Powódź tysiąclecia nie może przecież być co roku...

Aneta Augustyn
17.06.2010 , aktualizacja: 18.06.2010 20:26
A A A Drukuj
- Nie wiedziałem, że żyję na terenach zalewowych. Powódź? W Biblii się o tym czytało. Teraz okazuje się, że to jedyne miejsce we Wrocławiu, gdzie nie muszę iść do wody. Sama do mnie przychodzi - mieszkańcy Kozanowa chcą zostać na swoim osiedlu mimo kolejnych powodzi
Janusz Kulka i Marek Derkus, lokatorzy zalanych szeregówek przy ul. Ignuta
Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazet
Janusz Kulka i Marek Derkus, lokatorzy zalanych szeregówek przy ul. Ignuta
Na Kozanowie nikomu nie życzy się: "Niech ci się powodzi". Można za to usłyszeć Kozanów-Zdrój albo "nasza mała Wenecja". Kilkanaście tysięcy mieszkańców, blokowisko usiane punktowcami z wielkiej płyty, trochę domków. Prawdopodobnie najbardziej znane osiedle w Polsce. Znane, bo zalewane.

W 1997 r. wszystkie budynki stały w wodzie. W maju Kozanów znów wypłynął w mediach: znowu były helikoptery, gorące relacje i wielka woda. Dlaczego ludzie chcą mieszkać w miejscu nawiedzanym przez powodzie?

Bo można spacerować

- Tu broniliśmy się trzy razy - prezes stuka palcem w mapę osiedla wiszącą za biurkiem.

- Trzy?

- Teraz, w 1997 i 1903.

O obronie w 1903 r. nie wiemy za wiele - poza tym, że bronić nie było co, bo Niemcy na Kozanowie domów nie budowali. Obrona w 1997 r. była trudna, bo z kompletnego zaskoczenia. W obronie w 2010 r. mieszkańcy wykazali się już pełnym profesjonalizmem. Nałapali wody do wanien i garnków, zrobili zapasy mineralnej i chleba ("Pielgrzymki szły przez park do supermarketu"), wymienili numerami telefonów oraz opróżnili piwnice z przetworów, a garaże z samochodów, które wywieźli na okoliczne górki.

Właściciele sklepu zoologicznego na parterze wywieźli również trzy szynszyle, sześć szczurów, piętnaście chomików oraz czterdzieści myszy. Rybki zostały.

- Nie było ekscytacji i niemocy jak kiedyś, tylko opanowanie i mobilizacja - mówi z dumą Ryszard Kucharski, prezes spółdzielni mieszkaniowej Kozanów IV, zwany "tym od powodzi".

- Jak tylko się gdzieś przedstawiam, od razu jest taka reakcja. Ostatnio nawet na międzynarodowym kongresie spółdzielczości.

Wytyczne powodziowe prezes wywiesił w maju na drzwiach bloków i w internecie na stronie osiedla. Wyznaczył także tymczasowe mieszkania zastępcze. - Taki chwyt psychologiczny - objaśnia. - Gdyby ktoś czuł się szczególnie zagrożony, mógłby się tam przenieść na czas zalania.

Po 1997 r. wszystkie mieszkania i lokale kazał ubezpieczyć od powodzi. Zapewnia, że ceny mieszkań ani zainteresowanie Kozanowem nie spadło; ludzie z osiedla nie odpłynęli. Przeciwnie, na ul. Kolistej ("Woda była tylko w piwnicach") spółdzielnia zabudowała kolejne dwa bloki, które właśnie oddaje - mieszkania rozeszły się na pniu.

Prezes Kucharski też mieszka w kozanowskim bloku, zalało mu jedynie piwnicę.

- To nic w porównaniu z urokiem tego osiedla - uważa.

- Blok na bloku, to ma być urok?

- Za to jaki pas zieleni wokół, można spacerować aż do Odry.

- A zalewanie?

- Wystarczy, że miasto umocni wał, a działkowicze będą mieli świadomość zalewania. Ludzie mają nad rzeką nie tylko działki, lecz także całe gospodarstwa: rabarbar uprawiają, kukurydzę, ziemniaki, trzymają konie i kozy. Tak naprawdę powinna tam być tylko trawa - przyznaje. - Jak za Niemca, który wiedział, że Odra lubi tu kaprysić, więc zrobił tu tereny zalewowe.

Bo było bezpiecznie

Gdy w maju ostrzegano przed wielką wodą, Stanisław Fiedziuk sięgnął do "Kroniki wrocławskiej powodzi 1997".

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy