Musimy na Dolnym Śląsku odrobić powodziową lekcję

Rozmawiała Lucyna Róg
20.08.2010 , aktualizacja: 20.08.2010 19:00
A A A Drukuj
- Kolejna powódź pokazuje, jak wiele jest jeszcze do zrobienia w kwestii zabezpieczeń przeciwpowodziowych - podkreśla dr Lech Poprawski, hydrolog. - To był kataklizm trudny do przewidzenia, ale na pewno rozmiary katastrofy byłyby dużo mniejsze, gdybyśmy bardziej dbali o systemy chroniące nas przed powodziami.
Bogatynia tydzień po powodzi. Już wiadomo, że trzeba będzie rozebrać 60 zniszczonych budynków
Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta
Bogatynia tydzień po powodzi. Już wiadomo, że trzeba będzie rozebrać 60 zniszczonych budynków
Dr Lech Poprawski
Fot. Krzysztof Rak / AG
Dr Lech Poprawski
Rozmowa z dr. Lechem Poprawskim

Lucyna Róg: Sierpniowa powódź w Bogatyni i Zgorzelcu była zupełnie inna niż ta, która przeszła przez Dolny Śląsk w maju. Teraz wszystko działo się bardzo szybko. Ogromna ulewa spowodowała wylanie Miedzianki i potworne zniszczenia. Czy jesteśmy w stanie przygotować się na takie sytuacje?

Dr Lech Poprawski: To, co stało się w tym rejonie, było bez wątpienia katastrofą hydrotechniczną. W ciągu kilku godzin spadło tam przecież tyle deszczu, ile normalnie w ciągu dwóch miesięcy. To aż trudne do wyobrażenia. Tak naprawdę jednak katastrofy nie spowodowało wystąpienie wody z rzeki wskutek przepływu jej nadmiernej ilości, ale przerwanie tamy na zbiorniku Niedów. Trudno na razie powiedzieć, w jaki sposób doszło do takiej sytuacji. Wątpliwości w tej kwestii powinna wyjaśnić prokuratura. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że mamy procedury, które chronią nas przed takimi zagrożeniami. Stan techniczny zapór musi być przecież systematycznie badany i opisywany, a każda taka instalacja ma własne instrukcje gospodarowania wodą. Przy określonych stanach wody upuszcza się jej konkretną ilość, a nawet całkowicie otwiera wszystkie upusty, aby nie doszło do przepełnienia zbiornika i przerwania tamy.

Zbiornik to jedna sprawa, ale i rzeka spowodowała zniszczenia. Można się było przed tym jakoś zabezpieczyć?

- Duże systemy i programy, które są realizowane na Dolnym Śląsku, jak np. Wrocławski Węzeł Wodny, obwałowania Odry czy Nysy Łużyckiej, nie zabezpieczą mniejszych rzek i strumyków jak Witka czy Miedzianka. W związku z tym oprócz inwestowania w duże systemy musimy także pomyśleć o zbiornikach małych retencji. W 2006 r. sejmik Dolnego Śląska przyjął program budowy ponad 100 takich zbiorników, ale na jego pełną realizację stale brakuje pieniędzy. Stworzenie zbiornika wiąże się z dużymi kosztami - jeden może kosztować nawet pół miliarda. Są to jednak koszty, które musimy ponieść, by później nie cierpieć z powodu powodzi.

W przypadku Bogatyni i Zgorzelca podkreśla się, że rozmiary katastrofy spotęgował fakt, że są to tereny silnie zurbanizowane.

- Bez wątpienia miało to wpływ na tę powódź. To rejon bardzo mocno przeobrażony. Warunki spływu wody są tam naruszone nie tylko przez zabudowę miejską, ale przede wszystkim przez obiekty związane z energetyką, jak elektrownia czy składowiska odpadów. W takich miejscach bardzo istotny jest sprawny system odprowadzania wód deszczowych i burzowych. Na obszarach miejskich w czasie przyborów wód bardzo często wybija kanalizacja burzowa, bo włazy nie mają odpowiednich zamknięć. Teraz projektuje i buduje się dużo sprawniejsze systemy kanalizacji deszczowej, przygotowane na przyjmowanie dużej ilości wody. Jednak wiele miast ma jeszcze starą kanalizację. To powinno się zmienić, jeśli chcemy uniknąć zagrożeń. Konieczne jest też oddzielenie kanalizacji deszczowej od sanitarnej, choćby po to, by odciążyć oczyszczanie ścieków w oczyszczalniach.

Sprawny system odprowadzania wód deszczowych nie zabezpieczy jednak całkowicie miast takich jak Zgorzelec czy Bogatynia, bo tam woda napływa także z gór. Dlatego tak ważne są zbiorniki tzw. małej retencji w mniejszych miejscowościach.

Musimy też dbać o drożność kanałów irygacyjnych, a z tym, jak wszyscy wiemy, różnie bywa. Najczęściej kanały i rowy są pozarastane albo nawet czymś przysypane. Sporo wody zmieści się w nich, jeśli tylko będą należycie eksploatowane.

Przed nami sprawdzian z umiejętności wyciągania wniosków z popełnionych błędów?

- W ramach odbudowy po powodziowych zniszczeniach trzeba będzie przemyśleć, jak sprawniej rozłożyć rozprowadzanie wód śródlądowych i zabezpieczenia w postaci zbiorników. Tym bardziej że Bogatynia i Zgorzelec nie mogą ani pogłębić koryt rzek, ani odsunąć wałów i przywrócić rzekom przestrzeni, by mogły się rozlewać. O polderach możemy więc zapomnieć. Musimy szukać innych rozwiązań.

Myślę, że ważna jest też inna sprawa - kwestia zmiany świadomości społecznej. To paradoks - chociaż Polska jest jednym z krajów europejskich o najmniejszych zasobach wody, to jednak ciągle wisi nad nami groźba powodzi. Musimy nauczyć się żyć w poczuciu zagrożenia, bo takie klęski są nieuniknione. Tylko od naszego przygotowania do nich zależą ich rozmiary. Przede wszystkim musimy więc nauczyć się reagować bardzo szybko na sygnały płynące od meteorologów o zbliżającym się przyborze wody. Ludzie, którzy mieszkają w obniżeniach terenu, muszą też mieć świadomość zagrożenia i np. budować domy na większej wysokości, z większą podbudówką.

I jeszcze jedna, bardzo ważna kwestia. Należy w końcu kategorycznie zakazać budowania się na terenach zalewowych, by nie powtórzyć błędu wrocławskiego Kozanowa. W przypadku tego osiedla zdecydowanie nie odrobiliśmy lekcji z przeszłości.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 3 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy