We Wrocławiu powódź nie jest zwykłym zjawiskiem natury

Jerzy Sawka
25.05.2010 , aktualizacja: 25.05.2010 21:08
A A A Drukuj
Ulicę Niskie Łąki tegoroczna powódź ominęła. Mieszkańcy ustawili zapory z worków, bo trzynaście lat temu znaleźli się pod wodą Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta Ulicę Niskie Łąki tegoroczna powódź ominęła. Mieszkańcy ustawili zapory z worków, bo trzynaście lat temu znaleźli się pod wodą
Wrocławska powódź ma wymiar mityczny i polityczny. To efekt doświadczeń roku 1997. Zalany kawałek Kozanowa jest na to dowodem.
Skala tego zalania nijak ma się do sytuacji sprzed trzynastu lat, ale miasto mające solidarnych i doświadczonych weteranów pierwszej powodzi takiego głupiego błędu może się jedynie wstydzić.

Jednak jak nie ma dwóch identycznych pożarów, tak nie ma dwóch takich samych powodzi. Tegoroczna wysoka woda w Odrze jest różna od tej z 1997 roku. Wobec zupełnie innych zagrożeń stanęły więc sztaby kryzysowe.

Dziś wody już opadają i jest duża szansa, że tylko mieszkańcy kozanowskiej niecki będą najbardziej poszkodowanymi ofiarami powodzi. Gdy przyjdzie do chłodnej analizy, być może okaże się, że z tej opresji wyszliśmy naprawdę zwycięsko, bo najbardziej zagrożone miejsca zostały obronione, a cała wrocławska powódź rozegrała się głównie w sercach i umysłach mieszkańców. Byłoby to więc zjawisko głównie ze sfery emocjonalnej.

Jeździłem po Wrocławiu i jego okolicach przez cały weekend. Widziałem gremialne umacnianie wałów w Polanowicach, ochronę drogi za Świniarami, w kierunku Obornik, obronę bartoszowickich i zabezpieczanie biskupińskich wałów.

Widziałem potężne umocnienia w jednych miejscach i wałeczki z jednym szeregiem woreczków w innych. Te spłynęłyby po pierwszym przelewie wody przez wał. Tłumaczę to sobie tak, że stawiane one były ze względów psychologicznych, że coś jednak zrobiliśmy i jakoś się przygotowaliśmy na wojnę z przyrodą. Na dziś sytuacja jest taka, że stan tych umocnień w wielu miejscach nie ma znaczenia, bo woda do nich, na szczęście, nie doszła.

W czwartek jeszcze nie było wielkiej fali, a już miasto obiegła plotka, że nie będzie wody. I rzeczywiście jej nie było, bo ludzie zaczęli napełniać wanny i wykupywać wodę ze sklepów. W weekend samodzielne oddziały wrocławian na własną rękę umacniały wały. Pośród nich co rusz objawiali się domorośli, wybitni fachowcy, którzy tłumaczyli, co i jak należy robić. W domach, ogródkach i na ulicach wszyscy ze znawstwem rozprawiali o wielkiej wodzie. I klęli na władzę, że jej nie ma, że nie ma organizacji, że nie ma przywództwa, że Warszawa jest lepiej przygotowana, bo widzieli w telewizji, że piasek jest, ale przywożony prywatnymi samochodami, że władza pozwoliła budować na kozanowskich polderach, bo jest pazerna na pieniądze, że nie można dodzwonić się do sztabu kryzysowego. Wyglądało na to, że mieszkańcy zostali sami, a lokalna władza uciekła do Rumunii. Momentami miałem wrażenie, że wszyscy wokół oszaleli. Potem uświadomiłem sobie, że tak wygląda strach, taki jest skutek traumy po 1997 roku. Ludzie już raz przeszli przez piekło powodzi. Bali się o swoje domy, o miejsca pracy, o rodziny.

W zbiorowej pamięci pozostał bohaterski, wszechobecny prezydent Bogdan Zdrojewski, który - miało się wrażenie - był wszędzie, panował nad sytuacją i znał odpowiedzi na wszystkie pytania. To nic, że Wrocław był wtedy naprawdę zalany. To nic, że jak wiedzą obserwatorzy tamtych wydarzeń, prawdziwym głównodowodzącym był wojewoda Janusz Zaleski i to on podejmował najtrudniejsze decyzje. Zaleski został potępiony jako ten, który chciał wysadzić wały w Łanach, choć być może tym ruchem uratowałby Wrocław. I chociaż społeczność w dużej mierze ma świadomość tego, jak naprawdę wyglądała sytuacja w 1997 roku, to mit bohaterskiego prezydenta hołubi.

Jak obecna ekipa była przygotowana na nadejście wielkiej wody, pokażą popowodziowe raporty. Mnie się wydaje, z dzisiejszej perspektywy, że zlekceważony został bardzo ważny sygnał, jakim były konsekwencje plotki o braku wody. Nikomu nie przyszło do głowy, by systemowo zająć się rozbrajaniem tej emocjonalnej bomby, tego dygoczącego napięcia. Wprawdzie prezydent, mówiąc na Kozanowie, że ten kawałek miasta jest bezpieczny, takie saperskie działania w praktyce realizował, ale dlatego, że akurat tam doszło do zalania, na tym - paradoksalnie - najbardziej się przejechał.

Wniosek z tej powodzi jest taki, że we Wrocławiu nie wystarczy zapanować nad wielką falą. Tu trzeba umieć dotrzeć do mieszkańców dotkniętych popowodziową traumą. Trzeba zrobić więcej, niż w rzeczywistości wymaga sytuacja zagrożenia. I pamiętać o sile mitów.

Podziel się

  • 58 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    56 głosów