POLISZ FASZJON ŁIK - Aleja Projektantów część 1/2
25.08.2009
, aktualizacja: 25.08.2009 16:01
Do Łodzi jechaliśmy z dystansem i obawą. Liczyliśmy się na blichtr, diamenty i różowe pudle. Jacykow jednak się od-braził i przyjechał; Kupisz (najbardziej znany polski fryzjer?) tak przystojny jak na zdjęciach; Serek (właściciel warszawskiej rodziny butików RS, w tym Guerilla Store legendarnego Comme des Garcons) w spódnicy; była też podobna jakaś słynna polska aktorka, ale przepraszam, nie rozpoznałem
Poznałem za to Diane Pernet! Przypadkiem podaliśmy sobie rękę z Onoszko - ale chyba się rozzłościła, że mówię głupoty i gdzieś zniknęła - z jakimś ważnym modowym dziennikarzem, którego chyba 'powienienem był znać'. High life!

Różne fajne firmy sponsorowały fashionweek i można było do woli pić colę, kawę a czasem nawet szampana.

W Łodzi w ogóle było FAJNIE! (gdyby to widziała moja polonistka z podstawówki, która latami próbowała wykarczować to słowo z naszych niewinnych umysłów).

Fajny był rozmach imprezy i wykorzystanie całej masy lokalizacji: hali wystawowej, showroomu w kompleksie handlowym Manufaktury, Muzeum Włókiennictwa, dużej ilości pofabrycznych przestrzeni w offowej cześci imprezy, klubów, galerii i miejsc specjalnie zaaranżowanych na potrzeby 'tygodnia'.

Fajna była różnorodność i otwartość organizatorów na różne odmiany i poziomy mody, od komercyjnej po awangardową, od uznanych nazwisk po debiutujące projekty, od sukienek koktajlowych po tzw. streetwear.

Fajne było to, że dotychczas samodzielne eventy i konkursy połączyły siły, organizując szereg odzieżowych atrakcji i pierwszy polski tydzień mody. Pokazów było tyle, że ciężko było to wszystko wytrzymać. W chwilach załamania podtrzymywała nas na duchu tylko myśl o naszych czytelnikach (i kolejny hektolitr coli z kawą).

Nie zdążyliśmy na konkurs Złotej Nitki, ale tzw. Aleja Projektantów odbywająca się w Hali Expo, była przez dwa dni naszym domem. Pewnie zastanawiacie się, co może być męczącego (muszę jednak przyznać, że też przecież jakże przyjemnego) w takiej imprezie. Odpowiedź na to pytanie, już niebawem, w kolejnej części naszej spóźnionej relacji...


Różne fajne firmy sponsorowały fashionweek i można było do woli pić colę, kawę a czasem nawet szampana.

W Łodzi w ogóle było FAJNIE! (gdyby to widziała moja polonistka z podstawówki, która latami próbowała wykarczować to słowo z naszych niewinnych umysłów).

Fajny był rozmach imprezy i wykorzystanie całej masy lokalizacji: hali wystawowej, showroomu w kompleksie handlowym Manufaktury, Muzeum Włókiennictwa, dużej ilości pofabrycznych przestrzeni w offowej cześci imprezy, klubów, galerii i miejsc specjalnie zaaranżowanych na potrzeby 'tygodnia'.

Fajna była różnorodność i otwartość organizatorów na różne odmiany i poziomy mody, od komercyjnej po awangardową, od uznanych nazwisk po debiutujące projekty, od sukienek koktajlowych po tzw. streetwear.

Fajne było to, że dotychczas samodzielne eventy i konkursy połączyły siły, organizując szereg odzieżowych atrakcji i pierwszy polski tydzień mody. Pokazów było tyle, że ciężko było to wszystko wytrzymać. W chwilach załamania podtrzymywała nas na duchu tylko myśl o naszych czytelnikach (i kolejny hektolitr coli z kawą).

Nie zdążyliśmy na konkurs Złotej Nitki, ale tzw. Aleja Projektantów odbywająca się w Hali Expo, była przez dwa dni naszym domem. Pewnie zastanawiacie się, co może być męczącego (muszę jednak przyznać, że też przecież jakże przyjemnego) w takiej imprezie. Odpowiedź na to pytanie, już niebawem, w kolejnej części naszej spóźnionej relacji...

- 1 komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień



