Ucz się na błędach największych firm internetowych
23.09.2010
, aktualizacja: 24.09.2010 10:16
Nawet najlepsze internetowe biznesy padają. Czasem winą jest nadmierna pewność siebie ich właścicieli, częściej nienadążanie za konkurencją. Bywa też tak, że nikt nie potrafi stwierdzić, co się stało, gdy świetny portal nagle traci użytkowników
ZOBACZ TAKŻE
- Rewolucyjnie uczą lokalnych przedsiębiorców internetu (17-11-10, 16:31)
- Nie zrobisz biznesu bez dobrej strony internetowej (03-10-10, 07:00)
SERWISY
W lipcu ubiegłego roku do sądu trafił wniosek o upadłość kultowego polskiego serwisu społecznościowego Grono.net. Wniosek - ostatecznie oddalony - pokazał jednak, że w internecie nie ma "nietykalnych", a formuła portalu, który przez lata cieszył się niesłabnącą popularnością, z czasem może się wyczerpać.
Serwis wystartował w 2004 r. i był jednym z pierwszych, którym Polacy mogli zamieszczać swoje zdjęcia i wymieniać plotkami z przyjaciółmi. Był elitarny. By do niego dołączyć, konieczne było zaproszenie od znajomego, który był już użytkownikiem Grona. Portal szybko zdobył sobie rzeszę wiernych internautów, którzy logowali się na nim nawet kilkanaście razy w ciągu dnia. Co roku przybywało mu 300-400 tys. użytkowników. Szczytem możliwości okazał się pułap 1,5-1,6 mln osób.
- A potem zaczęły się tam kłótnie. Właściciele skupili się na wewnętrznych konfliktach, zamiast na ulepszaniu portalu - wspomina Przemysław Żyła, niezależny ekspert internetowy, redaktor witryny e-startup.pl. - Grono dało się przegonić konkurencji. Przegapiło moment, w którym należało podjąć kilka decyzji. Gdy właściciele otrząsnęli się, było już za późno. Później przeprowadzili jeszcze kilka radykalnych zmian, m.in. zmienili interfejs i wprowadzili wewnętrzny komunikator. A to nie spodobało się użytkownikom, którzy od lat korzystali z tego samego serwisu i nie chcieli przyzwyczaić się do nowości. Gwoździem do trumny była rosnąca popularność Naszej-klasy.
Wraz z odpływającymi użytkownikami pojawiły się też problemy finansowe. Portal nie upadł, udało mu się spłacić wierzycieli, ale czasy dawnej świetności minęły.
Raz na wozie...
Grono.net to jeden z wielu przykładów internetowych biznesów, które po kilku latach święcenia triumfów z czasem stopniowo odchodziły w niepamięć. Ten sam los, ale w dużo większej skali, spotkał AltaVistę, Inffoseek i Lycos. To popularne przed laty wyszukiwarki, z których dziś korzystają już tylko nieliczni.
Inffoseek powstała w 1994 r. Za oceanem była najczęściej wybieranym narzędziem do wyszukiwania informacji. Notowała nawet ponad 7 mln użytkowników miesięcznie.
- Cztery lata później kupił ją Disney i pomimo że inwestował w nią ogromne kwoty, to jednak nie potrafił wykorzystać jej potencjału - opowiada Żyła. - Połączył Infoseek z serwisem Go.com i to chyba był błąd. Choć tak naprawdę do dzisiaj nie rozumiem, co się stało. Z czasem po prostu zaczęło się używać innych wyszukiwarek, bo były lepsze.
AltaVista jest o rok młodsza od Inffoseeka. Stworzył ją dział badawczy amerykańskiej firmy informatycznej Digital Equipment Corporation, wykorzystując swoje szybkie serwery Alpha. Miała wszystko, by osiągnąć sukces, i przez lata tak właśnie było. Firma opracowała nowatorską metodę gromadzenia każdego wyrazu w szybkim, przeszukiwalnym indeksie, dzięki czemu wyszukiwanie hasła trwało tam najkrócej. Była pierwszą wielojęzyczną wyszukiwarką. Jako pierwsza obsługiwała też języki oparte na niełacińskich alfabetach, m.in. japoński i chiński. Umożliwiała nawet nieznane do tej pory wyszukiwanie fraz i multimediów.
