska - jest już tylko mitem.
Wiele w Pana powieści odniesień do rysunków Jerozolimy Dawida Robertsa. Dlaczego tak Pana zainspirował?
- W ogóle nie znałem jego twórczości, dopóki nie pojechałem do Jerozolimy. W sklepikach z pamiątkami znalazłem przepiękną reprodukcję panoramy Jerozolimy jego autorstwa z roku 1839, po drugiej stronie znajduje się współczesny widok miasta. Spodobał mi się na tyle, że poszukałem książek z jego rysunkami. Znalazłem m.in. album wydany po polsku z jego podróży po Egipcie. Także reprinty jego prac wydane w Londynie i Jerozolimie. Postanowiłem wykorzystać jego akwarele jako kontrapunkt w mojej powieści. A także jego przemyślenia o Mesjaszach, Żydach, chrześcijaństwie i Jezusie. Należał do pokolenia, które - jak Chateubriand - poszukiwało głębokiej formuły wiary. I nie wstydziło się poszukiwania swoich europejskich, chrześcijańskich korzeni. Ponadto jest dla mnie David Roberts artystą, który - poza wszystkim - ceni staranność, doskonały warsztat, najgłębszy szacunek dla odbiorcy. To dzisiaj w sztuce zupełnie nie ma znaczenia, wystarczy kamerka ustawiona na ulicy, albo w toalecie - i już jest wspaniale. Otóż naprawdę wspaniałe są rysunki Robertsa wykonane podczas jego podróży. Szkoda, że minął się ze Słowackim o parę miesięcy podczas tej wyprawy. I dlatego jedną ze scen apokryficznych w mojej powieści, jest spotkanie Robertsa z Juliuszem Słowackim, który - warto o tym przypomnieć - miał ogromny talent plastyczny, świetnie rysował. Podobnie jak Zbigniew Herbert. Kogo to jednak dzisiaj zajmuje?
Paweł Huelle spotka się z czytelnikami w środę w Sali Mieszczańskiej wrocławskiego ratusza. Wieczór poprowadzi Leszek Budrewicz. Początek o godz. 18. Wstęp wolny
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