Zgubiła ją zachłanność nowych właścicieli, którzy postanowili pójść dalej i poszerzyć jej profil. W 1998 r. AltaVistę przejęła firma Compaq, a rok później wyszukiwarkę przekształcono w portal internetowy, który miał konkurować z Yahoo!. W 2002 r. AltaVista ponownie skupiła się na wyszukiwaniu, ale było już za późno. Rozczarowani użytkownicy już do niej nie wrócili.
Lycos także był prawdziwą gwiazdą światowego internetu. Jego lata świetności przypadają na drugą połowę lat 90. Do jego upadku doprowadziła agresywna i nie zawsze racjonalna polityka. Przez cztery lata firma przejęła prawie 30 spółek internetowych, wydając na nie około miliarda dolarów i często po prostu przepłacając. W marcu 1999 r. firma wyprzedzała jeszcze Yahoo w rankingu najpopularniejszych stron USA. Jej serwisy odwiedzało wówczas ponad 30 mln Amerykanów. Miała nie tylko wyszukiwarkę Lycos, ale także HotBot i wyszukiwarkę osób WhoWhere, serwis randkowy Matchmaker, portale finansowe, serwis z grami i portal ułatwiający tworzenie stron internetowych. Wydawała przewodnik po najlepszych stronach internetowych, prowadziła klub lojalnościowy, a nawet pomagała w tworzeniu witryny igrzysk olimpijskich w Sydney.
Problemy zaczęły się, gdy Lycosa przejęła hiszpańska firma internetowa i odszedł z niego twórca jego sukcesu Bob Davis. Wszystko to zbiegło się z tzw. internetową bańką na światowym rynku - z dnia na dzień wycofywali się reklamodawcy, biznesowi partnerzy bankrutowali, a wielomilionowe umowy okazywały się nic niewartymi świstkami papieru. Dla Lycosa oznaczało to koniec świetności. Firma poradziła sobie finansowo, ale zabrakło już w niej pomysłów na wydźwignięcie się z dołka, a konkurencja nie spała.
Ciągle coś nowego
- Dobry biznes internetowy to nie tylko pomysł na początku, stworzenie systemu internetowego i na tym koniec. Żeby się rozwijał i zarabiał, jego właściciel każdego tygodnia musi mieć jakiś nowy pomysł na jego sprzedaż, aktywizację użytkowników i promocję w internecie - komentuje Marcin Balawejder, przedsiębiorca internetowy, który ma za sobą ogłoszenie upadłości własnego portalu Ulubiony.pl i teraz wyciąga wnioski z własnych błędów. - Nie wystarczy sam cel, chęć osiągnięcia sukcesu. W każdy poniedziałek musimy mieć sensowny plan działania na cały tydzień, zwiększający świadomość marki, zmierzający do pozyskiwania nowych klientów. Mówi się, że dziewięć na dziesięć biznesów internetowych upada, ale te dziewięć projektów powstało i na tym kończyła się ich działalność w internecie. A przecież klienci sami do nas nie przyjdą. Konieczne są ciągłe nowe pomysły, ich konsekwentna realizacja i przede wszystkich doprowadzanie do końca działań, które zaczęliśmy w swoim projekcie.
Nawet najlepszy pomysł może skończyć się źle także z innego powodu: uchybień prawnych. Tak było m.in. z bardzo popularnym polskim portalem Odsiebie.com. Serwis powstał w czerwcu 2008 r. Założyli go dwaj wrocławianie, 22-letni Łukasz Ć. i jego ojciec. Dzięki portalowi internauci mogli zamieszczać w internecie pliki o dowolnej wielkości i ściągać je za darmo. Serwis zyskał uznanie branżowych pism. W marcowym "PC Formacie" z 2009 r. Odsiebie.com zdobyło pierwsze miejsce w teście serwisów hostingowych i platform wymiany plików. W rankingu popularności opublikowanym w portalu wirtualnemedia.pl strona wrocławskiego studenta zajęła z kolei 13. miejsce wśród serwisów społecznościowych, wyprzedzając m.in. tak znane marki jak Facebook czy Goldenline. Każdego dnia Odsiebie.com notowało ok. 3,5 mln odsłon, a czteroosobowy zespół, który pracował nad portalem, odbierał setki e-maili od internatów. Znaczna część filmów, muzyki i gier komputerowych wrzucanych na stronę znalazła się tam jednak nielegalnie, a administrator ignorował zgłoszenia o piractwie. W październiku ubiegłego roku właścicieli portalu zatrzymała policja pod zarzutami paserstwa i pomocnictwa w nielegalnym rozpowszechnianiu filmów, nagrań i oprogramowania. Od tego czasu policjanci próbują też ustalić osoby, które piracko umieszczały pliki w portalu.
Jak nie popełnić błędu
Czego mogą nas nauczyć porażki gigantów? Eksperci są zgodni: nie ma żadnej złotej zasady, która pomoże uniknąć porażki. Najważniejsze to mieć szeroko otwarte oczy, by obserwować to, co dzieje się na rynku, i głowę, by łatwo otwierać się na nowe technologie i być zawsze krok do przodu przed konkurencją. Reszta to już łut szczęścia i znalezienie dla siebie internetowej niszy.
Antypodręcznik internetowego biznesu
Jak położyć nawet najlepszy biznes internetowy - przestrzega Przemysław Żyła, niezależny ekspert internetowy, redaktor witryny e-startup.pl, właściciel firmy konsultingowej pomagającej w pozyskiwaniu unijnych funduszy na e-biznes.
1. Nikogo nie słuchaj. Jesteś najmądrzejszy i nikt nie wymyśli niczego lepszego od Ciebie. Po co Ci zdanie innych? Ty i tak stworzysz najlepszy portal z najlepszymi narzędziami. A to, że innym się nie podoba? To już ich problem.
2. Zagrzeb się w problemach. Spędzaj całe dnie na poprawianiu najmniejszych szczegółów. W końcu Twój portal nie jest dla przeciętnego użytkownika internetu, ale dla koneserów, którzy dostrzegą programistyczne niuanse. Co z tego, że pozostali nic nie zauważą. Ty będziesz wiedział, że jest tak, jak powinno być.
3. Nie interesuj się konkurencją. Po co Ci stres? A niech sobie tam robią, co chcą. Ty i tak masz najlepszy portal, więc nic Ci nie grozi. A że spada Ci liczba internautów? To chwilowe. Efekt świeżości innych portali. Zobaczą, co tracą bez Ciebie, i na pewno wrócą.
4. Wszystko ma być na już i na teraz. Dlatego rzucasz dotychczasową pracę i wszystkie oszczędności życia inwestujesz w swój internetowy biznes, zakładając, że od pierwszego dnia zacznie przynosić zyski. Co z tego, że zwykle sensowne obroty widać dopiero pół roku po otwarciu portalu. Ty zarobisz od razu! Przecież Twój portal jest najlepszy.
5. Nie inwestuj w promocję i reklamę. Dobry produkt sam się obroni. Internauci trafią do Ciebie bez żadnej wskazówki. Przecież poznają się na takim świetnym portalu, a wieść o nim rozniesie się lotem błyskawicy. Najlepiej nikomu nie mów, że stworzyłeś jakąś stronę. Niech mają niespodziankę.
Serwis wystartował w 2004 r. i był jednym z pierwszych, którym Polacy mogli zamieszczać swoje zdjęcia i wymieniać plotkami z przyjaciółmi. Był elitarny. By do niego dołączyć, konieczne było zaproszenie od znajomego, który był już użytkownikiem Grona. Portal szybko zdobył sobie rzeszę wiernych internautów, którzy logowali się na nim nawet kilkanaście razy w ciągu dnia. Co roku przybywało mu 300-400 tys. użytkowników. Szczytem możliwości okazał się pułap 1,5-1,6 mln osób.
- A potem zaczęły się tam kłótnie. Właściciele skupili się na wewnętrznych konfliktach, zamiast na ulepszaniu portalu - wspomina Przemysław Żyła, niezależny ekspert internetowy, redaktor witryny e-startup.pl. - Grono dało się przegonić konkurencji. Przegapiło moment, w którym należało podjąć kilka decyzji. Gdy właściciele otrząsnęli się, było już za późno. Później przeprowadzili jeszcze kilka radykalnych zmian, m.in. zmienili interfejs i wprowadzili wewnętrzny komunikator. A to nie spodobało się użytkownikom, którzy od lat korzystali z tego samego serwisu i nie chcieli przyzwyczaić się do nowości. Gwoździem do trumny była rosnąca popularność Naszej-klasy.
Wraz z odpływającymi użytkownikami pojawiły się też problemy finansowe. Portal nie upadł, udało mu się spłacić wierzycieli, ale czasy dawnej świetności minęły.
Raz na wozie...
Grono.net to jeden z wielu przykładów internetowych biznesów, które po kilku latach święcenia triumfów z czasem stopniowo odchodziły w niepamięć. Ten sam los, ale w dużo większej skali, spotkał AltaVistę, Inffoseek i Lycos. To popularne przed laty wyszukiwarki, z których dziś korzystają już tylko nieliczni.
Inffoseek powstała w 1994 r. Za oceanem była najczęściej wybieranym narzędziem do wyszukiwania informacji. Notowała nawet ponad 7 mln użytkowników miesięcznie.
- Cztery lata później kupił ją Disney i pomimo że inwestował w nią ogromne kwoty, to jednak nie potrafił wykorzystać jej potencjału - opowiada Żyła. - Połączył Infoseek z serwisem Go.com i to chyba był błąd. Choć tak naprawdę do dzisiaj nie rozumiem, co się stało. Z czasem po prostu zaczęło się używać innych wyszukiwarek, bo były lepsze.
AltaVista jest o rok młodsza od Inffoseeka. Stworzył ją dział badawczy amerykańskiej firmy informatycznej Digital Equipment Corporation, wykorzystując swoje szybkie serwery Alpha. Miała wszystko, by osiągnąć sukces, i przez lata tak właśnie było. Firma opracowała nowatorską metodę gromadzenia każdego wyrazu w szybkim, przeszukiwalnym indeksie, dzięki czemu wyszukiwanie hasła trwało tam najkrócej. Była pierwszą wielojęzyczną wyszukiwarką. Jako pierwsza obsługiwała też języki oparte na niełacińskich alfabetach, m.in. japoński i chiński. Umożliwiała nawet nieznane do tej pory wyszukiwanie fraz i multimediów.
Zgubiła ją zachłanność nowych właścicieli, którzy postanowili pójść dalej i poszerzyć jej profil. W 1998 r. AltaVistę przejęła firma Compaq, a rok później wyszukiwarkę przekształcono w portal internetowy, który miał konkurować z Yahoo!. W 2002 r. AltaVista ponownie skupiła się na wyszukiwaniu, ale było już za późno. Rozczarowani użytkownicy już do niej nie wrócili.
Lycos także był prawdziwą gwiazdą światowego internetu. Jego lata świetności przypadają na drugą połowę lat 90. Do jego upadku doprowadziła agresywna i nie zawsze racjonalna polityka. Przez cztery lata firma przejęła prawie 30 spółek internetowych, wydając na nie około miliarda dolarów i często po prostu przepłacając. W marcu 1999 r. firma wyprzedzała jeszcze Yahoo w rankingu najpopularniejszych stron USA. Jej serwisy odwiedzało wówczas ponad 30 mln Amerykanów. Miała nie tylko wyszukiwarkę Lycos, ale także HotBot i wyszukiwarkę osób WhoWhere, serwis randkowy Matchmaker, portale finansowe, serwis z grami i portal ułatwiający tworzenie stron internetowych. Wydawała przewodnik po najlepszych stronach internetowych, prowadziła klub lojalnościowy, a nawet pomagała w tworzeniu witryny igrzysk olimpijskich w Sydney.
Problemy zaczęły się, gdy Lycosa przejęła hiszpańska firma internetowa i odszedł z niego twórca jego sukcesu Bob Davis. Wszystko to zbiegło się z tzw. internetową bańką na światowym rynku - z dnia na dzień wycofywali się reklamodawcy, biznesowi partnerzy bankrutowali, a wielomilionowe umowy okazywały się nic niewartymi świstkami papieru. Dla Lycosa oznaczało to koniec świetności. Firma poradziła sobie finansowo, ale zabrakło już w niej pomysłów na wydźwignięcie się z dołka, a konkurencja nie spała.
Ciągle coś nowego
- Dobry biznes internetowy to nie tylko pomysł na początku, stworzenie systemu internetowego i na tym koniec. Żeby się rozwijał i zarabiał, jego właściciel każdego tygodnia musi mieć jakiś nowy pomysł na jego sprzedaż, aktywizację użytkowników i promocję w internecie - komentuje Marcin Balawejder, przedsiębiorca internetowy, który ma za sobą ogłoszenie upadłości własnego portalu Ulubiony.pl i teraz wyciąga wnioski z własnych błędów. - Nie wystarczy sam cel, chęć osiągnięcia sukcesu. W każdy poniedziałek musimy mieć sensowny plan działania na cały tydzień, zwiększający świadomość marki, zmierzający do pozyskiwania nowych klientów. Mówi się, że dziewięć na dziesięć biznesów internetowych upada, ale te dziewięć projektów powstało i na tym kończyła się ich działalność w internecie. A przecież klienci sami do nas nie przyjdą. Konieczne są ciągłe nowe pomysły, ich konsekwentna realizacja i przede wszystkich doprowadzanie do końca działań, które zaczęliśmy w swoim projekcie.
Nawet najlepszy pomysł może skończyć się źle także z innego powodu: uchybień prawnych. Tak było m.in. z bardzo popularnym polskim portalem Odsiebie.com. Serwis powstał w czerwcu 2008 r. Założyli go dwaj wrocławianie, 22-letni Łukasz Ć. i jego ojciec. Dzięki portalowi internauci mogli zamieszczać w internecie pliki o dowolnej wielkości i ściągać je za darmo. Serwis zyskał uznanie branżowych pism. W marcowym "PC Formacie" z 2009 r. Odsiebie.com zdobyło pierwsze miejsce w teście serwisów hostingowych i platform wymiany plików. W rankingu popularności opublikowanym w portalu wirtualnemedia.pl strona wrocławskiego studenta zajęła z kolei 13. miejsce wśród serwisów społecznościowych, wyprzedzając m.in. tak znane marki jak Facebook czy Goldenline. Każdego dnia Odsiebie.com notowało ok. 3,5 mln odsłon, a czteroosobowy zespół, który pracował nad portalem, odbierał setki e-maili od internatów. Znaczna część filmów, muzyki i gier komputerowych wrzucanych na stronę znalazła się tam jednak nielegalnie, a administrator ignorował zgłoszenia o piractwie. W październiku ubiegłego roku właścicieli portalu zatrzymała policja pod zarzutami paserstwa i pomocnictwa w nielegalnym rozpowszechnianiu filmów, nagrań i oprogramowania. Od tego czasu policjanci próbują też ustalić osoby, które piracko umieszczały pliki w portalu.
Jak nie popełnić błędu
Czego mogą nas nauczyć porażki gigantów? Eksperci są zgodni: nie ma żadnej złotej zasady, która pomoże uniknąć porażki. Najważniejsze to mieć szeroko otwarte oczy, by obserwować to, co dzieje się na rynku, i głowę, by łatwo otwierać się na nowe technologie i być zawsze krok do przodu przed konkurencją. Reszta to już łut szczęścia i znalezienie dla siebie internetowej niszy.
Antypodręcznik internetowego biznesu
Jak położyć nawet najlepszy biznes internetowy - przestrzega Przemysław Żyła, niezależny ekspert internetowy, redaktor witryny e-startup.pl, właściciel firmy konsultingowej pomagającej w pozyskiwaniu unijnych funduszy na e-biznes.
1. Nikogo nie słuchaj. Jesteś najmądrzejszy i nikt nie wymyśli niczego lepszego od Ciebie. Po co Ci zdanie innych? Ty i tak stworzysz najlepszy portal z najlepszymi narzędziami. A to, że innym się nie podoba? To już ich problem.
2. Zagrzeb się w problemach. Spędzaj całe dnie na poprawianiu najmniejszych szczegółów. W końcu Twój portal nie jest dla przeciętnego użytkownika internetu, ale dla koneserów, którzy dostrzegą programistyczne niuanse. Co z tego, że pozostali nic nie zauważą. Ty będziesz wiedział, że jest tak, jak powinno być.
3. Nie interesuj się konkurencją. Po co Ci stres? A niech sobie tam robią, co chcą. Ty i tak masz najlepszy portal, więc nic Ci nie grozi. A że spada Ci liczba internautów? To chwilowe. Efekt świeżości innych portali. Zobaczą, co tracą bez Ciebie, i na pewno wrócą.
4. Wszystko ma być na już i na teraz. Dlatego rzucasz dotychczasową pracę i wszystkie oszczędności życia inwestujesz w swój internetowy biznes, zakładając, że od pierwszego dnia zacznie przynosić zyski. Co z tego, że zwykle sensowne obroty widać dopiero pół roku po otwarciu portalu. Ty zarobisz od razu! Przecież Twój portal jest najlepszy.
5. Nie inwestuj w promocję i reklamę. Dobry produkt sam się obroni. Internauci trafią do Ciebie bez żadnej wskazówki. Przecież poznają się na takim świetnym portalu, a wieść o nim rozniesie się lotem błyskawicy. Najlepiej nikomu nie mów, że stworzyłeś jakąś stronę. Niech mają niespodziankę.
- 3 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
10 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




